Dzień czwarty, czyli dzień wrzeszczących staruszków
Dziś w nocy nad Pekinem rozszalała się potężna burza, pioruny waliły gęsto i niestety nie dawały nam spać. W związku z tym, wstaliśmy raczej później niż wcześniej ;) A ponieważ nadal było dość pochmurno (choć ciepło) postanowiliśmy poszwendać się po reprezentacyjno-handlowej ulicy Wangfujing , czyli takiej Chmielnej Pekinu ;) W pierwszej kolejności uderzyliśmy do księgarni, najpierw wleźliśmy do shudian dla obcokrajowców, bo poszukiwaliśmy map, na których poza znaczkami byłby również zapis w pinyin'ie. Ja oczywiście pognałam do półki z książkami kucharskimi, gdzie uszczęśliwiona przeglądałam miejscowe i zagraniczne (a jakże, Jamie Olivier dotrze wszędzie) tytuły. Aż tu nagle w oko wpadła mi ogromna, pięknie wydana książka z... polską kuchnią! Tak jest, oto dowód (Paweł ma nieszczególnie szczęśliwą minę, bo powiedziałam, że bez szpiegowskiego zdjęcia się nie obejdzie). Potem zaszliśmy jeszcze do księgarni zwykłej, tj. dla tubylców, i powiem to tak: Wow! Wyobraźcie sobie naj...