Tokio, dzień 2

Miało być pięknie, ale pogoda pokrzyżowała nam nieco plany. Z samego rana (i tak później niż planowaliśmy, bo dopadł mnie jet lag i dopiero nad ranem urwałam 3h snu) pojechaliśmy do pierwszego punktu programu, czyli kolebki maneki neko, Gōtoku-ji.

Tutaj niejaki Naotaka Ii spotkał białego kota, który zamachał na niego łapką z wnętrza świątyni i gdy tenże wszedł, żeby zobaczyć o co futrzakowi chodzi (pewnie o żarcie), to w miejsce, w którym przed chwilą stał, uderzył piorun. No i tak machający kotek stał się symbolem szczęścia. Na pewno jest jego uosobieniem dla świątyni, bo turyści chętnie kupują kotki i stawiają je na terenie świątyni. I tak biznes się kręci. My przyinwestowaliśmy w innego hopla, czyli zeszycik do zbierania pieczątek, które tu mają świątynie, stacje kolejowe a nawet sklepy. Piękny przedmiot, a i pieczątki z kaligrafią też się fajnie zbiera, aczkolwiek z reguły jest to odpłatne (500 ¥).

Już w tym miejscu kropiło, ale nie zrażeni udaliśmy się realizować kolejne punkty programu, czyli odwiedziny w świątyni Meiji i przylegającym doń parku. Świątynia nie jest jakaś bardzo stara (odbudowana w latach 50-tych, ale nadal żyjąca, o czym przekonaliśmy się gdy musieliśmy poczekać z wejściem na jej teren, bo właśnie przechodziła procesja weselna). W świątyni zaliczyliśmy wpis do kajecika, tym razem w postaci ręcznej kaligrafii i dodanej pieczątki, za drobną opłatą. I tak to się interes kręci…




Niestety deszcz się rozkręcał coraz bardziej i w lokalnej kawiarni dokonaliśmy korekty dalszych planów. Zamiast kolejnego polowania na kwitnące wiśnie - Muzeum Narodowe. Jak wiecie kocham muzea, więc nie rozpaczałam zanadto. Muzeum nie jest jakoś bardzo przeładowane (zresztą niestety 1/4 wystawy jest zamknięta do 7 kwietnia, ech) i do obejrzenia w jakieś 3h na spokojnie. Dodatkowo zaliczyliśmy jeszcze malutką wystawę dotyczącą ludności aborygeńskiej Tajwanu i przyznam, że na samym Tajwanie takiej nie widzieliśmy.




Wracając z muzeum wpadliśmy do baru sushi, którego wczoraj nie udało nam się znaleźć, a ponieważ pora była dość wczesna, dostaliśmy się do środka bez problemu. Nie będę się rozpisywać, żeby Wam przykrości nie robić, ale wszystko było przepyszne, no i połączenia, których nigdy w Polsce nie będzie (kalmar z ogórkiem, 3 rodzaje krewetki, sardynki z imbirem i tłusty tuńczyk, którego nam gorąco polecał sam szef kuchni). Za dwa sety z zupami miso, 2 zestawy maki i 2 talerzyki powiedzmy speciali plus piwo zapłaciliśmy ok 110 PLN. Tak można żyć.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pożegnanie z Tajpej i nocny Hong Kong

Krótki wpis o właściwym zachowaniu w świątyni tajwańskiej

Tainan - dzień dziesiąty i jedenasty