Posty

Dzień jedenasty - oko w oko z tajfunem, oraz nocne wyjście na sichu

Obraz
No dobrze, nie na "sichu", tylko Xi hu ( 西湖), czyli Jezioro Zachodnie. Ale, jak mawiają autorzy kiepskich kryminałów, "nie uprzedzajmy faktów". Wczoraj wieczorem, z okazji chińskiego Święta Środka Jesieni (中秋节), nakupowaliśmy w pobliskim sklepiku tradycyjnych "księżycowych" ciasteczek ryżowych, które spożyliśmy w zaciszu hotelowego pokoju. Była okazja, żeby znowu nawiązać do pierwotnie zakładanego leit-motivu bloga, czyli świnek pekinek. Świnki pekinki życzą wesołego Święta Środka Jesieni! Dzisiejszy poranek nadal trzymał nas w niepewności, co do dalszych planów podróży. Około 10.00 było jednak jasne, że 台风 ( taifeng), czyli nasz swojski tajfun, nie odpuszcza, i o podróży statkiem możemy zapomnieć. Jak powiedziała pani Feng - "没办法". Nie ma rady. Kilka nerwowych telefonów między Pekinem, nami, koczującymi w "tanim hoteliku", oraz szanghajskim agentem turystycznym załatwiło jednak sprawę. Podjęliśmy męską decyzję o przedłużeniu pobytu w H...

Dzień dziesiąty - Shanghaied! *

Trudno mi w zasadzie dodać coś do tego, co Anna napisała o naszym dniu w Tongli (同里 ) oraz pożegnalnym wieczorze w Suzhou (苏州). Udało nam się przejechać na wywalczonych przeze mnie biletach do Szanghaju. Udało się następnie odnaleźć jakiś leżący na uboczu, ale polecany przez Lonely Planet (chyba z powodu niskich cen...) pensjonat, mimo iż kierowca szanghajskiej taksówki nie wiedział, gdzie jest ulica 临潼 ( lintong ), a ja nie do końca rozumiałem, co on do mnie mówi. Potem jednak – nieoczekiwanie – zaczęły się schody. Wesoła, aczkolwiek nie mówiąca w ogóle po angielsku pani Feng – nasz agent turystyczny w Szanghaju, ukrywający się w kolejnym z trudem odnajdywanym przez taksówkarzy hotelu – poinformowała mnie dziś z troską, iż nie mogę odebrać naszych biletów na statek na Putuo shan , gdyż szaleje lub zbliża się (znowu nie do końca zrozumiałem) tajfun, i statki nie pływają. Co gorsza, na Putuo shan mamy zrobioną rezerwację na dwie noce, która może nam przepaść – Putuo to wyspa, na którą...

Dzień dziewiąty, czyli dalej w Suzhou i okolicach

Obraz
Dzisiaj postanowiliśmy na własną rękę zrobić sobie wycieczkę do kolejnego z wodnych miast. Tongli leży w odległości ok 30km od Suzhou i nasz (papierowy) przewodnik twierdził, że z dworca autobusowego można swobodnie złapać jeden z turystycznych autobusów zmierzających do tego miasta. Zatem po śniadaniu złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy na dworzec. Pierwsze wrażenie? Morze Chińczyków i ani jednego białego na horyzoncie. Przez dworzec przewalały się dzikie tłumy. Paweł dzielnie wkroczył do środka i po dłuższej chwili (którą my spędziliśmy na dworze zbierając przeciągłe spojrzenia miejscowych) wynurzył się z czterema biletami na autobus (8Y) oraz biletami do zabytkowej części Tongli (80Y). Okazało się, że faktycznie turystyczne autobusy odchodzą co godzinę i jak już człowiek trochę ochłonie, to stwierdzi, że jest to wszystko całkiem sprawnie zorganizowane. Po kupieniu biletu trzeba odczekać do chwili 15min-do-odjazdu, przepchać się przez zatłoczoną poczekalnię do wyjścia nr 1 (na sz...

Dzień ósmy, czyli niezły kanał oraz chińskie tortury (językowe)

Obraz
Mimo dość pochmurnej pogody udało nam się wczoraj zobaczyć jeszcze ogród nazwany Pawilonem Niebieskiej Fali. Bambusowe zagajniki, mroczne korytarze i piętrzące się w niebo skałki tworzyły nieco tajemniczą atmosferę. Niestety musieliśmy stamtąd uciekać przed chmarą złośliwych komarów. Następnie Paweł wywiódł nas okrężną drogą do Pan Men , dawnej bramy miejskiej. Chcąc nie chcąc, żeby się na nią dostać musieliśmy kupić bilet do parku otaczającego pagodę Ruiguang (nie zrobiliśmy tego wcześniej gdyż zbliżała się godzina zamknięcia parku, a jest on spory; niestety okazało się, że inaczej niż przez park do bramy dojść się nie da). W związku z tym po obejrzeniu bramy przewędrowaliśmy przez ów park, zachwycając się ciszą i spokojem niespotykanym w chińskich ogrodach. Po tym kojącym spacerze poszliśmy na kolację. Restauracja została wybrana na chybił trafił (najpewniejszym kryterium wyboru dobrej knajpy – i to wszędzie na świecie – jest ilość jedzących w niej tubylców, im więcej tym lepiej t...

Dzień siódmy - pada, więc nie chce nam się wymyślać

Z samego rana opuściliśmy nasz zabytkowy hotel oraz dokumentnie rozkopany Szanghaj (ciężki sprzęt pracuje nad nowym tunelem do północy - byle zdążyć przed Expo 2010) i udaliśmy się do Suzhou, najsłyniejsze miasto na wodzie. Pociąg pokonał osiemdziesiąt kilka kilometrów w pół godziny (jechał z prędkością nawet 250km/h). Chciałabym żeby takie pociągi jeździły po Polsce... W Suzhou zakwaterowaliśmy się w przyjemnym hotelu i ruszyliśmy na zwiedzanie. Miasto to poza kanałami słynie z przepięknych ogrodów. W pierwszej kolejności poszliśmy do Ogrodu Mistrza Sieci. Trzeba przyznać, nieźle się potrafili ci Chińczycy dawni urządzić. Środek miasta, a tam cisza, spokój, harmonia - piękne pawilony, skałki, rośliny, woda - czego chcieć więcej? Następnie udaliśmy się do polecanej przez Lonely Planet knajpki z domowymi pierogami na lunch. Pierogi-specjalność zakładu były naprawdę pyszne (LP jest chyba bardziej wiarygodny w tych kwestiach niż Pascal ;)), a i reszcie zamówionych dań, czyli kruchym krewe...

Konkurs - rozwiązanie i nowe pytanie.

Najbliżej prawidłowej odpowiedzi byli Maciej i Agnieszka: na zdjęciu widać lepy na owady, rozwieszone co trzy metry na górskich ścieżkach w parku Xiangshan . Jak przypuszczamy, ich celem było uprzyjemnienie spacerującym po górach wycieczek - faktycznie wokół spoconego człowieka nie latały żadne muchy, komary ani inna obrzydliwość. Nowe pytanie konkursowe brzmi: co sprzedaje się w sklepie, w którego witrynie widnieje napis "Fresh arts". Dla ułatwienia dodamy, że sklep mieścił się w rosyjskiej "dzielnicy".

Dzień szósty, albo strach przed lataniem (z 88 piętra)

Obraz
Kolejny dzień w Szanghaju postanowiliśmy spędzić na luzie, bez gonitwy po zaułkach. Po śniadaniu wybraliśmy się do Shanghai Museum. Uważnie obejrzeliśmy eksponaty w salach z antycznymi rzeźbami oraz przedmiotami z brązu, niemałą chwilę poświęciliśmy mniejszościom narodowym oraz meblom z dynastii Ming i Qing. Dość pobieżnie obeszliśmy ogromną wystawę chińskich monet, gdzie na końcu, w zbiorach z zagranicy, znaleźliśmy monetę z Piłsudskim (te jego wąsy nas przyciągnęły). Z sił opadliśmy przy kaligrafii i obrazach, a ceramikę zaliczyliśmy po łebkach. Tego się po prostu w jeden dzień nie da obejść. Z ciekawostek: Chińczycy namiętnie fotografują eksponaty w gablotach. A i my robiliśmy za obiekt zainteresowań – aż troje z nas zostało poproszone o pozowanie do zdjęć z zupełnie obcymi Chińczykami. Ewakuowaliśmy się stamtąd, by przy kawie zregenerować siły. Wszak w planach mieliśmy jeszcze jedno muzeum. Z centralnego Placu Ludowego (gdzie znajduje się muzeum) metrem przemieściliśmy się d...