Osaka, dzień 7
Wiedzieliśmy, że dziś pogoda będzie bezlitosna i od 12 ma lać. W związku z tym wdrożyliśmy plan B. Rano pojechaliśmy obejrzeć tutejszy zamek, a potem prędziutko popędziliśmy metrem do… akwarium. Jeśli chodzi o zamek, to jeden z nielicznych zachowanych w Osace historycznych zabytków. Nie wchodziliśmy do środka, ponieważ ponoć jest dość pusty. Wokół jest park i ogrody, ale w tej porze roku i pogodzie też nie zrobiły oszałamiającego wrażenia.
Jednym z tropów japońskiej popkultury jest randka w akwarium, więc postanowiliśmy go zrealizować.
Akwarium Kaiyukan to duży przybytek, ponoć jedno z największych na świecie (w momencie otwarcia - 1988 r. - było największym, ale wiadomo, zawsze ktoś zbuduje większe). Wystawa obejmuje 27 zbiorników przedstawiających zwierzęta z obszarów tzw. „ring of fire”. Najważniejszym gatunkiem prezentowanym na wystawie są rekiny wielorybie, ale całość obejmuje m.in.: wydry, pingwiny, delfiny, foki i całą masę ryb. Mam mieszane uczucia, co do trzymania ssaków a nawet ptaków w takich przybytkach, choć zwierzęta tutaj wydają się zadbane, to mam świadomość kontrowersji związanych z takimi instytucjami. Ale zobaczenie tych wszystkich gatunków w jednym miejscu jest niesamowite, a olbrzymie zbiorniki ze stworzeniami morskimi zrobiły na mnie duże wrażenie, także z mojej perspektywy warto było. Plus na końcu jest część edukacyjna mówiąca między innymi o zmianach klimatu (i udziale człowieka w nich) czy o wymieraniu i pracach nad odbudowaniem raf koralowych. Ja oszalałam kompletnie, zrobiłam milion zdjęć i filmików (docencie proszę że wrzucam symboliczną liczbę ;)) i prawie wyładowałam sobie telefon.
Po tych wszystkich wrażeniach szybko wsiedliśmy do metra, żeby zdążyć obejrzeć kolejną atrakcję, czyli muzeum mieszkalnictwa (Osaka Museum of Housing and Living). To nudne tylko z nazwy muzeum mieści się w niepozornym wieżowcu, zajmując piętra 8-10. Na piętrach 9-10 znajduje się rekonstrukcja ulicy z epoki Edo - odtworzone zostały lokale usługowe, wraz z częściami mieszkalnymi z dbałością o każdy szczegół, łącznie z odgłosami oraz zmieniającym się światłem pór dnia. Coś fantastycznego. Na dokładkę jeden z przemiłych panów pilnujących wystawy, gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski opowiedział nam słynny dowcip o tym, skąd jest najpiękniejszy widok w Warszawie (z pałacu kultury, bo wtedy go nie widać). Zastrzegł od razu, że nigdy w Polsce nie był, ale kocha Chopina. To są te momenty, które uwielbiam w podróży. Jeszcze pokazał nam zmyślny sposób w jaki konstruowano okna w okresie Edo, ale uczciwie przyznał, że technologia przyszła z Chin.
Na drugim poziomie muzeum z kolei są makiety, pokazujące jak wyglądał rozwój Osaki od końca XIX do połowy XX wieku. Może już nie tak porywające jak rekonstrukcja, ale nadal ciekawe.
Po wyjściu z muzeum udaliśmy się do Shinsekai, które na necie ma opis „retro-futuristic district in Osaka” - trochę na wyrost chyba, bo głównie jedna ulica ma taki vibe (ale może nie zajrzeliśmy wszędzie, bo deszcz zacinał nieźle). Na miejscu weszliśmy do pierwszego lepszego baru, w którym zjedliśmy kolejny lokalny przysmak czyli kushikatsu (szaszłyki z czego się da, panierowane w panko i smażone na głębokim oleju). Ja zamówiłam zestaw z 5 różnymi owocami morza i były doskonałe. Do tego zjadłam udon, bo taka pogoda wymaga ciepłej zupy.
Pokrzepieni skoczyliśmy jeszcze do Don Quijote, pieszczotliwie zwanym Donki. Dla tych co nie wiedzą to takie gigasklepy ze wszystkim co można sobie wymyślić, często w bardzo atrakcyjnych cenach. No i tak jak pisałam ostatnio, że bezobsługowe knajpy to raj dla osób na spektrum, tak Donki, to piekło i szatani. Wszędzie gra inna muzyka, wszędzie wszystkiego jest pełno, wszystko krzyczy o uwagę. Koszmar. Zrobiliśmy małe (!) zakupy, ale niestety wizytę pewnie ponowimy w Tokio, gdyż P. ma misję zakupienia sobie otomatone (te były dostępne) z wejściem na słuchawki, bo wie, że bez tej opcji i przy próbie użycia zginąłby śmiercią bolesną (no i takich niestety nie było). Jutro pogoda ma być już znacznie lepsza, więc planujemy kolejną wyprawę poza Osakę.
Komentarze