Kamakura-Enoshima, dzień 3

Miało być pięknie i było pięknie, choć bardzo intensywnie. Tym razem udało nam się zebrać odpowiednio wcześniej i po godzinnej przejażdżce metrem oraz pociągiem wylądowaliśmy w Kamakurze. Ta mała miejscowość pod Tokio słynie z licznych świątyń. Nam udało się zobaczyć cztery i był to nie lada wyczyn.


Już pierwsza, Engaku-ji, stanowiła niezłe wyzwanie, ponieważ trzeba się wspiąć do niej po stromych schodach. Niby wszystko to świątynie buddyzmu odmiany zen, ale ciężko osiągnąć zen jak się co chwila traci oddech na trasie. No ale obejrzeliśmy wszystkie bardzo stonowane i eleganckie pawilony, dzwony i bramy (zdecydowanie japoński minimalizm ma gdzieś tu korzenie).

 


 
 
 
Potem krótki, dwukilometrowy spacerek i kolejna świątynia, Kenchō-ji, z przepięknym szpalerem rozkwitających wiśni, olbrzymią bramą oraz małym trekkingiem na punkt widokowy, z którego można dostrzec czasem Fuji. Dzisiaj było widać zaledwie zarys, który starałam się wydobyć suwakami w LR.




Następnie wzięliśmy autobus (który z resztą nie był zbyt punktualny - żeby nie było, że wszystko jest tutaj super zorganizowane) a potem drugi (który z kolei był bardzo zatłoczony) i podjechaliśmy do kolejnej świątyni, Hōkoku-ji, której główną atrakcją niby jest zagajnik bambusowy, ale to naprawdę malutki zagajniczek - można odpuścić.

Wróciliśmy opłotkami do Kamakury i zrobiliśmy popas w knajpie gdzie dawali zestawy udon+dodatki. Bardzo to było dobre oraz doszliśmy do wniosku, że nie ma co się bardzo bać kolejek do knajp, bo z reguły idą szybko i sprawnie. Widać gastro jest tu bardzo dobrze przygotowane na obsługę tłumów, w przeciwieństwie do komunikacji.


 
O czym się przekonaliśmy po raz kolejny próbując się dostać do turystycznego pociągu, który jeździ po okolicy i dowozi turystów do różnych atrakcji. My chcieliśmy dostać się do ostatniej w naszym programie świątyni, Hase-dera. Tłum był nie do opisania, wejść się do pociągu nie dało, a jak się już do następnego udało wepchnąć, to prawie straciłam życie przez zaduszenie przez stado ludzi, którzy niestety też bardzo chcieli się wepchnąć. Tu trzeba być zaprawionym w bojach. No ale przeżyliśmy, dojechaliśmy, świątynię zwiedziliśmy (wraz z jakimś jaskiniowym przełazem, co też było ciekawe) - ładnie położona i sporo do obejrzenia, polecam. 

A potem jeszcze raz wsiedliśmy do tego upiornego pociągu żeby się przenieść do Enoshimy, żeby się przejść jeszcze na wyspę i pooglądać z niej zachód słońca. Liczyliśmy, że może tu nam się Fuji objawi, ale tylko nieśmiało kawałek zbocza pokazała. Wykończeni wróciliśmy w nasze rejony i wrzuciliśmy na ruszt tym razem tsukemen udon (dostaje się obok zupy zimny makaron i jest cała procedura jedzenia tego, bardzo ciekawe i smaczne doświadczenie, zachęcam do zgooglania). Po ponad 12h na nogach oraz po zrobieniu ponad 23 tyś. kroków należało się.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pożegnanie z Tajpej i nocny Hong Kong

Krótki wpis o właściwym zachowaniu w świątyni tajwańskiej

Tainan - dzień dziesiąty i jedenasty