Ayutthaya, czyli dzień drugi, w którym prawie umarłam

Ambitnie postanowiliśmy udać się do dawnej stolicy Tajlandii (XIV-XVIII w.) w ramach jednodniowej wycieczki. Wymagało to od nas: 35 min. przejażdżki metrem, 50 min. pociągiem, przeprawy łódką przez rzekę i już prawie byliśmy na miejscu. Przy czym nie dostaliśmy biletów na nowoczesny ekspres, więc mieliśmy okazję przejechać się lokalnym pociągiem na bilecie stojącym (a zamiast klimy wentylatory - nie było lekko). 


Na miejscu za jedyne 60 BTH wynajęliśmy rowery - mnie się dostał dziecięcy - i to właśnie to prawie mnie zabiło. Nie wiedzieć czemu wyobrażałam sobie Ayutthayę trochę jak Ankor Wat w Kambodży, ale tutaj świątynie rozrzucone są wśród okolicznych zabudowań i dojeżdża się do nich całkiem ruchliwymi drogami. Momentami jest niby jakaś ścieżka rowerowa, ale jeżdżą lub parkują na niej wszyscy, łącznie ze słoniami. Hałas, smog i stres a to wszystko w bagatelnych 34 stopniach C. A i jeszcze ruch jest lewostronny, więc już nie wiedziałam kto ma pierwszeństwo i gdzie patrzeć. Jedyny plus to Tajowie są uprzejmi, puszczają zazwyczaj takie łamagi i jeżdżą raczej wolno.






 


Ale świątynie (bo to one się głównie zachowały ze starego miasta) oczywiście bardzo zacne. Kupiliśmy za 200 BTH bilet na wszystkie i niemal wszystkie obejrzeliśmy (choć część po łebkach, bo upał dawał się nam w znaki - każdy przystanek był z obowiązkowym wodopojem). 









Powrót zawierał te same atrakcje transportowe i pociąg jeszcze bardziej dał nam w kość (ale już powoli budują kolej wielkich prędkości, więc może kiedyś będzie lepiej). Prosto z metra poszliśmy na obiad, bo wiedziałam, że jak się doczłapię na nasze drugie piętro, to do jutra nie zejdę. A obiad spożyliśmy w lokalnej knajpce, polecanej przez nasz nocleg (na drzwiach też mają znaczki Michelina, naprawdę mam wrażenie, że je tutaj do gazety dodają czy cos) i faktycznie jedzenie było znakomite: jakiś specyficzny makaron smażony z dowolnymi dodatkami (u mnie wieprzowina) i jajkiem sadzonym. Może jednak przeżyję…

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Pożegnanie z Tajpej i nocny Hong Kong

Krótki wpis o właściwym zachowaniu w świątyni tajwańskiej

Tainan - dzień dziesiąty i jedenasty