Posty

szybka notka aktualizacyjna

Wywaliliśmy się dzisiaj od rana brzuchami na plaży w Hoi An, na jakieś 2/3 dnia. Cały czas w cieniu, pod wielkim parasolem. Jedyny moment w słońcu, to kąpiele w morzu... Rezultat? Jesteśmy spaleni. Spaleni niczym drużyna jamajskich bobsleistów na imprezie u Boba Marleya. Spaleni niczym kapitan Kloss w oczach Brunnera. Spaleni. W związku z tym rozwinięcie naszych przygód z Hoi An nastąpi w bardziej dogodnym czasie, zapewne jutro w czasie lunchu. PSJ

Hue po raz drugi

Obraz
Hue...! Nazwa, która mówi wszystko specjalistom od historii Wietnamu oraz miłośnikom gry " Battlefield: Vietnam ". I chyba tylko im. To błąd. Hue, bynajmniej nie największe i nie najstarsze z wietnamskich miast, mieści jeden z ciekawszych i większych zabytków - Cytadelę - pałac ostatniej dynastii wietnamskich królów czy też cesarzy (anglojęzyczna terminologia jest w tym przypadku niejednolita), Nguyenów. Budowana dużym nakładem sił i środków od początków XIX wieku, obejmuje solidny kawał samego miasta (za sporymi murami), a także główny kompleks pałacowy. Jesli chodzi o sam pałac, skojarzenia z pekińskim Zakazanym Miastem narzucają się same - co do skali i monumentalizmu są zresztą całkiem uzasadnione. Rezydencja Ngyuenów nie miała niestety w XX wieku tyle szczęścia, co ostatni dwór Qingów. Lekko nadniszczona w wojnie wietnamsko-francuskiej, stała się sceną brutalnych walk na dużą skalę między Północą a Południem oraz wojskami amerykańskimi, odbijającymi Hue z rąk armii półno...

Hue, hłe, hłe, albo o kawce i neciku w środkowym Wietnamie

Obraz
Good morning, Vietnam! Dochodzi skwarne południe w samym centrum Wietnamu, dawnej stolicy i kolejnej z licznych atrakcji turystycznych - Hue. Korzystając z rozpowszechnionego tu dostępu do internetu* siedzimy sobie w opustoszałej (pora sjesty) kawiarni w towarzystwie wietnamskich dzieci wlepiających wzrok w soap operę o jakiś mistrzach magii, małego kudłatego psa, który ustawił się strategicznie pod wentylatorem, oraz wszechobecnej kawy po wietnamsku i świeżych soków z owoców. Trudno powiedzieć, co z tych dwóch napitków jest tu bardziej popularne, ale z pewnością Wietnamczycy to prawdziwe psy na kawę, co rodzi pokrewieństwo dusz między nimi a mną. Sam sposób podawania kawy jest również dość nietypowy (jeśli porównać go do Starbucksa jako wzorca kawowej typowości i przeciętności). Jakby ktoś się wybierał, to niech ma na względzie następujące kwestie: 1. kawa jest czarna jak smoła i gorzka jak miłość. W większości bardziej posh kawiarni (za wskaźnik posh możemy przyjąć, czy są stoliki...

Piraci z Ha Long Bay

Obraz
Kolejny dzień, kolejna wyprawa poza Ha Noi . Tym razem wypuściliśmy się na głębsze wody. Zatoka Ha Long jest jednym z cudów świata (a przynajmniej Wietnamczycy chcieliby żeby była tak zaklasyfikowana i wszędzie namawiają do głosowania na nią w licznych listach cudów świata) i zabytkiem natury pierwszej klasy. Wyobraźcie sobie niemal dwa tysiące skalistych wysepek rozrzuconych po zatoce. Skalne ściany wyrastające pionowo z morza. Krajobraz zatoki Ha Long , z tymi wszystkimi zatoczkami, jaskiniami, zakamarkami - zwłaszcza, gdy przybija się do którejś z nich - wygląda jak plan filmowy "Piratów z Karaibów". Niestety okazało się, że Wietnamczycy, choć naród żyjący w dużej mierze z morza, nie ma żadych godnych odnotowania sukcesów żeglarskich. Jedyni piraci, jakich można tu znaleźć, to właściciele małych łódeczek, przybijający do statków wycieczkowych i próbujący łupić turystów ;) Jakieś obszarpane dziecko wykonało nawet abordaż na nasz pokład... Niektóre wysepki są rzecz jasna ba...

Głowy nas bolą, brzuch mnie boli - nie będzie śmiesznego tytułu

Obraz
Monsun odpuscił, więc dnia trzeciego postanowiliśmy się spławić rzeką trzech jaskiń - Tam Coc . Jest to mniej więcej w tej samej okolicy, co nasz wczorajszy cel, w miejscu gdzie rzeka wije się wokół fantastycznie ukształtowanych skał wapiennych. Najpierw jednak wybraliśmy się jeszcze po drodze do jednej ze świątyń ukrytych w skałach, pagody Bich Dong . Wspinaczka po skałkach wśród bujnej roślinności sprawiła, że czuliśmy się tam niemal jak Indiana Jones na tropie ;). Wejście główne Oh, Budda, thou art a heartless Bich (Dong) Potem przejechaliśmy nad rzekę, zapłaciliśmy za bilet i załadowaliśmy się do małej łódeczki. Szybko opuściliśmy uregulowane nabrzeże i ruszyliśmy wśród malowniczych skałek. Największe wrażenie na mnie, poza oczywiście pięknym krajobrazem, zrobiły ślady życia codziennego w tym (wydawałoby się zapomnianym) zakątku. Domy zagubione w gąszczu, rybacy na łódkach i niesamowite grobowce na częściowo zalanych wysepkach (wyglądały jakby były pozostałością jakichś dawnych cyw...

Żaby, dekadencja kolonizatora i szalony buddysta

Obraz
Niestety załapaliśmy się wczoraj na końcówkę monsunu. Na wieczór zapowiadali tony deszczu i nie była to poetycka przenośnia. Postanowiliśmy więc elastycznie zmienić plany i zamiast spławiać się rzeką na mokro, pojechaliśmy oglądać katedrę Phat Diem . To stuletni, przepiękny kompleks zbudowany na życzenie Ojca Sześć (katolickiego księdza Tran Luca). Architektonicznie łączy w sobie wpływy europejskie z buddyjskimi, co robi niesamowite wrażenie. Niestety katedra była zamknięta, ale mogliśmy sobie ją obejrzeć przez kraty i szpary, natomiast dość dokładnie obejrzeliśmy jedną z czterech kaplic, która była udostępniona wiernym. Wybaczcie jakość zdjęć, ale pogoda nie sprzyjała... Muszę przyznać, że w strugach deszczu łatwo bylo się wczuć w marazm i dekadencję, ogarniające europejskich kolonizatorów tych sto lat wcześniej ;). Oh, Jacques, ten deszcz mnie dobija. Podaj mi moje opium. Punktem kulminacyjnym naszej katedralnej wizyty był moment, gdy odezwał się dzwon z katedralej dzwonnicy. Dzwon j...

Dzień pierwszy - drugie podejście

Obraz
Lekko odpocząwszy, mogę spróbować uporządkować wrażenia z wczorajszego dnia. Sprzyjają temu okoliczności - obecnie, korzystając z uprzejmości Rodziców (rodziców Ani, gwoli ścisłości), siedzimy w samochodzie kierując się ku kolejnym atrakcjom turystycznym w szeroko rozumianych okolicach Ha Noi. Ale nie uprzedzajmy faktów, o okolicach będzie w następnej notce. Z uwagi na absolutny chaos drogowy oraz niezbyt chyba rozwiniętą, a na pewno nieprzystępnie oznakowaną komunikację publiczną, najprostszą metodą zwiedzania miasta są własne nogi. Na szczęście w zasięgu krótkiego spaceru znajduje się jedna ze sztandarowych atrakcji, wymienianą na pierwszych miejscach każdego przewodnika, czyli tzw. Świątynia Literatury (zastanawiam się, na ile precyzyjne jest to tłumaczenie wietnamskiej nazwy - Van Mieu ...). Cynicznie powiem, że da się w Azji znaleźć świątynie większe, bardziej starożytne czy kapiące od złota. Jednak w hałaśliwym, zatłoczonym od samochodów i skuterow centrum Świątynia wraz z przyle...