Posty

W Ha Noi bez zmian

Obraz
Problem z wyjazdami “produktywnymi” (w odróżnieniu od wakacyjnych) polega na tym, że zmienia się głównie scenografię, ale codzienność jest równie wypełniona przygodami i nowymi doświadczeniami, co poranne dojazdy warszawskim tramwajem do pracy na pierwszą zmianę. Sytuacji nie poprawia pewnie fakt, że jesteśmy w Ha Noi już trzeci/czwarty raz. Przy poprzednich wizytach zdążyliśmy się nieco “otrzaskać” z wietnamską rzeczywistością i tym, co inne. Nie mam więc w zanadrzu żadnej anegdoty, żadnej przełomowej historii, którą mógłbym ubarwić moje notki. Tym razem jest zatem okazja i konieczność, by oddać łamy Ann, której fotoreporterskie oko na szczęście wyostrza się z wyjazdu na wyjazd. Tymczasem na targu... Nie oznacza to jednak, że nudzimy się tu, czy pogrążamy w depresji. Życie na obczyźnie umilają nam od czasu do czasu drobne przyjemności (w czym niemała zasługa naszej rodziny!), od wietnamskiej kawy w pobliskich kawiarniach, po koncert w (jedynym c...

Sầm Sơn

Miałem napisać coś o naszym krótkim świątecznym wypadzie do rybackiej wioski (i znanego miejsca nadmorskich rekreacji) Sầm Sơn, ale Ann na swoim blogu  wszystko pięknie opisała  i okrasiła zdjęciami. Nie ma zatem co się powtarzać. Kolejne zdjęcia i wpisy: wkrótce. PSJ

Krótki disclaimer

Obraz
To nie jest tak, że umarliśmy lub leżymy złożeni egzotyczną chorobą. Połączenie internetowe w ośrodku wypoczynkowym jest jednak wyjątkowo niesforne, a nawet w najlepszych chwilach - powolne, więc następne wpisy po powrocie do Ha Noi, czyli jutro. Hanojskie xích lô Poniżej jeszcze kilka zdjęć z jednego z miejskich parków w centrum Ha Noi. Tak, żołnierze mają ćwiczenia strzeleckie w alejkach. Na szczęście na "sucho". PSJ

Obrazki z wystawy

Obraz
Nie mam dziś weny na pisanie, więc trochę materiału zdjęciowego z tzw. rozmaitości (courtesy of Ann). Ta oranżada...   Ten Spiderman ma cztery nogi Na ulicy

Sinonotes znowu w siodle

Obraz
Jestem jednak człowiekiem słownym i prawdomównym. Pół roku temu napisałem, że następna aktualizacja bloga nastąpi w Hanoi... i oto jest. Obligatoryjnie  Tym razem wspólnie z Ann spędzamy lokalnie upojny miesiąc na nauce języka (ja) i gotowania (Ann). Napięty harmonogram nie pozwala nam na zbyt częste buszowanie po internecie, a mój przeciętny plan dnia jest równie fascynujący, co dzień z życia ucznia podstawówki, jednak weekend jest okazją do wrzucenia przynajmniej kilku zdjęć. Na zajęcia dojeżdżam codziennie siedem i pół kilometra (i z powrotem). Dzięki uprzejmości ludzi dobrej woli, pożyczyłem niezbyt wyszukany, ale sprawny i sympatyczny rower. Niestety, brak mi zdolności, by oddać słowem charakter ruchu ulicznego w Wietnamie - kto tu nie był, nie jest chyba sobie w stanie tego wyobrazić. Powiem tylko dla przykładu, iż wracając z zajęć, aby nie nadkładać drogi, do najbliższego skrzyżowania z nawrotką przejeżdżam około 400 metrów. Pod prąd. Nie jest to praktyka budząca ja...

Bez morału

Obraz
W ostatnich kilku dniach, które - jak się składa - są również moimi ostatnimi dniami w Tianjinie, spacerując po tutejszych ulicach wielokrotnie przyłapywałem się na myśli, iż niezależnie od wszystkich drobnych dokuczliwości dnia codziennego (vide Przypowieść o drzwiach ), Tianjin to jednak piękne i uzależniające miasto. Być może nie jest w tak oczywisty sposób atrakcyjne czy przykuwające uwagę turysty, w przeciwieństwie choćby do Dali, Lijiangu czy nieodmiennie popularnego Hangzhou, ale minutę po uskoczeniu przed kolejnym rozpędzonym samochodem trafiasz znowu na jakąś alejkę czy kamiennicę, dla których czas zatrzymał się przed wojną. Czasami trudno się nie zachwycić. 泰安道 大沽北路 Pewnego dnia pogoda i widzialność znakomicie się polepszyły Dla mnie osobiście takie chwile wiążą się nieodmiennie z uświadomieniem sobie, gdzie właściwie jestem i co robię. Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych ludzi nie jest to żadne warte wzmianki osiągnięcie - są tacy, którzy potrafią z dnia na dzień spakowa...

Pociąg do kolejki, albo jak szeroko zakroiłem plany powrotu

Obraz
Mój problem z Chinami był wynikiem następującej zależności - w południowych prowincjach można zwiedzić wiele turystycznych atrakcji, natomiast trudno nauczyć się tam dobrego putonghua. Stąd też wywędrowałem z Yunnanu daleko na północ, a w konsekwencji zaraz po przyjeździe do Tianjinu musiałem rozpocząć planowanie powrotu do Hanoi, skąd za nieco ponad tydzień mam powrotny lot do Polski. Jak się okazało, obydwie mainstreamowe opcje - pociąg i samolot - w zasadzie nie różnią się kosztami*, co mnie osobiście nieco zaskoczyło. Pozostało pytanie, czy lepszym wyborem jest podróż relatywnie szybka, ale nudna i wymagająca wyciskania stołka pupą na kantońskim lotnisku (lot bezpośredni jest jednak zauważalnie droższy), czy też długa i upierdliwa, ale potencjalnie ciekawsza. Klamka już zapadła, i w niedzielę rozpoczynam kolejową podróż Tianjin-Pekin-Hanoi, liczącą sobie ponad dwa tysiące kilometrów** i czterdzieści dwie godziny, w czasie których przetnę z północy na południe w zasadzie całe Chi...