Tokio-Hanoi-Da Nang-Hoi An, dzień 12

To był długi dzień i będzie długo, dużo tekstu, mało zdjęć, sorry. TLDR: dolecieliśmy gdzie mieliśmy.

Ok 4:30 ruszyliśmy z hotelu. Pierwsze zaskoczenie: metro które miało jeździć od 5 nie jeździ, ale jest komunikat (szkoda, że wczoraj nie było). Nie szkodzi, do głównej stacji Ueno, z której odjeżdża skyliner na lotnisko jest niedaleko, więc robimy kardio ciągnąc nasze walizki. Drugie zaskoczenie: o tej godzinie w poniedziałek rano z barów karaoke wysypują się młodzi ludzie. Kto powie że Japończycy nie umieją imprezować (tak wiem, miasto jest wielkie, zbiorkom po nocy nie jeździ a taksówki drogie, więc lepiej noc spędzić w barze karaoke albo w kafejce internetowej z przyjaciółmi).

Na lotnisko docieramy przed 7 i tu kolejne zaskoczenie - mało co jest otwarte, łącznie z odprawą bezpieczeństwa (otworzyli ją punkt 7). Gdybym miała samolot na 8 (były takie), to bym tam zeszła ze stresu. Na szczęście nasz jest 9:20 więc zdążyliśmy i zjeść i wydać ostatnie yeny w duty free. 
Samolot przyleciał o czasie - narzekania na Viet Jet w naszym przypadku się nie sprawdziły. Co więcej ponownie dostaliśmy miejsca przy emergency exit więc mieliśmy dużo przestrzeni  dla siebie.



Hanoi, 35 st. C, wilgotność 90%
Z początku wszystko idzie gładko, choć długo czekamy na bagaże. Na szczęście mamy air tagi, więc wiemy że doleciały z nami. Tutaj nikt się nie bawi w układanie bagaży na taśmie żeby było je łatwiej zdjąć (jak w Tokio), za to tempo ich dodawania jest ślimacze. No ale w końcu je mamy, łącznie z piękną plastikową torbą, w której wylądowały ciuchy wypchnięte z walizek przez inne dobra. Odbiór bagażu pozostawionego w Hanoi też przebiegł w miarę gładko, choć musieliśmy skorzystać z bankomatu z dużym narzutem do wyciąganej kasy, bo był jedynym, który miał w ogóle gotówkę (to niestety będzie powtarzający się motyw - bankomaty z atrakcyjnym kursem przewalutowania z reguły stoją puste). A oczywiście za bagaż pozostawiony trzeba zapłacić gotówką. Duża ulga: w pustawą walizkę wietnamską zmieściły się rzeczy z plastikowej torby i już nie musimy jej ciągnąć, jak baba z bazaru. 

Następnie musieliśmy przenieść się na drugi terminal, z którego odlatują miejscowe loty. Internet podpowiedział, że jest darmowy bus jeżdżący między jednym a drugim terminalem. Udało się go znaleźć tylko dzięki informacji z googla i temu, że rzucał się w oczy (nie widziałam żadnych oznaczeń na niego na lotnisku, choć ponoć są; jeśli stał na jakimś przystanku to też ciężko się było tego domyśleć - mieliśmy farta, że po wyjściu zobaczyliśmy duży zielony autobus i do niego podeszliśmy). Podróż między terminalami zabrała ok 10 minut.

Na Domestic chaos podobny do tego, który opisywałam już wcześniej, przy podróży do Japonii, tylko w mniejszej skali. Tym razem my stanęliśmy w złej kolejce. Jak już doszliśmy do okienka to okazało się, że a) jest zamknięte, bo taśma się popsuła b) ale nas pan jeszcze obsłuży c) ale jednak nie obsłuży, bo choć Vietnam Airlines sprzedał nam bilety, to lot obsługuje Pacyfic Airlines i mamy się udać do ich okienek. Musieliśmy więc stanąć na końcu ogonka złożonego z niemal samych grupowych wycieczek starych Australijczyków i Francuzów. Trochę to daje przedsmak tego co zostaniemy na miejscu.

Na szczęście jak już zdaliśmy bagaże odprawa bezpieczeństwa to był pikuś. Swoją drogą stojąc do niej zorientowałam się, że mam wodę w butelce podróżnej i chciałam ją gdzieś wylać, zanim mi ją zabiorą. Ale nigdzie nie było pojemnika na zlewki. Pokazałam więc jakiemuś gościowi w mundurze, że no mam wodę i co teraz. Wziął butelkę, potrząsnął nią intensywnie, oddał mi ją i rzucił OK. Trochę z duszą na ramieniu zostawiłam ją w moich rzeczach i przeszła bez problemu. Odprawa bezpieczeństwa nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać - każdy ustala sobie zasady jakie chce. Tutaj np kazali wszystkim ściągać buty, nawet jeśli były to klapki, ale płyn w butelce  najwyraźniej nie stwarza zagrożenia...

Po odprawie, znaleźliśmy nasz gate i poszliśmy coś zjeść i wypić przed kolejnym lotem. Bramka miał zostać otwarta o 17:40, ale to nie nastąpiło. Przy czym wzbudziło to zniecierpliwienie również u nielicznych Wietnamczyków lecących do Da Nangu i jeden z nich nawet się lekko awanturował, coś w Japonii byłoby nie do pomyślenia. W końcu, chyba w godzinę odlotu wpuścili nas najpierw do busów a potem do samolotu. Nikt tu nikogo nie kierował gdzie ma wsiadać, są niby jakieś zony na bilecie, ale nikt tego nie kontroluje, wolna amerykanka. Lot tym razem króciutki, ale za to klima rozkręcona, więc nieźle zmarzłam. 

 

Da Nang i Hoi An
A lotnisku w Da Nangu na szczęście ogarnęli wydawanie bagaży szybko. Sprytnie też zamówiliśmy sobie transport do hotelu w Hoi An, który już na nas czekał. Zatem kolejne 40 minut nocnej jazdy i stanęliśmy pod hotelem. Niestety szybko okazało się, że nie tym co trzeba. Na szczęście nasz, starszy oddział tego, pod którym nas wysadził kierowca jest obok, więc obsługa chwyciła nasze nielekkie bagaże i pognała do drugiego. No i to trochę pokazuje różnicę Japonia/ Wietnam. W Japonii wszyscy by nas uprzejmie przepraszali i radź sobie sam, w Wietnamie, jak już wyjaśnisz czego potrzebujesz to starają się czynnie pomóc.

W końcu wylądowaliśmy w naszym pokoju, który może jest mniej nowoczesny od japońskiego, ale za to trzy razy większy, a pod prysznicem mogłaby się zmieścić cała łazienka z naszego ostatniego japońskiego lokum. Nie nacieszyliśmy się nim zbyt długo, bo chcieliśmy jeszcze coś zjeść, a było już po 21. Niestety tutaj większość knajp zamyka się o 22, a nawet te które są czynne często o tej porze już nie serwują jedzenia, jak się przekonaliśmy pytając w otwartych lokalach po drodze. Na szczęście bliżej centrum HoiAn znaleźliśmy MadamNga Restaurant i nie dość, że dawali tam jeść, to jeszcze można było płacić kartą (cały czas mamy problem braku gotówki). Zrobiliśmy więc sobie ucztę i mogliśmy odtrąbić koniec tego dnia. 

 


PS. Wracając podeszliśmy jeszcze do bankomatu żeby sprawdzić czy da się z niego wyciągnąć gotówkę (nie dało się), poczułam że coś mi spadło na twarz. Po chwili dezorientacji ogarnęłam, że… moje okulary się rozpadły. Mam podejrzenie że oprawka nie wytrzymała nagłych zmian temperatur. Na szczęście mam drugą parę, co niech będzie nauczką i dla was, drogie dzieci. Oraz może skorzystam z tutejszych usług, bo ponoć można zrobić sobie tutaj okulary tanio i dobrze.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pożegnanie z Tajpej i nocny Hong Kong

Krótki wpis o właściwym zachowaniu w świątyni tajwańskiej

Notka konkursowa