Posty

Wyświetlam posty z etykietą wietnam

Tokio-Hanoi-Da Nang-Hoi An, dzień 12

Obraz
To był długi dzień i będzie długo, dużo tekstu, mało zdjęć, sorry. TLDR: dolecieliśmy gdzie mieliśmy. Ok 4:30 ruszyliśmy z hotelu. Pierwsze zaskoczenie: metro które miało jeździć od 5 nie jeździ, ale jest komunikat (szkoda, że wczoraj nie było). Nie szkodzi, do głównej stacji Ueno, z której odjeżdża skyliner na lotnisko jest niedaleko, więc robimy kardio ciągnąc nasze walizki. Drugie zaskoczenie: o tej godzinie w poniedziałek rano z barów karaoke wysypują się młodzi ludzie. Kto powie że Japończycy nie umieją imprezować (tak wiem, miasto jest wielkie, zbiorkom po nocy nie jeździ a taksówki drogie, więc lepiej noc spędzić w barze karaoke albo w kafejce internetowej z przyjaciółmi). Na lotnisko docieramy przed 7 i tu kolejne zaskoczenie - mało co jest otwarte, łącznie z odprawą bezpieczeństwa (otworzyli ją punkt 7). Gdybym miała samolot na 8 (były takie), to bym tam zeszła ze stresu. Na szczęście nasz jest 9:20 więc zdążyliśmy i zjeść i wydać ostatnie yeny w duty free.  Samolot przyle...

Hanoi, dzień 0

Obraz
 Cześć Hanoi, dawno nas tu nie było!        Tym razem jesteśmy w przelocie, w drodze do Japonii. Pół roku temu, po licznych kalkulacjach zdecydowaliśmy, że w kolejną podróż do Azji polecimy tureckimi liniami, bo w Stambule przesiadki jeszcze nie zaliczaliśmy a ponoć mają fajne nowe lotnisko (tak po prawdzie to oczywiście chodziło o tak przyziemne kwestie jak cena, ilość bagażu i godzinowa logistyka lotu, ale cii, lotnisko okazało się faktycznie fajne, aczkolwiek dość drogie).   W obecnej sytuacji geopolitycznej (USA vs. Iran) ta decyzja uratowała nam urlop. Jak się już domyślacie szczęśliwe dolecieliśmy na miejsce. Po czym wykonaliśmy gambit hanojski, to jest jedną walizę zdeponowaliśmy na lotnisku a na mieście dokupiliśmy nową, pustą, którą zamierzamy zapełniać w Japonii, do której jutro bladym świtem wylatujemy tutejszymi tanimi liniami. Jeśli ktoś byłby zainteresowany powtórzeniem naszego pomysłu, to kilka istotnych informacji: Przechowalnia bagażu ...

Krótki disclaimer

Obraz
To nie jest tak, że umarliśmy lub leżymy złożeni egzotyczną chorobą. Połączenie internetowe w ośrodku wypoczynkowym jest jednak wyjątkowo niesforne, a nawet w najlepszych chwilach - powolne, więc następne wpisy po powrocie do Ha Noi, czyli jutro. Hanojskie xích lô Poniżej jeszcze kilka zdjęć z jednego z miejskich parków w centrum Ha Noi. Tak, żołnierze mają ćwiczenia strzeleckie w alejkach. Na szczęście na "sucho". PSJ

Obrazki z wystawy

Obraz
Nie mam dziś weny na pisanie, więc trochę materiału zdjęciowego z tzw. rozmaitości (courtesy of Ann). Ta oranżada...   Ten Spiderman ma cztery nogi Na ulicy

Sapa, albo etnologia w działaniu

Obraz
Siedzę lekko spalony słońcem w hotelowym pokoju i próbuję zebrać myśli wokół tego, co zobaczyłem dzisiaj, podróżując po okolicach Sa Pa; tytułem wprowadzenia, Sa Pa jest charakterystycznym obszarem Wietnamu. Nie tylko leży wysoko w górach (z okien hotelu zauważam co prawda głównie plac budowy następnego hotelu, ale kilkadziesiąt metrów dalej rozciąga się widok na masyw Fansipan, najwyższy szczyt Wietnamu, c.a. 3150 m. n.p.m.), ale i jej okolice stanowią turystyczną atrakcję z uwagi na duże ilości mniejszości narodowych naraz. Innymi słowy, Sa Pa słynie z tego, że na miejskich ulicach, jak i na poboczach lokalnych dróg spotykasz co chwilę kobiety i dzieci (nota bene, mężczyźni są prawie niewidoczni) o mało wietnamskich rysach twarzy, ubrane w kolorowe i egzotyczne - tak, także dla Wietnamczyków* - stroje. W okolicach samego Sa Pa, niewielkiego, jak na warunki azjatyckie, miasteczka, założonego zresztą niecałe 100 lat temu przez Francuzów, większość owych mniejszości stanowią ludy H...

Ticket to ride

Obraz
Dzisiejszy dzień nie bardzo nadaje się na notkę, bowiem spędziliśmy go na błogim lenistwie, zbierając siły przed dalszym etapem podróży, czyli nocnym pociągiem Hanoi - Lao Cai. Zamiast tego uraczę was garstką spostrzeżeń porównawczych... - w ciągu niecałych dwóch lat udało się przymusić mieszkańców Hanoi (jak jest gdzie indziej, nie wiemy) do jazdy na skuterach w kaskach (i to w sporej części takich, które nawet mają szansę przetrwać spotkanie z asfaltem), choć jeszcze nie rzadki jest widok trzyosobowej rodziny, pędzącej na skuterku - rodzice mają kaski, dziecko (stojące za kierownicą lub siedzące na szarym końcu) - nie. - młodzież (ok, pewnie nie tylko młodzież) z braku przestrzeni prywatnej, a także dość purytańskiej moralności, na romantyczne schadzki wybiera się rowerem wodnym w kształcie łabądka na środek jeziora Hoan Kiem. Niestety im więcej takich romantyków, tym mniej intymności... Poniżej obrazek poglądowy (zdjęcie robione o zmierzchu, ale łabądki łatwo wypatrzeć). I to na r...

Dzień pierwszy - lądowanie w Hanoi

Obraz
Podroż do Hanoi przebiegła bez większych zakłóceń. Zrobiliśmy krótki wypad na miasto, ale bez napinki, jako że musimy zaaklimatyzować się do temperatury. A temperatura jest wysoka: 28 stopni. Biorąc pod uwagę, że wylatywaliśmy z -5, to jest do czego się adaptować. Leniuchujemy więc, wzmacniając siły zimnymi napojami. Ann

"This is the end, my only friend, the end..."

No dobra. Koniec tych wywczasów. Dzisiaj w nocy wracamy co koń wyskoczy do naszej drogiej ojczyzny. O naszych ostatnich dniach w Ha Noi jeszcze napiszemy (zwłaszcza że zaraz jeszcze wychodzimy zwiedzić Muzeum Armii Wietnamskiej - yeeeeaaaah! ), pewnie już z PL*. Powiem tylko, że za dosłownie parę dni w Ha Noi rozpoczynają się wielkie (w skali) obchody tysiąclecia miasta. Z tego powodu tysiące Wietnamczyków drze się nam pod oknami dzień i noc, ćwicząc swoje publiczne występy, a wszystkie szczekaczki nadają na pełny regulator wesołe, acz patriotyczne (zapewne) pieśni. Głównie daje się słyszeć słowo "Ha Noi". W dodatku zjechały się jakieś masy ludzi spoza miasta, dzięki czemu: a) ludzi jest jeszcze więcej, niż zwykle (nie wiem, czy dwukrotnie, ale tłum na chodnikach wyraźnie zgęstniał); b) biały znowu jest atrakcją, witaną okrzykami zdumienia oraz pokazywaniem palcami; c) jest jeszcze głośniej . Trzeba uciekać :) PSJ * toteż warto zajrzeć za trzy-cztery dni, jeszcze wrzucimy p...

"Owoce Delty Mekongu to samo zdrowie!"

Obraz
Tak jest, razem z naszym przewodnikiem wybraliśmy się w piątek na przejażdżkę po Mekongu. W planach była degustacja owoców tropikalnych, miodu i wódki na bananach, wizyta w fabryce kokosowych słodyczy i lunch na żółwiu (żaden gad nie ucierpiał - Żółw to nazwa jednej z wysp na tym odcinku rzeki). Mhm, wymarzony dzień dla mnie, cały kręcący się wokół jedzenia :) Od razu, gdy wylądowaliśmy na "owocowej" wyspie, zostaliśmy zaatakowani z zaskoczenia durianem. Ladies and gentlemen... Durian! Durian to przedmiot nienawiści i pożądania. Wygląda toto jak kolczasta piłka do rugby, a pachnie... no właśnie, niektórym migdałami, innym zgniłą cebulą, terpentyną i przepoconymi skarpetkami. Tyle się naczytałam wcześniej o legendarnym zapachu tego króla owoców (jak jest zwany w południowej Azji), że naprawdę obawiałam się zbliżyć. Ale nas zapach nie zabił ;) Może to upośledzony zmysł powonienia, nie wiem. Dla mnie znacznie dziwniejsza była konsystencja samego miążu, która była bardzo kremowa....

"Sajgon. Cholera. Wciąż tylko Sajgon. Codziennie się łudzę, że obudzę się w dżungli"

Obraz
Na wstępie muszę powiedzieć, że w Sajgonie trafił nam się świetny i wybornie mówiący po angielsku przewodnik - młody facet o fryzurze przypominającej moją (rzadkość wród Wietnamczyków), sypiący anegdotami i niezwykle kontaktowy. Dzięki temu Sajgon zyskał w naszych oczach dodatkowe punkty. Pierwsza z wycieczek (centrum zwiedzaliśmy na własną rękę i na piechotę, głównie popołudniami) obejmowała dwie "podmiejskie" atrakcje. Pierwszą z nich stanowił zrekonstruowany fragment obszaru umocnionego (tak to się nazywa?) Cu Chi , czyli jednej z bardziej znanych aren zmagań Viet Congu z armią amerykańską. Rekonstrukcja, dodajmy, całkiem udatna - są poglądowe makiety, naturalnej wielkości manekiny wietnamskich partyzantów, zrekonstruowane pułapki itp... Za (niemałą) opłatą można sobie nawet postrzelać na strzelnicy z kałasza, M-16 czy nawet M60 - dla pozostałych zwiedzających niosąca się po lesie kanonada dodatkowo zwiększa wiarygodność całego doświadczenia. Oczywiście główn...

Hoi An po raz trzeci, albo Francuz, makaron i pochwała emigracji

Dosłownie przed dwiema godzinami, wstąpiwszy do małego lokaliku na lunch (miejscowy przysmak to makaronowo-mięsny mix pod nazwą Cao Lau , ponoć zawdzięczający swój unikalny smak wodzie z jakiejś starej Chamskiej studni), mieliśmy okazję uciąć pouczającą i sympatyczną pogawędkę z młodym Francuzem, mieszkającym na stałe (od dwóch lat) w Hoi An. Ów młodzieniec jest, wraz ze swoim wietnamskim wspólnikiem, współwłaścicielem wspomnianego lokaliku - i przykładem ekspata, któremu lepiej żyje się niskim kosztem w dalekim, egzotycznym państwie, niż w ojczyźnie. Leniwie popijając piwo w temperaturze sięgającej 40 stopni (jednocześnie chłodząc się miło wentylatorem), nie mogłem odmówić racji jego rozumowaniu. PSJ P.S. W notatce o kawie wietnamskiej mała aktualizacja w postaci zdjęcia poglądowego.

Hoi An po raz drugi, albo Kazik Kwiatkowski na króla Polski

Obraz
No dobrze. Wiemy już, że pływanie w morzu, które ma temperaturę przeciętnej polskiej zupy (OK, może jadam chłodniejsze zupy, niż większość, ale miejscami woda była cieplejsza niż ta, w której zazwyczaj biorę kąpiel) potrafi przynieść opłakane skutki. Dzisiaj postanowiliśmy nieco odpocząć od plażowania ("ten relaks nas wykończy!") i korzystając z darmowego busika z hotelu - miły gest, zważywszy że plaża jest dobre pięć kilometrów od miasta - przyjechaliśmy do centrum Hoi An, żeby zobaczyć je w świetle dziennym. Muszę powiedzieć, że Hue było bardzo ładne, ale Hoi An jest bezsprzecznie najładniejszym miastem, jakie do tej pory odwiedziliśmy. Jakimś cudem uniknęło działań wojennych, dzięki czemu zachowana jest oryginalna zabudowa z XIX., a nawet XVIII wieku. Niewysokie domki (niektóre wykonane całkowicie z drewna), urokliwe świątynki, rzadkie nawet w Wietnamie budynki chińskich zborów (assembly halls). Wszystko to można podziwiać w leniwej, tropikalnej atmosferze - i ciszy. Bogu ...