Osaka i okolice, dzień 8
Dziś w planie wycieczki była viralowa świątynia Katsuo-ji. Dojechanie do niej zajmuje ok 1h z naszego hotelu, więc dołożyłam do tego planu jeszcze spacer do wodospadu. Krótko mówiąc znów się skatowaliśmy, a wieczorem jeszcze dobiliśmy się wypadem na Dotenbori, ale jak to mówią: nie uprzedzajmy faktów.
Katsuo-ji to piękny przykład komercjalizacji religii, jakiej nie powstydziliby się Chińczycy. Już na stacji kolejowej czeka specjalny autobus, który zawozi turystów wyłącznie pod bramę świątyni. Nad kolejką panuje jakaś ekipa pilnowaczy, którzy sprawdzają czy wszyscy chętni mają wystarczające środki, żeby pojechać do przybytku i z niego wrócić (serio, żądają okazania środków na karcie IC). Z resztą ten autobus jadący ok 20 min. po lokalnych serpentynach z prędkością 30 km/h jest najdroższym środkiem lokalnego transportu jakim mieliśmy okazję się przejechać. I do tego turyści są w nim upychani jak sardynki. Gdy stoisz w kolejce możesz od razu kupić bilet do świątyni przy pomocy kodu QR, ale trzeba podać wszystkie dane, łącznie z płcią i pochodzeniem, więc stwierdziliśmy, że zaryzykujemy kasę biletową. Zgodnie z przewidywaniami wszyscy kupili online więc nie było kolejki…
Na terenie świątyni można:
1. Kupić małego darumę z wróżbą i zostawić go na terenie świątyni lub zabrać ze sobą
2. Kupić inne darumy w dowolnej wielkości, żeby cię wsparł w realizacji życiowego celu (o tym niżej)
3. Kupić talizmany i inne gadżety religijne
4. Zebrać pieczątkę w 6 różnych miejscach, żeby mieć ładną pocztówkę
5. Oczywiście zebrać też prawilną pieczątkę do kajecika
6. Wydać jeszcze pieniądze w sklepiku przy wyjściu
Niewykluczone, że coś pominęłam. Ale odkładając na bok złośliwości, to świątynia jest bardzo ładna, ładnie położona a małe darumy rozsiane po terenie są urocze i wdzięczne jako obiekt zdjęć.
Fun fact: darumy to nie są jakieś tam laleczki, tylko reprezentacje Bodhidharmy, założyciela buddyzmu zen. Wygląda jak wygląda, bo w trakcie medytacji odpadły mu rączki i nóżki. Co więcej sprzedawany jest często z pustymi oczami (bez namalowanych źrenic), a nabywca chcąc by daruma pomógł mu zrealizować jakiś cel (dajmy na to zdać egzamin) maluje mu jedną źrenicę i obiecuje, że namaluje drugą, gdy ten spełni jego życzenie. Dosyć ciekawe podejście do figury religijnej. Oczywiście to co opisałam powyżej to skrót i uproszczenie, więcej o darumie, można poczytać na wiki.
Po opuszczeniu świątyni udaliśmy się na spacer wzdłuż drogi do wodospadu Minoh Falls.Pobocze nie jest szerokie, ale gęsiego można spokojnie iść, są też trasy spacerowe w lesie i nawet jedną z nich spory kawałek się przeszliśmy, ale dosyć meandrują, więc trasa wzdłuż drogi jest mniej ryzykowna. W lesie byliśmy zupełnie sami i była to przyjemna odmiana. Kiedy już prawie z niego wyszliśmy rozległ się dźwięk syreny i trochę zdębieliśmy, a oczami duszy widzieliś
my jak dopada nas trzęsienie ziemi na łonie japońskiej natury. No ale nic dalej za syreną nie poszło, więc może były to ćwiczenia, a może coś innego….
Przy wodospadzie nieco się zagęściło, ale nie było jakoś źle. Okazuje się, że najlepsza porą roku na zwiedzanie tego miejsca jest jesień kiedy wybarwiają się klony, pokrywające okoliczne wzgórza. Nam zostało zjedzenie rybnych “ciastek” w kształcie liści klonu - były zaskakująco niezłe.
Następnie udaliśmy się w dół do miasteczka, tym razem trasą wzdłuż rzeki. Był to niezwykle przyjemny spacer, tym bardziej że szliśmy w dół. Na marginesie dodam, że w świątyni, do której trafiliśmy na końcu tej trasy, dostaliśmy najpiękniejszą kaligrafię do naszego kajeciku, a z kolei w budce z onigiri tuż przy stacji kolejowej zjedliśmy najlepsze onigiri. Cała wycieczka 11/10 - bardzo polecam!
Gdy dotarliśmy do hotelu P. zajął się odprawą naszych bagaży na przewóz do Tokio, a ja padłam. Natomiast gdy powstałam, ruszyliśmy zobaczyć Dotonbori, główny deptak Osaki z milionem sklepów. Zasadniczo jest to jedna, wielka turystyczna pułapka, więc wpadliśmy z poczucia turystycznego obowiązku, ale nie jest to dla mnie punkt obowiązkowy. Pokręciliśmy się po okolicy, zjedliśmy bardzo przeciętny ramen (przynajmniej w moim przypadku) i całkiem spoko pierożki gyoza i wróciliśmy do hotelu. Jutro ostatni punkt programu w szeroko rozumianej okolicy…
Komentarze