Tokio, dzień 2
Miało być pięknie, ale pogoda pokrzyżowała nam nieco plany. Z samego rana (i tak później niż planowaliśmy, bo dopadł mnie jet lag i dopiero nad ranem urwałam 3h snu) pojechaliśmy do pierwszego punktu programu, czyli kolebki maneki neko, Gōtoku-ji . Tutaj niejaki Naotaka Ii spotkał białego kota, który zamachał na niego łapką z wnętrza świątyni i gdy tenże wszedł, żeby zobaczyć o co futrzakowi chodzi (pewnie o żarcie), to w miejsce, w którym przed chwilą stał, uderzył piorun. No i tak machający kotek stał się symbolem szczęścia. Na pewno jest jego uosobieniem dla świątyni, bo turyści chętnie kupują kotki i stawiają je na terenie świątyni. I tak biznes się kręci. My przyinwestowaliśmy w innego hopla, czyli zeszycik do zbierania pieczątek, które tu mają świątynie, stacje kolejowe a nawet sklepy. Piękny przedmiot, a i pieczątki z kaligrafią też się fajnie zbiera, aczkolwiek z reguły jest to odpłatne (500 ¥). Już w tym miejscu kropiło, ale nie zrażeni udaliśmy się realizować kolejne pun...