Posty

Wyświetlam posty z etykietą hoi an

Uzupełnienia, sprostowania i materiał zdjęciowy

Obraz
Po pierwsze, jeśli chodzi o dzieciaki i Święto Środka Jesieni, to chyba wkradł nam się błąd, i pierwsze skrzypce gra tam nie smok, a lew. Różnica niewielka, jedno i drugie w Wietnamie (podobnie jak w Chinach) to zwierzę mityczne. Po drugie, jeśli ktoś nie wierzył, że niżej podpisany jest w stanie zwlec się na tyle wcześnie, by zobaczyć wschód słońca (i to w strefie okołorównikowej), to poniżej materiał poglądowy: Plaża, dzika plaża... ...Wietnamczycy dookoła... Aww, romantic Jak zwykle, notka z dzisiaj będzie jutro, itd. Zdjęcia musimy zrzucić na laptopa i obrobić. Wiecie, ten blog nie robi się sam :) PSJ

Łotrzyk z Sajgonu

Wczoraj zrobiliśmy sobe pożegnanie z morzem w Hoi An. Najpierw zerwaliśmy się skoro świt (o 05.30! Podziwiajcie naszą determinację i drżyjcie! - PSJ ), by podziwiać wschód słońca znad morza. Choć nieco zamglony, był całkiem ładny. Odkryliśmy też, że jest to pora, kiedy Wietnamczycy (prawie sami mężczyźni) tłumnie wylegają na plażę, by ćwiczyć, zażywać kąpieli i urządzać sobie sąsiedzkie pogaduszki. I pewnie pukają się w głowę, kiedy widzą białych smażących się w najgorętszych godzinach. My jednak po porannym spacerze wróciliśmy do hotelu, na krótką drzemkę i śniadanie, a na plażę wróciliśmy jak na białasów przystało, kiedy słońce już wysoko stało na niebie. I tak przeplażowaliśmy cały dzień jak Pan Bóg nakazał. Dziś natomiast pożegnaliśmy środkowy Wietnam i przenieśliśmy się na gorące (jakby do tej pory nie było gorąco ;)) południe, do Ho Chi Minh City ( zwanego swojsko Sajgonem - PSJ ). Nasze przygody z dotarciem do hotelu opisze pewnie Paweł, ja od siebie dodam, że po pierwszym spac...

Hoi An po raz trzeci, albo Francuz, makaron i pochwała emigracji

Dosłownie przed dwiema godzinami, wstąpiwszy do małego lokaliku na lunch (miejscowy przysmak to makaronowo-mięsny mix pod nazwą Cao Lau , ponoć zawdzięczający swój unikalny smak wodzie z jakiejś starej Chamskiej studni), mieliśmy okazję uciąć pouczającą i sympatyczną pogawędkę z młodym Francuzem, mieszkającym na stałe (od dwóch lat) w Hoi An. Ów młodzieniec jest, wraz ze swoim wietnamskim wspólnikiem, współwłaścicielem wspomnianego lokaliku - i przykładem ekspata, któremu lepiej żyje się niskim kosztem w dalekim, egzotycznym państwie, niż w ojczyźnie. Leniwie popijając piwo w temperaturze sięgającej 40 stopni (jednocześnie chłodząc się miło wentylatorem), nie mogłem odmówić racji jego rozumowaniu. PSJ P.S. W notatce o kawie wietnamskiej mała aktualizacja w postaci zdjęcia poglądowego.

Hoi An po raz drugi, albo Kazik Kwiatkowski na króla Polski

Obraz
No dobrze. Wiemy już, że pływanie w morzu, które ma temperaturę przeciętnej polskiej zupy (OK, może jadam chłodniejsze zupy, niż większość, ale miejscami woda była cieplejsza niż ta, w której zazwyczaj biorę kąpiel) potrafi przynieść opłakane skutki. Dzisiaj postanowiliśmy nieco odpocząć od plażowania ("ten relaks nas wykończy!") i korzystając z darmowego busika z hotelu - miły gest, zważywszy że plaża jest dobre pięć kilometrów od miasta - przyjechaliśmy do centrum Hoi An, żeby zobaczyć je w świetle dziennym. Muszę powiedzieć, że Hue było bardzo ładne, ale Hoi An jest bezsprzecznie najładniejszym miastem, jakie do tej pory odwiedziliśmy. Jakimś cudem uniknęło działań wojennych, dzięki czemu zachowana jest oryginalna zabudowa z XIX., a nawet XVIII wieku. Niewysokie domki (niektóre wykonane całkowicie z drewna), urokliwe świątynki, rzadkie nawet w Wietnamie budynki chińskich zborów (assembly halls). Wszystko to można podziwiać w leniwej, tropikalnej atmosferze - i ciszy. Bogu ...