Posty

Wyświetlam posty z etykietą przemyślenia

Bez morału

Obraz
W ostatnich kilku dniach, które - jak się składa - są również moimi ostatnimi dniami w Tianjinie, spacerując po tutejszych ulicach wielokrotnie przyłapywałem się na myśli, iż niezależnie od wszystkich drobnych dokuczliwości dnia codziennego (vide Przypowieść o drzwiach ), Tianjin to jednak piękne i uzależniające miasto. Być może nie jest w tak oczywisty sposób atrakcyjne czy przykuwające uwagę turysty, w przeciwieństwie choćby do Dali, Lijiangu czy nieodmiennie popularnego Hangzhou, ale minutę po uskoczeniu przed kolejnym rozpędzonym samochodem trafiasz znowu na jakąś alejkę czy kamiennicę, dla których czas zatrzymał się przed wojną. Czasami trudno się nie zachwycić. 泰安道 大沽北路 Pewnego dnia pogoda i widzialność znakomicie się polepszyły Dla mnie osobiście takie chwile wiążą się nieodmiennie z uświadomieniem sobie, gdzie właściwie jestem i co robię. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych ludzi nie jest to żadne warte wzmianki osiągnięcie - są tacy, którzy potrafią z dnia na dzień spakowa...

Przypowieść o drzwiach

Chciałem opowiedzieć wam krótką historię, ilustrującą specyficzne, chińskie podejście do życia i rzeczywistości w ogóle. Otóż nieco ponad tydzień temu, we wszystkich wejściach prowadzących do mojego wieżowca zainstalowano domofon i automatyczne zamki. Jak można było wnosić po tłumach kłębiących się o dowolnej porze dnia i nocy przed drzwiami, metoda otwarcia owych zamków (czy były to klucze, czy może jakiś tajny kod do wstukania w domofonie, pozostaje do dziś kwestią niewyjaśnioną) została udostępniona jedynie nielicznym. Co prawda, jak wspominałem, ostrożne rachunki wskazywałyby, że w budynku mieszka pewnie z parę tysięcy osób, więc ruch jest duży, a wychodzący ze środka regularnie otwierali drzwi, wpuszczając wchodzących (co samo w sobie świadczy, jak bardzo bezsensowny był w samym założeniu pomysł instalacji domofonów). Niemniej jednak nawet jedno- czy dwuminutowe oczekiwanie było najwyraźniej zbyt dokuczliwe dla milczącej większości lokatorów. Po kilku (dosłownie) dniach, drzwi z...

Ścinki

Obraz
W obliczu tęsknoty za domem, tragicznych wydarzeń w rodzinie i generalnej malaise miałem ochotę powstrzymać się od uaktualnień bloga, przynajmniej do czasu zajścia jakiś wyjątkowych przygód, co - zważywszy na rutynę dnia codziennego - mogło nastąpić w dniu wyjazdu. Niemniej jednak postanowiłem wrzucić garść drobnych newsów, żeby nie stracić łączności ze światem i umiejętności pisania w języku przodków. Poza tym przypadkowe fotki, które trudno byłoby przypisać do czegoś konkretnego. most Daguangming - codziennie po drodze do szkoły Mijam go dwa razy dziennie, i za każdym razem zachodzę w głowę, kto wpadł na pomysł ozdobienia mostu w tak straszliwie kiczowaty, pseudo-barokowy sposób. Pouczająca lekcja tego, jak Chińscy (?) projektanci wyobrażają sobie europejski przepych. Nota bene, to, co na zdjęciu, to nie jest jedyna grupa ozdób - na całej długości Daguangmingqiao przyozdobiony jest tego rodzaju rzeźbami. * Badmintonowe spotkania rozwijają się prężnie, a ja nabieram kondycji i tęż...

Let some people be happy first.

Nie wiem, jaki to omen, ale droga z Kunming do Tianjin upłynęła mi pod znakiem burzy - konkretniej rzecz ujmując, przelotu nad rozległym, burzowym frontem. Chyba nigdy wcześniej nie miałem jeszcze okazji. Błyskawice oglądane z góry są pięknym widowiskiem, chociaż byłem do tego stopnia zmęczony, że po raz pierwszy w życiu przespałem lądowanie; otworzyłem oczy na jakieś 10 sekund przed dotknięciem pasa startowego przez samolot. Pomyślałem wówczas, że straciłem okazję na obejrzenie mojego nowego miasta z lotu ptaka. Jak się okazało, nieco przedwcześnie... Nie licząc pierwszej nocy, kiedy to pierwszym zetknięciem z Tianjinem było wsunięcie do mojego pokoju ulotki miejscowej agencji towarzyskiej (jakieś 3 minuty po tym, jak zamknąłem za sobą drzwi, co świadczy o dobrej synchronizacji między recepcją a pimp daddy , zwłaszcza, że dotarłem na miejsce dobrze po pierwszej nad ranem), każde wyjście na zewnątrz utwierdza mnie w przekonaniu, że Tianjin to miasto ciekawe i w pewien sposób wyjątkowe...

Kilka luźnych impresji

Obraz
Jianshui. Miasto, do którego dotarliśmy jeszcze przed Kunmingiem, relatywnie niewielkie, z ładnie odrestaurowaną starówką i kilkoma atrakcjami historyczno-architektonicznymi. W tym jedną z największych w Chinach świątyń konfucjańskich. Miasto, które, jak się wydaje, trapione jest potworną suszą (zdjęcie z mostu Shuanglong było w poprzednich notkach). Wyschnięty staw w świątynce, w której małe żółwie wdrapują się na martwego złotego karpia. Lokalna baijiu (chińska wódka) pita w restauracji wyglądającej jak scenografia do kostiumowego filmu w rodzaju Hero . Niedaleko leży XIX-wieczna wioska, onegdaj należąca do bogatego rodu (klanu?) 张, w której w nowych, lepszych czasach zagęszczono zaludnienie, zamieniając zabytek w śmierdzący, zasypany śmieciami slums.   Tonghai , zapomniana wioska zasiedlona przez potomków chińskiej wyprawy Kublaj Chana. Chaty z glinianych, suszonych cegieł i słomy. Wszyscy mówią po chińsku, ale starzy ludzie nadal myją warzywa i zamiatają podwórka w ludowych,...

Sapa, albo etnologia w działaniu

Obraz
Siedzę lekko spalony słońcem w hotelowym pokoju i próbuję zebrać myśli wokół tego, co zobaczyłem dzisiaj, podróżując po okolicach Sa Pa; tytułem wprowadzenia, Sa Pa jest charakterystycznym obszarem Wietnamu. Nie tylko leży wysoko w górach (z okien hotelu zauważam co prawda głównie plac budowy następnego hotelu, ale kilkadziesiąt metrów dalej rozciąga się widok na masyw Fansipan, najwyższy szczyt Wietnamu, c.a. 3150 m. n.p.m.), ale i jej okolice stanowią turystyczną atrakcję z uwagi na duże ilości mniejszości narodowych naraz. Innymi słowy, Sa Pa słynie z tego, że na miejskich ulicach, jak i na poboczach lokalnych dróg spotykasz co chwilę kobiety i dzieci (nota bene, mężczyźni są prawie niewidoczni) o mało wietnamskich rysach twarzy, ubrane w kolorowe i egzotyczne - tak, także dla Wietnamczyków* - stroje. W okolicach samego Sa Pa, niewielkiego, jak na warunki azjatyckie, miasteczka, założonego zresztą niecałe 100 lat temu przez Francuzów, większość owych mniejszości stanowią ludy H...

Problemy Pierwszego Świata

Obraz

Szybka myśl z Laosu

Jeszcze jedno spostrzeżenie po trzech dniach spędzonych w LP. Wydaje się, że nie tylko nasze bungalowy, ale i znacząca ilość turystycznych obiektów w Luang Prabang (kawiarnie, hotele, restauracje, księgarnie...) ma zachodnich właścicieli. Jeśli oceniać po języku - głównie Francuzów. Nie wiem, czy to jakieś kolonialne resentymenty, ale bardzo częstym obrazkiem w centrum miasta jest młoda obsługa laotańska, a przy centralnym stoliku - starszawy westerner "trzymający kasę" (w zasadzie nierzadko trzymający kasę w sposób jak najbardziej dosłowny). PSJ

Hoi An po raz trzeci, albo Francuz, makaron i pochwała emigracji

Dosłownie przed dwiema godzinami, wstąpiwszy do małego lokaliku na lunch (miejscowy przysmak to makaronowo-mięsny mix pod nazwą Cao Lau , ponoć zawdzięczający swój unikalny smak wodzie z jakiejś starej Chamskiej studni), mieliśmy okazję uciąć pouczającą i sympatyczną pogawędkę z młodym Francuzem, mieszkającym na stałe (od dwóch lat) w Hoi An. Ów młodzieniec jest, wraz ze swoim wietnamskim wspólnikiem, współwłaścicielem wspomnianego lokaliku - i przykładem ekspata, któremu lepiej żyje się niskim kosztem w dalekim, egzotycznym państwie, niż w ojczyźnie. Leniwie popijając piwo w temperaturze sięgającej 40 stopni (jednocześnie chłodząc się miło wentylatorem), nie mogłem odmówić racji jego rozumowaniu. PSJ P.S. W notatce o kawie wietnamskiej mała aktualizacja w postaci zdjęcia poglądowego.

Hue, hłe, hłe, albo o kawce i neciku w środkowym Wietnamie

Obraz
Good morning, Vietnam! Dochodzi skwarne południe w samym centrum Wietnamu, dawnej stolicy i kolejnej z licznych atrakcji turystycznych - Hue. Korzystając z rozpowszechnionego tu dostępu do internetu* siedzimy sobie w opustoszałej (pora sjesty) kawiarni w towarzystwie wietnamskich dzieci wlepiających wzrok w soap operę o jakiś mistrzach magii, małego kudłatego psa, który ustawił się strategicznie pod wentylatorem, oraz wszechobecnej kawy po wietnamsku i świeżych soków z owoców. Trudno powiedzieć, co z tych dwóch napitków jest tu bardziej popularne, ale z pewnością Wietnamczycy to prawdziwe psy na kawę, co rodzi pokrewieństwo dusz między nimi a mną. Sam sposób podawania kawy jest również dość nietypowy (jeśli porównać go do Starbucksa jako wzorca kawowej typowości i przeciętności). Jakby ktoś się wybierał, to niech ma na względzie następujące kwestie: 1. kawa jest czarna jak smoła i gorzka jak miłość. W większości bardziej posh kawiarni (za wskaźnik posh możemy przyjąć, czy są stoliki...

O toaletach

Właśnie z lektury „Newsweeka” dowiedziałam się, że 19 listopada obchodzono Międzynarodowy Dzień Toalet (ogłoszony przez Światową Organizację Toaletową, to nie żart!). Jak co roku odbyła się również "Światowa Konferencja oraz Targi Toaletowe" – tym razem w Makau. Pomysł „toaletowej organizacji” narodził się w Singapurze w 2001 roku, a większość "dni toaletowych" odbyło się w miastach azjatyckich (chlubnym wyjątkiem jest tu Belfast). I wiecie co, wcale mnie to skupienie na tym sektorze usług nie dziwi - przynajmniej jeśli chodzi o Chiny. Nie da się ukryć, że od tej, bardzo przyziemnej strony, Chiny kompletnie mnie zauroczyły. Nie ma tam co prawda grających, samo dezynfekujących się muszli, jak to zdaje się bywa w Japonii czy w Singapurze właśnie, ale chińskie toalety wygrywają bezsprzecznie (z polskimi, czy nawet szerzej - europejskimi, przybytkami) w dwóch kategoriach : ilości i czystości. W Polsce, jak wszyscy wiedzą, sprawa jest beznadziejna. W samej Warszawie ...

o restauracjach

Obraz
Pozostając w temacie jedzeniowym - jeszcze kilka przemyśleń o chińskiej gastronomii. Jak pisałam poprzednio, Chińczycy (przynajmniej ci w miastach) bardzo często jedzą poza domem. Knajp wszelakich jest mnóstwo i są bardzo zróżnicowane. Obecnie w dużych miastach można zaobserwować duże rozwarstwienie ekonomiczne wśród mieszkańców Kraju Środka i widać je również w interesie gastronomicznym. Dla najbiedniejszych są małe barki lub stragany wprost na ulicy, gdzie za dosłownie symboliczną sumę można zjeść miskę zupy, makaronu z warzywami czy parę baozi. Dalej są szybkie jadłodajnie, często wyspecjalizowane w jakimś rodzaju dań. Potem restauracje, mocno zróżnicowane dla tych mniej i bardziej zamożnych. Jedzenie w nich może być równie dobre, a różnią się przede wszystkim wystrojem i cenami. Na końcu plasują się ekskluzywne lokale serwujące małe kulinarne dzieła sztuki, do których można zamówić np. europejskie wino. Osobną kategorią w Pekinie czy Szanghaju są restauracje zachodnie, często prowa...

o jedzeniu

Obraz
Polska rzeczywistość mocno nas wciągnęła po powrocie i nie było czas ani na spreparowanie podsumowania, ani na jakieś ogólne przemyślenia. Niestety czas leci nieubłaganie i zaraz w ogóle zapomnimy, że byliśmy w Chinach. Dlatego już się poprawiamy. Dla niektórych naszych czytelników nie będzie to nic nowego (notki ze zdjęciami pochodzą z mojego kulinarnego bloga), ale od czegoś trzeba zacząć. Na pierwszy rzut kilka luźnych przemyśleń na temat stosunku Chińczyków do jedzenia w ogóle. soczyste granaty na targu w Xi'an Prawda jest taka, że Chińczycy jedzą wszędzie. To duże i może trochę niebezpieczne uogólnienie, więc je teraz rozłożę na części pierwsze. Najlepiej jak opiszę to na przykładzie. Powiedzmy, że wybieracie się na wycieczkę. Już przed dworcem kolejowym siedzą ludzie, wielu z nich konsumuje przekąski zakupione od ulicznych straganiarzy – mogą być to ciepłe baozi, karmelizowane jabłka na patyku czy jakiś szaszłyczek. Wchodzicie do poczekalni, w której unosi się dojmujący za...