Posty

Smutek tropików

Obraz
Mieliśmy chwilę przerwy, ale to z powodu natłoku wrażeń i zmęczenia materiału. Po kolei jednak - z Phnom Penh przepłynęliśmy rzeką/jeziorem Tonle Sap* do Siem Reap, czyli miasteczka i bazy wypadowej do zabytków Angkor. Sam rejs, mimo iż dość długi (pięć godzin!) i w drugiej części nieco monotonny, był bardzo fajny w części "rzecznej" z uwagi na niesamowite widoki khmerskiej prowincji; zaiste niczym Czas Apokalipsy. "W tym kraju nie ma porządnych fal. Same nieregularne ścierwa." "Jakieś pół roku temu wiozłem faceta aż za most w Do Lung. (...) Mówią, że strzelił sobie w łeb." Jeśli chodzi o Angkor**, to zapewne sprawniejsi w posługiwaniu się piórem mieli równie wielki problem, co ja: co tu napisać? Od czego zacząć? Może jakiś wierszyk? Haiku...? Sprawa jest trudna, więc dopóki nie dostanę jakiegoś ataku natchnienia, pozwolę raczej przemówić zdjęciom (i Annie). Dodam tylko, że pora deszczowa to całkiem niezły moment na zwiedzanie Angkor, bo ruch turystyczny...

Phnom Penh i duchy przeszłości

Obraz
Kolejny dzień w Phnom Penh poświęciliśmy na zagłębienie się w skomplikowaną i bolesną historię Kambodży. Najpierw mieliśmy zwiedzać chronologicznie, tzn. najpierw pałac królewski a następnie niesławne więzienie S-21, które w czasie krótkich lat panowania Czerwonych Khmerów stało się sceną najgorszych zbrodni przeciwko ludzkości. Jednakże "nasz" kierowca tuk-tuka zaproponował nam na zmianę planów, za co w sumie byłam mu potem wdzięczna. Bardzo usilnie namawiał nas jeszcze na wizytę na tzw. "killing fields", ale uznaliśmy, że starczy nam grozy samego więzienia. I mieliśmy rację. W historię więzienia zagłębiać się nie będę - kto chce, znajdzie dość informacji, choćby na wikipedii (dość rozbudowany artykuł znajdziecie tu ). Dość powiedzieć, że w ciągu 4 lat zginęlo tu kilkanaście tysięcy ludzi a dawne budynki szkolne, przemienione w cele i sale tortur robią dość koszmarne wrażenie. Tym bardziej, że wszystko jest dość zaniedbane i wchodząc do kolejnych cel, można odnieść...

Phnom Penh po raz kolejny

Obraz
Dzień nie skończył się na tarasie FCC, jak mogłoby wynikać z poprzedniej notki. Po lunchu wybraliśmy się na spacer wzdłuż rzeki, i całkowitym przypadkiem trafiliśmy do pobliskiej, pięknej świątyni z XV wieku, znanej jako Wat Ounalom . Wat Ounalom Na "zapleczu" głównego pawilonu Wat Ounalom stoi mała, nie wyróżniająca się specjalnie stupa. Co prawda przewodnik wspomina, że znajduje się w niej dość istotna relikwia, jaką jest brew Buddy (nie podaje jednak, która), ale opisuje ową stupę jako obiekt zamknięty. Nie wiem, czy mieliśmy szczęście, czy też realia nieco się zmieniły, ale kiedy krążyliśmy sobie po terenie, zza stupy wychynął sympatyczny staruszek z papierosem, zdawało by się, przyklejonym na stałe do kącika ust. Staruszek nie tylko otworzył nam kłódki blokujące wejście, ale i wprowadził nas do sanktuarium (bardzo niskiego, kamiennego pomieszczenia o ścianach pokrytych grubą warstwą sadzy z kadzidełek, w którym ledwo mieściliśmy się my troje oraz niewielki posąg i ołtarz...

Głębiej w interior, w górę Mekongu

Obraz
Piszę te słowa na ogromnym tarasie Foreign Correspondents' Club w Phnom Penh, stolicy Kambodży. Większość popołudnia spędziliśmy kręcąc się po okolicy i zwiedzając muzeum narodowe (słynne głównie z rzeźb z Angkor Wat i starszych), a wszystko to w obezwładniającym, duszącym upale. Muzeum Narodowe, Phnom Penh Jako mieszkańcy strefy Schengen nieco odwykliśmy od przekraczania "normalnych" lądowych granic, lecz przejście między Wietnamem a Kambodżą odświeżyło nam pamięć: dwukrotna "wysiadka" z autobusu (z bagażami), kilkudziesięciominutowe oczekiwanie na załatwienie formalności paszportowych, "oficjalne łapówki" dla straży granicznej... Wszystko to było naszym udziałem, prawie jak na Ukrainie osiem lat temu. Phnom Penh, nie chcę chwalić dnia przed zachodem, wydaje się o wiele cichsze i spokojniejsze (i oczywiście znacznie, znacznie mniejsze) niż Ha Noi czy upiorny Sajgon. Co prawda w recepcji hotelu przyklejono niepokojącą kartkę, uprzedzającą o jakimś loka...

"Owoce Delty Mekongu to samo zdrowie!"

Obraz
Tak jest, razem z naszym przewodnikiem wybraliśmy się w piątek na przejażdżkę po Mekongu. W planach była degustacja owoców tropikalnych, miodu i wódki na bananach, wizyta w fabryce kokosowych słodyczy i lunch na żółwiu (żaden gad nie ucierpiał - Żółw to nazwa jednej z wysp na tym odcinku rzeki). Mhm, wymarzony dzień dla mnie, cały kręcący się wokół jedzenia :) Od razu, gdy wylądowaliśmy na "owocowej" wyspie, zostaliśmy zaatakowani z zaskoczenia durianem. Ladies and gentlemen... Durian! Durian to przedmiot nienawiści i pożądania. Wygląda toto jak kolczasta piłka do rugby, a pachnie... no właśnie, niektórym migdałami, innym zgniłą cebulą, terpentyną i przepoconymi skarpetkami. Tyle się naczytałam wcześniej o legendarnym zapachu tego króla owoców (jak jest zwany w południowej Azji), że naprawdę obawiałam się zbliżyć. Ale nas zapach nie zabił ;) Może to upośledzony zmysł powonienia, nie wiem. Dla mnie znacznie dziwniejsza była konsystencja samego miążu, która była bardzo kremowa....

"Sajgon. Cholera. Wciąż tylko Sajgon. Codziennie się łudzę, że obudzę się w dżungli"

Obraz
Na wstępie muszę powiedzieć, że w Sajgonie trafił nam się świetny i wybornie mówiący po angielsku przewodnik - młody facet o fryzurze przypominającej moją (rzadkość wród Wietnamczyków), sypiący anegdotami i niezwykle kontaktowy. Dzięki temu Sajgon zyskał w naszych oczach dodatkowe punkty. Pierwsza z wycieczek (centrum zwiedzaliśmy na własną rękę i na piechotę, głównie popołudniami) obejmowała dwie "podmiejskie" atrakcje. Pierwszą z nich stanowił zrekonstruowany fragment obszaru umocnionego (tak to się nazywa?) Cu Chi , czyli jednej z bardziej znanych aren zmagań Viet Congu z armią amerykańską. Rekonstrukcja, dodajmy, całkiem udatna - są poglądowe makiety, naturalnej wielkości manekiny wietnamskich partyzantów, zrekonstruowane pułapki itp... Za (niemałą) opłatą można sobie nawet postrzelać na strzelnicy z kałasza, M-16 czy nawet M60 - dla pozostałych zwiedzających niosąca się po lesie kanonada dodatkowo zwiększa wiarygodność całego doświadczenia. Oczywiście główn...

Uzupełnienia, sprostowania i materiał zdjęciowy

Obraz
Po pierwsze, jeśli chodzi o dzieciaki i Święto Środka Jesieni, to chyba wkradł nam się błąd, i pierwsze skrzypce gra tam nie smok, a lew. Różnica niewielka, jedno i drugie w Wietnamie (podobnie jak w Chinach) to zwierzę mityczne. Po drugie, jeśli ktoś nie wierzył, że niżej podpisany jest w stanie zwlec się na tyle wcześnie, by zobaczyć wschód słońca (i to w strefie okołorównikowej), to poniżej materiał poglądowy: Plaża, dzika plaża... ...Wietnamczycy dookoła... Aww, romantic Jak zwykle, notka z dzisiaj będzie jutro, itd. Zdjęcia musimy zrzucić na laptopa i obrobić. Wiecie, ten blog nie robi się sam :) PSJ