Kioto, dzień 5
Dziś w prognozie słońce zza chmury, w związku z tym wybraliśmy się na wycieczkę do Kyoto, żeby biegać po wzgórzach i bambusowych zagajnikach.
Arashiyama Bamboo Grove to taka instagramowa miejscówka, która prawie na pewno Cię rozczaruje na miejscu. Zagajnik bambusowy jest relatywnie krótki i tłoczy się w nim dużo albo bardzo dużo ludzi, w zależności od tego w jakiej porze się tam zjawisz. My byliśmy przed 9 rano i już był spory tłumek. Poza tym nie wiem jak Was, ale mnie po prostu chyba bambus nie kręci, ot tyczki, fajny dźwięk wydają jak się w nie stuka oraz lubiłam podłogę z tej trawy.
Czy zatem odradzam? Nie do końca, ponieważ jak się pójdzie kawałek dalej za ten - w cudzysłowie - las, to jest tam niezwykle pięknie położona świątynia Jōjakkō-ji. Bardzo fajny zakątek, pełen ptaków i kwitnących krztoli (wiśnie też są), bajka. Szczególnie że o 9 otwierają, więc dosłownie byliśmy tam pierwsi i przez większą część czasu sami. Sam kompleks pochodzi z XVI wieku i ma naprawdę niepowtarzalną atmosferę.
Następnie zwiedziliśmy jeszcze ogrody świątyni Tenryū-ji, które są bardzo ładne, natomiast do budynków nie wchodziliśmy, gdyż nie dość, że relatywnie nowe (odbudowa po pożarze z 1864 r. zakończyła się dopiero w 1899 r.), to ponoć też dość puste.
Posililiśmy się w locie onigiri i złapaliśmy autobus nr 11, żeby dotrzeć do historycznej części Kyoto, czyli Gionu. A tam znowu tłumy i to w dużej mierze poprzebierane, bo jak już chyba w całej Azji panuje tu moda na sesje fotograficzne w strojach lokalnych. Lokalesi chyba nie bardzo to lubią, wszędzie są zakazy fotografowania, dotyczące głownie właśnie profesjonalistów, którzy obstrykują kolejną parę pod ich domem. Swoją drogą zastanawialiśmy się czy ta moda dotrze w końcu do Europy i na trakcie królewskim będziemy widzieć obcokrajowców poubieranych w kontusze i pasy słuckie...
Obeszliśmy Gion na tyle na ile się dało w tych warunkach, w tym m.in. rozległą i obleganą świątynię Yasaka-jinja. A następnie udaliśmy się na Nishiki Market, gdzie pułapka turystyczna za pułapką. Trochę nas już nogi bolały więc zamiast wsuwać szaszłyki z ośmiornicy na ulicy, poszliśmy do sieciówkowego sushi baru. Japonia to jest jednak raj dla osób introwertycznych/na spektrum. Siadasz w swojej budce, zamawiasz przez tablet, jedzenie przyjeżdża po taśmie, płacisz w automacie. Zero kontaktu z obsługą. Na dodatek zapłaciliśmy jakieś śmieszne pieniądze (za jakieś 11 talerzyków plus dwie zupy ok 65 zł).Po kolejnej porcji spaceru po markecie i pokrzepieniu się goframi-rybami odtrąbiliśmy odwrót i udaliśmy się z powrotem do Osaki. Zdążyliśmy w sam raz przed godzinami szczytu, więc podróż przebiegła w komforcie i mogłam kimać jak lokalsi.
Ale na tym nie zakończyliśmy spaceru, tylko jeszcze połaziliśmy po zakupowej części Osaki, Tenjinbashi-Suji Shopping Street, która jest mniej turystyczna niż polecane wszędzie Dotonbori,a ponoć jest to największa w kraju kryta ulica (a w zasadzie kwartał) ulic. Jeszcze trwała przerwa w części biznesów, ale można było pooglądać co tam naprawdę Japończycy kupują…
Dzień zakończyliśmy na prawdziwie japońskiej randce w bardzo fancy kawiarni (2 ciastka + 2 napoje kosztowały prawie tyle co dzisiejsze sushi). To był bardzo udany dzień z prawie 25 tyś. kroków na liczniku. Jutro liczę na podobny.
Komentarze