Posty

Wyświetlam posty z etykietą jedzenie

Tajpej - dzień trzeci i czwarty

Obraz
Wczoraj pożegnaliśmy Hong Kong i przybyliśmy do Tajpej. Mieszkamy sobie w sympatycznym hoteliku na tyłach jednej z głównych świątyń w mieście, Longshan Si . Na szczęście wierni nie hałasują za bardzo i dają się wyspać. A serio, to widać, że świątynie na Tajwanie odwiedzane są przez rzesze wiernych, którzy palą kadzidełka, czytają święte teksty, modlą się i wróżą (rozbudowany system z rzucaniem drewnianymi klockami , losowaniem deszczułek i wyciąganiem stosownej, pisanej wróżby z licznych szufladek). Nie jest to na pewno przykurzona turystyczna atrakcja, jak niektóre świątynie w Chinach. Tego samego dnia, korzystając z ładnej pogody, poszliśmy na nocny targ, również niedaleko naszego miejsca zamieszkania - Guangzhou Street Night Market. Może nie tak efektowny, jak inne nocne targi Tajpej, ale wyróżnia się tradycyjnym charakterem i lokalnym kolorytem. Mam nadzieję, że zdjęcia choć trochę oddają jego atmosferę. Dziś natomiast zrobiliśmy sobie głównie tour po taj...

Kulinarnie

Obraz
Święta znowu idą. Tym razem na tapecie Duan Wu Jie , czyli Święto Smoczych Łodzi, którego realna nazwa w tłumaczeniu nie brzmi moze tak dramatycznie ("Święto 5 Miesiąca Księżycowego"), ale jeśli wierzyć Wikipedii, równie dobrze mogłoby zwać się Festiwalem Utopionych Poetów. Jakkolwiek uważam, że - po Walentynkach i Haloween - celebracja topienia poetów sama w sobie warta jest przeniesienia na nasz słowiański grunt, to święto ma również jeden bardziej przyziemny, ale niezwykle smakowity aspekt. Duan Wu Jie i okolice (samo święto będzie miało miejsce za około tydzień) są bowiem okresem sprzedaży i wzmożonej konsumpcji 粽子 - przybliżona polska wymowa to urocze " dzundze" - czyli pseudo-pierożków, wykonanych z klejkiego ryżu oraz rozmaitych składników, zawiniętych i gotowanych w liściu*. Jak ustaliłem, linia ortodoksyjnego podziału dopuszczalnych smaków dzundze przebiega geograficznie. Podczas, gdy północne Chiny rozsmakowują się w zasadniczo słodkich (no, jak na sta...

Let some people be happy first.

Nie wiem, jaki to omen, ale droga z Kunming do Tianjin upłynęła mi pod znakiem burzy - konkretniej rzecz ujmując, przelotu nad rozległym, burzowym frontem. Chyba nigdy wcześniej nie miałem jeszcze okazji. Błyskawice oglądane z góry są pięknym widowiskiem, chociaż byłem do tego stopnia zmęczony, że po raz pierwszy w życiu przespałem lądowanie; otworzyłem oczy na jakieś 10 sekund przed dotknięciem pasa startowego przez samolot. Pomyślałem wówczas, że straciłem okazję na obejrzenie mojego nowego miasta z lotu ptaka. Jak się okazało, nieco przedwcześnie... Nie licząc pierwszej nocy, kiedy to pierwszym zetknięciem z Tianjinem było wsunięcie do mojego pokoju ulotki miejscowej agencji towarzyskiej (jakieś 3 minuty po tym, jak zamknąłem za sobą drzwi, co świadczy o dobrej synchronizacji między recepcją a pimp daddy , zwłaszcza, że dotarłem na miejsce dobrze po pierwszej nad ranem), każde wyjście na zewnątrz utwierdza mnie w przekonaniu, że Tianjin to miasto ciekawe i w pewien sposób wyjątkowe...

Always look on the bright side...

Obraz
Ton notki P. wynika z faktu, że nad Yunnan nadciągnął niż z deszczem, temperatura spadła do 19 stopni i udzielił nam się smutek tropików. Ratujemy się przed nim wódką różaną. Brzmi to może okrponie, ale smak ma niezły a zapach jest (moim zdaniem) wartością dodaną. W sumie zaskoczyła nas popularność swojskiej róży i to nie tylko w deserach (tak, tak w Kumingu popularne są całkiem europejskie wypieki, w tym wiele nadzianych marmoladą z róży). Tak obok może dodam, że Kuming jest największym eksporterem kwiatów w Chinach.   A wracając do kuchni, to Yunnan w ogóle kulinarnie odstaje od Chin, które do tej pory mieliśmy okazję zwiedzić. Przede wszystkim mają tu rewelacyjny ser kozi. Podają go smażony często z solą i pieprzem. W Dali specjalnością są tzw. serowe wachlarze , które konsystencją przypominają mi indyjskie chlebki, a smakiem - twaróg. Jak oni to robią??? Ponad to kuchnia yunnańska wyróżnia się ogromną liczbą grzybów wszelakich, ale z wyglądu i smaku przypominających nasze grzyb...

Zaletą podróży po tropikach...

...jest między innymi możliwość spróbowania smaczeliny* * żeby nie wprowadzać w błąd, od razu tłumaczę, że to jest to samo, co żółciecz. Poza tym polecam muzeum etnograficzne w Ha Noi - oczywiście skupia się na etnografii, więc nie wytrzymuje porównania z, dajmy na to, muzeum armii, ale jest naprawdę sensownie zaprojektowane, prezentuje dobrą proporcję informacyjnych tekstów do zakurzonych eksponatów, no i ma sympatyczny, niewielki quasi-skansen z autentycznymi budynkami i budowlami w klimacie szeroko pojętego folku. Duży skok jakościowy w porównaniu z nieszczęsnym "parkiem mniejszości narodowych" w Pekinie, w którym tradycyjne budynki były przepięknie oddane w żelbetonie i farbie olejnej. Na dość dokładne obejście całości potrzeba około 2-3 godzin, a w samym muzeum wre praca nad nowym skrzydłem, więc za rok-dwa pewnie będzie jeszcze obszerniej. PSJ

Dzień trzynasty, albo dalsze podróże po Hangzhou i okolicy

Obraz
Zainspirowani wczorajszą wizytą w herbaciarni (chyba się tam jeszcze wybierzemy) wybraliśmy się dzisiaj do Muzeum Herbaty. Był to niemały spacer, bowiem muzeum owo znajduje się wśród wzgórz po przeciwnej (niż nasza) stronie jeziora, ale warto było. W nowocześnie zaaranżowanych salkach można zapoznać się z historią herbaty (w Chinach), dokładną klasyfikacją rodzajów herbaty ze względu na sposób przygotowania i obróbki, a także z dokładnym instruktażem prawidłowego zaparzania i podawania. Dowiedziałam się wielu zaskakujących rzeczy, min., że krzewy herbaciane są krzewami tylko przez działania człowieka, a dzikie wyrastały na całkiem spore drzewa. plantacje herbaty w okolicy Longjing W muzealnym sklepiku zakupiliśmy książeczkę zawierającą te wszystkie informacje oraz, oczywiście, miejscową herbatę Longjing cha (jej nazwę -龙井 - tłumaczy się jako „smocza studnia”). Po tej interesującej wizycie zrobiliśmy przerwę na lunch, w czasie którego Paweł musiał zmierzyć się z chińską pszczołą (...