Posty

Tokio, dzień 2

Obraz
Miało być pięknie, ale pogoda pokrzyżowała nam nieco plany. Z samego rana (i tak później niż planowaliśmy, bo dopadł mnie jet lag i dopiero nad ranem urwałam 3h snu) pojechaliśmy do pierwszego punktu programu, czyli kolebki maneki neko, Gōtoku-ji . Tutaj niejaki Naotaka Ii spotkał białego kota, który zamachał na niego łapką z wnętrza świątyni i gdy tenże wszedł, żeby zobaczyć o co futrzakowi chodzi (pewnie o żarcie), to w miejsce, w którym przed chwilą stał, uderzył piorun. No i tak machający kotek stał się symbolem szczęścia. Na pewno jest jego uosobieniem dla świątyni, bo turyści chętnie kupują kotki i stawiają je na terenie świątyni. I tak biznes się kręci. My przyinwestowaliśmy w innego hopla, czyli zeszycik do zbierania pieczątek, które tu mają świątynie, stacje kolejowe a nawet sklepy. Piękny przedmiot, a i pieczątki z kaligrafią też się fajnie zbiera, aczkolwiek z reguły jest to odpłatne (500  ¥). Już w tym miejscu kropiło, ale nie zrażeni udaliśmy się realizować kolejne pun...

Tokio, dzień 1

Obraz
To był długi dzień, bo rozpoczęliśmy go o 4 rano, żeby zdążyć na samolot do Tokio. Na lotnisku byliśmy 3h przed odlotem i nie był to zbytek ostrożności, gdyż wyobraźcie sobie Modlin w szczycie wakacyjnego szaleństwa, tylko bardziej, tak z 10 raz bardziej. Mimo chaosu udało nam się relatywnie sprawnie ogarnąć i stanąć we właściwej kolejce (panie przed nami stojące również z godzinę na końcu dowiedziały się, że stały w niewłaściwej i to są prawdziwe dramaty). My już w 1,5h byliśmy po właściwej stronie i jeszcze zdążyliśmy wciągnąć bánh mì na pożegnanie z Wietnamem. Jeśli zaś chodzi o dalszą obsługę lotu to Viet Jet zaskoczył nas pozytywnie - to taki tutejszy Ryanair, o którym w internatach piszą najgorsze rzeczy, ale nam się udało wylecieć o czasie i razem z bagażami, także sukces. W Tokio czekała nas jeszcze przygoda z wymianą cyfrowych biletów na Skyliner na papierowe i już mogliśmy wyruszyć w stronę hotelu. Japończycy to zdecydowanie naród pisma, bo nawalone mają tekstem wszędzie i o ...

Hanoi, dzień 0

Obraz
 Cześć Hanoi, dawno nas tu nie było!        Tym razem jesteśmy w przelocie, w drodze do Japonii. Pół roku temu, po licznych kalkulacjach zdecydowaliśmy, że w kolejną podróż do Azji polecimy tureckimi liniami, bo w Stambule przesiadki jeszcze nie zaliczaliśmy a ponoć mają fajne nowe lotnisko (tak po prawdzie to oczywiście chodziło o tak przyziemne kwestie jak cena, ilość bagażu i godzinowa logistyka lotu, ale cii, lotnisko okazało się faktycznie fajne, aczkolwiek dość drogie).   W obecnej sytuacji geopolitycznej (USA vs. Iran) ta decyzja uratowała nam urlop. Jak się już domyślacie szczęśliwe dolecieliśmy na miejsce. Po czym wykonaliśmy gambit hanojski, to jest jedną walizę zdeponowaliśmy na lotnisku a na mieście dokupiliśmy nową, pustą, którą zamierzamy zapełniać w Japonii, do której jutro bladym świtem wylatujemy tutejszymi tanimi liniami. Jeśli ktoś byłby zainteresowany powtórzeniem naszego pomysłu, to kilka istotnych informacji: Przechowalnia bagażu ...