Posty

Wyświetlam posty z etykietą przygody

Pociąg do kolejki, albo jak szeroko zakroiłem plany powrotu

Obraz
Mój problem z Chinami był wynikiem następującej zależności - w południowych prowincjach można zwiedzić wiele turystycznych atrakcji, natomiast trudno nauczyć się tam dobrego putonghua. Stąd też wywędrowałem z Yunnanu daleko na północ, a w konsekwencji zaraz po przyjeździe do Tianjinu musiałem rozpocząć planowanie powrotu do Hanoi, skąd za nieco ponad tydzień mam powrotny lot do Polski. Jak się okazało, obydwie mainstreamowe opcje - pociąg i samolot - w zasadzie nie różnią się kosztami*, co mnie osobiście nieco zaskoczyło. Pozostało pytanie, czy lepszym wyborem jest podróż relatywnie szybka, ale nudna i wymagająca wyciskania stołka pupą na kantońskim lotnisku (lot bezpośredni jest jednak zauważalnie droższy), czy też długa i upierdliwa, ale potencjalnie ciekawsza. Klamka już zapadła, i w niedzielę rozpoczynam kolejową podróż Tianjin-Pekin-Hanoi, liczącą sobie ponad dwa tysiące kilometrów** i czterdzieści dwie godziny, w czasie których przetnę z północy na południe w zasadzie całe Chi...

Przypowieść o drzwiach

Chciałem opowiedzieć wam krótką historię, ilustrującą specyficzne, chińskie podejście do życia i rzeczywistości w ogóle. Otóż nieco ponad tydzień temu, we wszystkich wejściach prowadzących do mojego wieżowca zainstalowano domofon i automatyczne zamki. Jak można było wnosić po tłumach kłębiących się o dowolnej porze dnia i nocy przed drzwiami, metoda otwarcia owych zamków (czy były to klucze, czy może jakiś tajny kod do wstukania w domofonie, pozostaje do dziś kwestią niewyjaśnioną) została udostępniona jedynie nielicznym. Co prawda, jak wspominałem, ostrożne rachunki wskazywałyby, że w budynku mieszka pewnie z parę tysięcy osób, więc ruch jest duży, a wychodzący ze środka regularnie otwierali drzwi, wpuszczając wchodzących (co samo w sobie świadczy, jak bardzo bezsensowny był w samym założeniu pomysł instalacji domofonów). Niemniej jednak nawet jedno- czy dwuminutowe oczekiwanie było najwyraźniej zbyt dokuczliwe dla milczącej większości lokatorów. Po kilku (dosłownie) dniach, drzwi z...

Jeszcze kilka historii

Obraz
Kilka dni temu okazało się, że nawet 47 piętro (co również jest wartością nieco zawyżoną - po pierwsze chińska numeracja nie zawiera parteru, a po drugie ostatnio w windzie zorientowałem się, że nie ma piętra 34)* nie chroni przed dziką naturą. Leżałem sobie spokojnie na łóżku, kiedy dziwaczne odgłosy oraz nagle zasłonięte światło lampy uświadomiły mi, że coś jest bardzo nie w porządku . W Azji miałem już do czynienia ze stworzeniami, o których wolałbym nie pamiętać (patrz archiwum sprzed dwóch lat), więc wpadłem w zrozumiałą nerwowość. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach - a każda z nich była jak godzina - zorientowałem się, że mój, zdawało by się, bezpiecznie wyniosły pokój ma w sobie chińskiego ptaka. Kiedy ów przysiadł na okapie kuchenki, okazało się, że jest jedynie niewiele większy od wróbla, ale w pierwszej chwili trudno było stwierdzić, który z nas był bardziej przestraszony. Na szczęście pozostawiony samemu sobie, a następnie w odpowiednim momencie odseparowany od reszty pom...

All the small things

Obraz
Chociaż moje życie codzienne nie obfituje w szczególnie emocjonujące wydarzenia, to jednak coś tam (coś tam) od czasu do czasu się wydarza. 1. badminton i ekspaci. Dzięki uprzejmości mojej nauczycielki dostałem w weekend informację o regularnie organizowanych spotkaniach badmintonowych. W badmintona grywałem rzadko, a na profesjonalnym, halowym korcie - chyba pierwszy raz w życiu, jednak wyposzczony brakiem treningów tenisowych grałem debla bez mała dwie godziny pod rząd. Dzień po odczuwałem pewien dyskomfort, jednak prawdziwe zło przyszło dzisiaj. Bolą mnie nawet części ciała, które co prawda potrafię nazwać po chińsku, ale w obliczu nauczycielek - jakoś nie wypada. Przy okazji poznałem kilku tianjińskich ekspatów (w tym Holendra, Hiszpana i Francuzkę), przy których, i mówię to z niejaką zazdrością, moje trzy miesiące w Chinach wypadają niezwykle blado. Ci ludzie siedzą tu na kontraktach (zapewne dobrze płatnych) latami , i jedyne, czego nie pojmuję, to dlaczego nie mówią jeszcze bi...

Strach przed lataniem w Tianjinie

Obraz
Pierwsze dwa dni w Tianjinie, które wypadły akurat na początek pierwszomajowego okresu urlopowego (oczywiście obchodzonego w Chinach, chociaż wszystkie duże sklepy były pootwierane), upłynęły mi głównie na poszukiwaniach - coraz bardziej rozpaczliwych - jakiegoś sensownego miejsca do zamieszkania. Podróże po dalszych i bliższych dzielnicach Tianjinu przyniosły garść pouczających spostrzeżeń: 1. wbrew utrwalonemu stereotypowi, kawalerki nie są powszechnym towarem; większość mieszkań ma co najmniej 40-50 metrów kwadratowych, chociaż zdarzało mi się oglądać i 70-metrowe; co ciekawe, różnica w czynszu nie była wielka. Wydaje się, że powierzchnia mieszkania nie ma (przynajmniej w przypadku mieszkań, które oglądałem) decydującego wpływu na koszt. 2. mieszkania na prywatnym rynku wynajmu, w poszukiwanym przeze mnie zakresie cenowym (a wiec tanie, ale nie zbyt tanie), z reguły były lekko zdezelowane, i, jak by to ująć, zapuszczone. Zdecydowanie czystość ani wyposażenie (poza klimatyzacją i T...

Małpy i szczury

Obraz
Tak, stare miasta mają zaiste wiele uroku. Żeby je bliżej poznać warto zakwaterować się w samym ich sercu. Zarówno Dali, jak i Lijang oferują noclegi w pięknie przygotowanych hotelach, hostelach i pensjonatach architektonicznie wpisanych w starą zabudowę. Jak się jednak przekonaliśmy, miejsca takie nie tylko cieszą oko, ale też kryją w sobie różne niespodzianki... Jednak o tym za chwilę. Pamiętacie być może, jak pisaliśmy tuż przed wyjazdem z Kumingu o planowanej wizycie w zoo? Nie pisaliśmy o niej zbyt wiele, gdyż raczej nie ma czego polecać. Miejsce to stanowi smutne połączenie lunaparku z miejskim ogrodem zoologicznym z zeszłej epoki. W Polsce parę takich przybytków się chyba zachowało w stanie szczątkowym. Jeśli mnie pamięć nie myli, to jednym z argumentów by nie likwidować ostatecznie tych miejsc (jak np. stare zoo w Poznaniu) było to, że na ich terenie żyją tabuny szczurów, które po zamknięciu ogrodu rozpełzłyby się po mieście. Nie wiem na ile to prawda w przypadku Polski, ale w...

Kilka luźnych impresji

Obraz
Jianshui. Miasto, do którego dotarliśmy jeszcze przed Kunmingiem, relatywnie niewielkie, z ładnie odrestaurowaną starówką i kilkoma atrakcjami historyczno-architektonicznymi. W tym jedną z największych w Chinach świątyń konfucjańskich. Miasto, które, jak się wydaje, trapione jest potworną suszą (zdjęcie z mostu Shuanglong było w poprzednich notkach). Wyschnięty staw w świątynce, w której małe żółwie wdrapują się na martwego złotego karpia. Lokalna baijiu (chińska wódka) pita w restauracji wyglądającej jak scenografia do kostiumowego filmu w rodzaju Hero . Niedaleko leży XIX-wieczna wioska, onegdaj należąca do bogatego rodu (klanu?) 张, w której w nowych, lepszych czasach zagęszczono zaludnienie, zamieniając zabytek w śmierdzący, zasypany śmieciami slums.   Tonghai , zapomniana wioska zasiedlona przez potomków chińskiej wyprawy Kublaj Chana. Chaty z glinianych, suszonych cegieł i słomy. Wszyscy mówią po chińsku, ale starzy ludzie nadal myją warzywa i zamiatają podwórka w ludowych,...

Wieczór w Kunmingu, albo uroki wielkich miast

Obraz
Już od dwóch dni jesteśmy w stolicy Yunnan, czyli zacnym mieście Kunming. W porównaniu z dotychczas odwiedzanymi miejscami, o charakterze, nie bójmy się tego słowa, małomiasteczkowym (w tym w Jianshui, 建水, o którym najprawdopodobniej napiszemy później, ale nielinearność narracji to cecha wielkiej literatury), Kunming obfituje we wszelkie zdobycze cywilizacji. Jedną z ważniejszych jest przylegająca do uniwersytetu uliczka pełna kawiarni i pubów, z której właśnie nadajemy - nasz hotel, mimo iż formalnie 4-gwiazdkowy, nie dorobił się wifi. Co istotniejsze, siedzimy w Game Coffe , z którą czujemy bliski związek już po 5 minutach; niektórym czytelnikom tego bloga wystarczy informacja, iż jest to pełnoprawny chiński odpowiednik naszego ulubionego Paradoxu , wypełniony po brzegi grami planszowymi (ZTCW, głównie w języku angielskim, ale są i chińskie tytuły. Co więcej, młodzi Chińczycy grają tu intensywnie) i piwem. Oczywiście nie spędzamy urlopu wyłącznie w Paradoxie Game Coffe, zarówno wcz...

Jesteś w Laosie, nędzny robaku!

Obraz
Korzystając z (niepowszechnego) dostępu do internetu w sennym Luang Prabang, miasteczku-atrakcji turystycznej Laosu, dajemy "znak życia"; co prawda w przededniu wyjazdu, ale liczą się intencje, czyż nie? Luang Prabang jest najcichszym, najmniejszym i najspokojniejszym miejscem, jakie odwiedziliśmy w czasie całej naszej podróży po Indochinach. Miasteczko znane jest z licznych świątyń, urokliwego położenia w górskiej dolinie i z tego, że niejaki Henri Mouhot kipnął tu na malarię. Luang Prabang...! ...Ta sielanka cię wykończy! Trudno mu się zresztą dziwić. Niewiele brakowało, bym - dzięki zakwaterowaniu w uroczych bungalowach nad samym brzegiem rzeki - poszedł w jego ślady, schodząc we wiośnie swojego życia na atak serca. Malownicza lokalizacja posiadała w pakiecie jakieś olbrzymie* krocionogi, harcujące wieczorem po naszej łazience. A ja naiwnie myślałem, że usadowienie domku na palach chroni przed robactwem... Jeżeli jednak pierwszego wieczoru myślałem, że starcie z gargantui...

Phnom Penh po raz kolejny

Obraz
Dzień nie skończył się na tarasie FCC, jak mogłoby wynikać z poprzedniej notki. Po lunchu wybraliśmy się na spacer wzdłuż rzeki, i całkowitym przypadkiem trafiliśmy do pobliskiej, pięknej świątyni z XV wieku, znanej jako Wat Ounalom . Wat Ounalom Na "zapleczu" głównego pawilonu Wat Ounalom stoi mała, nie wyróżniająca się specjalnie stupa. Co prawda przewodnik wspomina, że znajduje się w niej dość istotna relikwia, jaką jest brew Buddy (nie podaje jednak, która), ale opisuje ową stupę jako obiekt zamknięty. Nie wiem, czy mieliśmy szczęście, czy też realia nieco się zmieniły, ale kiedy krążyliśmy sobie po terenie, zza stupy wychynął sympatyczny staruszek z papierosem, zdawało by się, przyklejonym na stałe do kącika ust. Staruszek nie tylko otworzył nam kłódki blokujące wejście, ale i wprowadził nas do sanktuarium (bardzo niskiego, kamiennego pomieszczenia o ścianach pokrytych grubą warstwą sadzy z kadzidełek, w którym ledwo mieściliśmy się my troje oraz niewielki posąg i ołtarz...

Łotrzyk z Sajgonu

Wczoraj zrobiliśmy sobe pożegnanie z morzem w Hoi An. Najpierw zerwaliśmy się skoro świt (o 05.30! Podziwiajcie naszą determinację i drżyjcie! - PSJ ), by podziwiać wschód słońca znad morza. Choć nieco zamglony, był całkiem ładny. Odkryliśmy też, że jest to pora, kiedy Wietnamczycy (prawie sami mężczyźni) tłumnie wylegają na plażę, by ćwiczyć, zażywać kąpieli i urządzać sobie sąsiedzkie pogaduszki. I pewnie pukają się w głowę, kiedy widzą białych smażących się w najgorętszych godzinach. My jednak po porannym spacerze wróciliśmy do hotelu, na krótką drzemkę i śniadanie, a na plażę wróciliśmy jak na białasów przystało, kiedy słońce już wysoko stało na niebie. I tak przeplażowaliśmy cały dzień jak Pan Bóg nakazał. Dziś natomiast pożegnaliśmy środkowy Wietnam i przenieśliśmy się na gorące (jakby do tej pory nie było gorąco ;)) południe, do Ho Chi Minh City ( zwanego swojsko Sajgonem - PSJ ). Nasze przygody z dotarciem do hotelu opisze pewnie Paweł, ja od siebie dodam, że po pierwszym spac...

Dzień dwudziesty pierwszy, czyli złe miłego końce...

Niestety zmiada klimatu z rozgrzanych jak piec hutniczy środkowo-południowych Chin na zimne przedmurza Mandżurii spowodowały, iż zaczynamy się rozkładać na przeziębienia. Szczęście w nieszczęściu, że to już końcówka wycieczki... Może to spowodować, że z urlopu płynnie przejdziemy na przyziemne, polskie chorobowe (tfu, tfu, odpukać). To juz ostatnia notka z Chin (jak mawiają Anglicy - as for now ), ale mamy jeszcze kilka przemyśleń o Chinach w ogólności, które zamierzamy na spokojnie spisać i opublikować tutaj w najbliższym czasie. Zatem nie mówimy Żegnajcie! , ale Do zobaczenia. PSJ

Dzień jedenasty - oko w oko z tajfunem, oraz nocne wyjście na sichu

Obraz
No dobrze, nie na "sichu", tylko Xi hu ( 西湖), czyli Jezioro Zachodnie. Ale, jak mawiają autorzy kiepskich kryminałów, "nie uprzedzajmy faktów". Wczoraj wieczorem, z okazji chińskiego Święta Środka Jesieni (中秋节), nakupowaliśmy w pobliskim sklepiku tradycyjnych "księżycowych" ciasteczek ryżowych, które spożyliśmy w zaciszu hotelowego pokoju. Była okazja, żeby znowu nawiązać do pierwotnie zakładanego leit-motivu bloga, czyli świnek pekinek. Świnki pekinki życzą wesołego Święta Środka Jesieni! Dzisiejszy poranek nadal trzymał nas w niepewności, co do dalszych planów podróży. Około 10.00 było jednak jasne, że 台风 ( taifeng), czyli nasz swojski tajfun, nie odpuszcza, i o podróży statkiem możemy zapomnieć. Jak powiedziała pani Feng - "没办法". Nie ma rady. Kilka nerwowych telefonów między Pekinem, nami, koczującymi w "tanim hoteliku", oraz szanghajskim agentem turystycznym załatwiło jednak sprawę. Podjęliśmy męską decyzję o przedłużeniu pobytu w H...

Dzień dziesiąty - Shanghaied! *

Trudno mi w zasadzie dodać coś do tego, co Anna napisała o naszym dniu w Tongli (同里 ) oraz pożegnalnym wieczorze w Suzhou (苏州). Udało nam się przejechać na wywalczonych przeze mnie biletach do Szanghaju. Udało się następnie odnaleźć jakiś leżący na uboczu, ale polecany przez Lonely Planet (chyba z powodu niskich cen...) pensjonat, mimo iż kierowca szanghajskiej taksówki nie wiedział, gdzie jest ulica 临潼 ( lintong ), a ja nie do końca rozumiałem, co on do mnie mówi. Potem jednak – nieoczekiwanie – zaczęły się schody. Wesoła, aczkolwiek nie mówiąca w ogóle po angielsku pani Feng – nasz agent turystyczny w Szanghaju, ukrywający się w kolejnym z trudem odnajdywanym przez taksówkarzy hotelu – poinformowała mnie dziś z troską, iż nie mogę odebrać naszych biletów na statek na Putuo shan , gdyż szaleje lub zbliża się (znowu nie do końca zrozumiałem) tajfun, i statki nie pływają. Co gorsza, na Putuo shan mamy zrobioną rezerwację na dwie noce, która może nam przepaść – Putuo to wyspa, na którą...