Hanoi, dzień 0

 Cześć Hanoi, dawno nas tu nie było! 

 
 
Tym razem jesteśmy w przelocie, w drodze do Japonii. Pół roku temu, po licznych kalkulacjach zdecydowaliśmy, że w kolejną podróż do Azji polecimy tureckimi liniami, bo w Stambule przesiadki jeszcze nie zaliczaliśmy a ponoć mają fajne nowe lotnisko (tak po prawdzie to oczywiście chodziło o tak przyziemne kwestie jak cena, ilość bagażu i godzinowa logistyka lotu, ale cii, lotnisko okazało się faktycznie fajne, aczkolwiek dość drogie).
 
W obecnej sytuacji geopolitycznej (USA vs. Iran) ta decyzja uratowała nam urlop. Jak się już domyślacie szczęśliwe dolecieliśmy na miejsce. Po czym wykonaliśmy gambit hanojski, to jest jedną walizę zdeponowaliśmy na lotnisku a na mieście dokupiliśmy nową, pustą, którą zamierzamy zapełniać w Japonii, do której jutro bladym świtem wylatujemy tutejszymi tanimi liniami. Jeśli ktoś byłby zainteresowany powtórzeniem naszego pomysłu, to kilka istotnych informacji:
  • Przechowalnia bagażu znajduje się na 1 piętrze.
  • Trzeba wypełnić formularz, bagaż jest pakowany w wór, który jest zapieczętowany i wywożony do magazynu (przy czym P. aktywnie brał udział w wywiezieniu bagażu - znaczy pchał wózek, a ja wypełniałam formularz, w którym najważniejszym elementem jest deklaracja daty w jakiej odbędzie się odbiór i zachowanie świstka, który do tego odbioru uprawnia).
  • Płaci się przy odbiorze - niestety wyłącznie gotówką. Można ją pozyskać z bankomatu (niestety ten z najmniejszą opłatą za wyciągnięcie kasy był pusty i nie była to jednostkowa sytuacja) lub w stanowisku z wymianą waluty (po dość zbójeckim kursie). 
 
Walizkę pustą natomiast oczywiście można kupić wszędzie, my akurat zdecydowaliśmy się na sklep gdzie można było płacić kartą, bo nadal bankomaty nie chciały współpracować (nie zawierały gotówki, a nie że nie działały, czy odrzucały Revoluta). Pozostało nam jeszcze kupienie miejscowej karty sim, którą to P. obstalował w miejscowym oddziale telecomu - bardzo mu nie chcieli sprzedać esimu, wciskając kartę fizyczną, ale w końcu się udało (opcja jak najbardziej jest, tylko jakoś nie chcą jej turystom udostępniać). Ja poszłam na łatwiznę i kupiłam regionalny esim w Nomadzie, który działał w obu krajach bardzo dobrze i w sumie byłam z niego zadowolona.
 

 


Wieczór zakończyliśmy dość wcześnie - w restauracji Madame Hien, którą bardzo dobrze wspominam z naszych wojaży sprzed kilkunastu lat. Nadal karmi (doskonała kuchnia wietnamsko-francuska) i - kolejny fart! - okazało się, że nasz hotel leży od niej jakieś 90 metrów.
 



 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pożegnanie z Tajpej i nocny Hong Kong

Krótki wpis o właściwym zachowaniu w świątyni tajwańskiej

Tainan - dzień dziesiąty i jedenasty