Tokio, dzień 1

To był długi dzień, bo rozpoczęliśmy go o 4 rano, żeby zdążyć na samolot do Tokio. Na lotnisku byliśmy 3h przed odlotem i nie był to zbytek ostrożności, gdyż wyobraźcie sobie Modlin w szczycie wakacyjnego szaleństwa, tylko bardziej, tak z 10 raz bardziej. Mimo chaosu udało nam się relatywnie sprawnie ogarnąć i stanąć we właściwej kolejce (panie przed nami stojące również z godzinę na końcu dowiedziały się, że stały w niewłaściwej i to są prawdziwe dramaty). My już w 1,5h byliśmy po właściwej stronie i jeszcze zdążyliśmy wciągnąć bánh mì na pożegnanie z Wietnamem. Jeśli zaś chodzi o dalszą obsługę lotu to Viet Jet zaskoczył nas pozytywnie - to taki tutejszy Ryanair, o którym w internatach piszą najgorsze rzeczy, ale nam się udało wylecieć o czasie i razem z bagażami, także sukces.


W Tokio czekała nas jeszcze przygoda z wymianą cyfrowych biletów na Skyliner na papierowe i już mogliśmy wyruszyć w stronę hotelu. Japończycy to zdecydowanie naród pisma, bo nawalone mają tekstem wszędzie i o wszystkim, oczywiście niemal wyłącznie po japońsku, także ktoś bez znajomości języka i pierwszy raz ma tu niezły szok kulturowy. My mamy nieco łatwiej, bo P. hakuje najważniejsze rzeczy chińskim. Kochają też papier, więc to że musieliśmy wymienić bilety cyfrowe na fizyczne nie było jakimś przypadkiem czy wyjątkiem od reguły. Co prawda mają na przykład kartę Suica, którą można mieć w telefonie, o ile to iphone (chodzą słuchy, że niedługo i androidowcy doświadczą tego luksusu), ale TO jest wyjątek od reguły. Natomiast samą Suicę gorąco polecam, bo znacząco ułatwia przejazdy we wszystkich miastach, w których byliśmy i nie trzeba się przejmować czy człowiek wsiada do metra, czy kolejki czy autobusu... Oraz nie trzeba przechodzić ghenny z kasowaniem podwójnych fizycznych biletów na shinkansen, co zasadniczo jest jakimś mechanizmem z piekła rodem. Można też nią płacić w automatach i sklepach.

Po zrzucie bagaży w hotelu poszliśmy na rekonesans okolicy, a jako że mieszkamy w Ueno, to padło na park Ueno, który jest jednym z wymienianych miejsc do oglądania podświetlonych nocą, kwitnących wiśni. Najpierw jednak trzeba było coś zjeść i to jest znowu wyzwanie, bo co prawda lokali gastro jest dużo, ale albo są do nich kolejki, albo straszne maszyny, a większość też tylko po japońsku. W końcu zawalczyliśmy z maszyną i dostaliśmy całkiem spoko udon z owocami morza w tempurze. 


W parku okazało się, że wiśnie dopiero zaczynają kwitnąć, więc nie jest to na razie tak oszałamiający widok, ale też przynajmniej nie było tłumów. Znaleźliśmy też w parku rozkręcający się jedzeniowy nocny market, więc skorzystaliśmy… 

A potem ruszyliśmy dalej do Yanaka Ginza, zahaczając po drodze o cmentarz Yanaka, na którym znajduje się rodowy grobowiec ostatniego szoguna, Tokugawy Yoshinobu (cmentarz jest w zasadzie tylko symbolicznie oddzielony od części mieszkaniowej). Okolica to zdecydowanie spokojne, bardziej tradycyjne sąsiedztwo, pełne małych sklepików i świątyń, o tej porze oczywiście zamkniętych, ale same uliczki i domostwa strasznie nam się podobały. Tylko kotów nie spotkaliśmy żadnych a ponoć również z nich słynie ta okolica. Spacerem wróciliśmy również do hotelu, co przełożyło się na 18 tyś. kroków - całkiem nieźle jak na dzień, który zaczęliśmy zasadniczo po 18.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pożegnanie z Tajpej i nocny Hong Kong

Krótki wpis o właściwym zachowaniu w świątyni tajwańskiej

Tainan - dzień dziesiąty i jedenasty