Posty

Ticket to ride

Obraz
Dzisiejszy dzień nie bardzo nadaje się na notkę, bowiem spędziliśmy go na błogim lenistwie, zbierając siły przed dalszym etapem podróży, czyli nocnym pociągiem Hanoi - Lao Cai. Zamiast tego uraczę was garstką spostrzeżeń porównawczych... - w ciągu niecałych dwóch lat udało się przymusić mieszkańców Hanoi (jak jest gdzie indziej, nie wiemy) do jazdy na skuterach w kaskach (i to w sporej części takich, które nawet mają szansę przetrwać spotkanie z asfaltem), choć jeszcze nie rzadki jest widok trzyosobowej rodziny, pędzącej na skuterku - rodzice mają kaski, dziecko (stojące za kierownicą lub siedzące na szarym końcu) - nie. - młodzież (ok, pewnie nie tylko młodzież) z braku przestrzeni prywatnej, a także dość purytańskiej moralności, na romantyczne schadzki wybiera się rowerem wodnym w kształcie łabądka na środek jeziora Hoan Kiem. Niestety im więcej takich romantyków, tym mniej intymności... Poniżej obrazek poglądowy (zdjęcie robione o zmierzchu, ale łabądki łatwo wypatrzeć). I to na r...

Problemy Pierwszego Świata

Obraz

Zaletą podróży po tropikach...

...jest między innymi możliwość spróbowania smaczeliny* * żeby nie wprowadzać w błąd, od razu tłumaczę, że to jest to samo, co żółciecz. Poza tym polecam muzeum etnograficzne w Ha Noi - oczywiście skupia się na etnografii, więc nie wytrzymuje porównania z, dajmy na to, muzeum armii, ale jest naprawdę sensownie zaprojektowane, prezentuje dobrą proporcję informacyjnych tekstów do zakurzonych eksponatów, no i ma sympatyczny, niewielki quasi-skansen z autentycznymi budynkami i budowlami w klimacie szeroko pojętego folku. Duży skok jakościowy w porównaniu z nieszczęsnym "parkiem mniejszości narodowych" w Pekinie, w którym tradycyjne budynki były przepięknie oddane w żelbetonie i farbie olejnej. Na dość dokładne obejście całości potrzeba około 2-3 godzin, a w samym muzeum wre praca nad nowym skrzydłem, więc za rok-dwa pewnie będzie jeszcze obszerniej. PSJ

Dzień pierwszy - lądowanie w Hanoi

Obraz
Podroż do Hanoi przebiegła bez większych zakłóceń. Zrobiliśmy krótki wypad na miasto, ale bez napinki, jako że musimy zaaklimatyzować się do temperatury. A temperatura jest wysoka: 28 stopni. Biorąc pod uwagę, że wylatywaliśmy z -5, to jest do czego się adaptować. Leniuchujemy więc, wzmacniając siły zimnymi napojami. Ann

and again...

Tak jest, znów jedziemy do Azji. Like two years before that, and two years before that... Wiem, że obiecywaliśmy kolejne notki wietnamskie, ale wiecie jak jest, rzeczywistość zasysa. Ale dobra wiadomość jest taka, że wracamy tam, gdzie skończyliśmy poprzednio, czyli do Hanoi. Stamtąd udajemy się na północ do Sapy (polscy blogerzy - co ujawnił szybki research - okrzyknęli iż jest to wietnamskie Zakopane... :] ), a następnie przekraczamy granicę w He Kou i udajemy się na podbój Yunnanu. Wylatujemy już w lany poniedziałek o barbarzyńskiej porze, także stay tuned! Ann

"This is the end, my only friend, the end..."

No dobra. Koniec tych wywczasów. Dzisiaj w nocy wracamy co koń wyskoczy do naszej drogiej ojczyzny. O naszych ostatnich dniach w Ha Noi jeszcze napiszemy (zwłaszcza że zaraz jeszcze wychodzimy zwiedzić Muzeum Armii Wietnamskiej - yeeeeaaaah! ), pewnie już z PL*. Powiem tylko, że za dosłownie parę dni w Ha Noi rozpoczynają się wielkie (w skali) obchody tysiąclecia miasta. Z tego powodu tysiące Wietnamczyków drze się nam pod oknami dzień i noc, ćwicząc swoje publiczne występy, a wszystkie szczekaczki nadają na pełny regulator wesołe, acz patriotyczne (zapewne) pieśni. Głównie daje się słyszeć słowo "Ha Noi". W dodatku zjechały się jakieś masy ludzi spoza miasta, dzięki czemu: a) ludzi jest jeszcze więcej, niż zwykle (nie wiem, czy dwukrotnie, ale tłum na chodnikach wyraźnie zgęstniał); b) biały znowu jest atrakcją, witaną okrzykami zdumienia oraz pokazywaniem palcami; c) jest jeszcze głośniej . Trzeba uciekać :) PSJ * toteż warto zajrzeć za trzy-cztery dni, jeszcze wrzucimy p...

Szybka myśl z Laosu

Jeszcze jedno spostrzeżenie po trzech dniach spędzonych w LP. Wydaje się, że nie tylko nasze bungalowy, ale i znacząca ilość turystycznych obiektów w Luang Prabang (kawiarnie, hotele, restauracje, księgarnie...) ma zachodnich właścicieli. Jeśli oceniać po języku - głównie Francuzów. Nie wiem, czy to jakieś kolonialne resentymenty, ale bardzo częstym obrazkiem w centrum miasta jest młoda obsługa laotańska, a przy centralnym stoliku - starszawy westerner "trzymający kasę" (w zasadzie nierzadko trzymający kasę w sposób jak najbardziej dosłowny). PSJ