10/07/2010

"This is the end, my only friend, the end..."

No dobra. Koniec tych wywczasów. Dzisiaj w nocy wracamy co koń wyskoczy do naszej drogiej ojczyzny. O naszych ostatnich dniach w Ha Noi jeszcze napiszemy (zwłaszcza że zaraz jeszcze wychodzimy zwiedzić Muzeum Armii Wietnamskiej - yeeeeaaaah!), pewnie już z PL*. Powiem tylko, że za dosłownie parę dni w Ha Noi rozpoczynają się wielkie (w skali) obchody tysiąclecia miasta. Z tego powodu tysiące Wietnamczyków drze się nam pod oknami dzień i noc, ćwicząc swoje publiczne występy, a wszystkie szczekaczki nadają na pełny regulator wesołe, acz patriotyczne (zapewne) pieśni. Głównie daje się słyszeć słowo "Ha Noi". W dodatku zjechały się jakieś masy ludzi spoza miasta, dzięki czemu:

a) ludzi jest jeszcze więcej, niż zwykle (nie wiem, czy dwukrotnie, ale tłum na chodnikach wyraźnie zgęstniał);
b) biały znowu jest atrakcją, witaną okrzykami zdumienia oraz pokazywaniem palcami;
c) jest jeszcze głośniej.

Trzeba uciekać :)

PSJ

* toteż warto zajrzeć za trzy-cztery dni, jeszcze wrzucimy parę zdjęć...

10/04/2010

Szybka myśl z Laosu

Jeszcze jedno spostrzeżenie po trzech dniach spędzonych w LP. Wydaje się, że nie tylko nasze bungalowy, ale i znacząca ilość turystycznych obiektów w Luang Prabang (kawiarnie, hotele, restauracje, księgarnie...) ma zachodnich właścicieli. Jeśli oceniać po języku - głównie Francuzów. Nie wiem, czy to jakieś kolonialne resentymenty, ale bardzo częstym obrazkiem w centrum miasta jest młoda obsługa laotańska, a przy centralnym stoliku - starszawy westerner "trzymający kasę" (w zasadzie nierzadko trzymający kasę w sposób jak najbardziej dosłowny).

PSJ

Luang Prabang oczami niewiasty

To prawda, że na zwiedzanie Luang Prabang wystarczy jeden dzień. Warto zwiedzić Pałac Królewski przerobiony obecnie na muzeum (znajduje się w nim m.in posąg Buddy, od którego wzięło nazwę miasto oraz liczne podarki z zaprzyjaźnionych państw, w tym z Polski - w postaci chociażby przepięknej urody talerza z warszawską syrenką) oraz dwie najstarsze świątynie (reszta świątyń to rekonstrukcje lub zeupełnie współczesne budowle; można się po nich poszwędać, ale po pięciu i tak wszystkie zlewają się w jedno). Warto też wspiąć się na wzgórze Phusi, skąd roztacza się ładny widok.
Poza tym wiele miejscowych biur turystycznych organizuje różne wycieczki w bliższe i dalsze okolice LP. Od kilkudniowych wypraw na słoniach, po wycieczkę do miejscowych jaskiń i wodospadów, gdzie można dojechać wynajętym skuterem lub tuk-tukiem.

My wybraliśmy się do najfajniejszych wodospadów w okolicy - Kuang Si. Najpierw obejrzeliśmy miejscowe centrum ratowania niedźwiedzi himalajskich (ogólnie rzecz biorąc nieco większy wybieg zoologiczny z różnymi misiowymi atrakcjami), a potem powędrowaliśmy w górę.

GIERARY HIRR!
(normalnie forfiter...)

Ścieżka wiodąca do głównego wodospadu to zwykła spacerówa, można się nawet po drodze przekąpać w bardziej leniwym nurcie, aczkolwiek temperatura wody jest standartowa jak na górski strumień). My jednak lubimy wyzwania i postanowiliśmy wspiąć się na szczyt, z którego wodospad się wydobywał. Ścieżka stromo poprowadzona w górę, z czasem zaczęła kluczyć, tabliczki informacyjne zniknęły a na szlaku ni żywego ducha. Poza oczywiście cała plejadą dzikiego życia leśnego, którego staraliśmy się bardzo unikać. Czarne, wielgachne mrówki i leśne pajęczyny*, to nie jest to co tygryski lubią najbardziej. Acha, ponoć tygrysy też się szwędają po tych lasach. W związku z powyższym, gdy już wleźliśmy na szczyt i chwilę zastanawialiśmy się, gdzie iśc dalej (mieliśmy nadzieję, że można przez rozlany strumień dostać się i zejść drugą stroną zbocza), odgłosy lasu stawały się coraz bardziej donośne, a ziemia przy strumieniu była podejrzanie zryta, bardzo szybko postanowiliśmy zawrócić i w rekordowym tempie zeszliśmy tą samą trasą ;).

schody w wodospadzie... czego w tej Azji nie wymyślą.

Tak jeszcze na marginesie napiszę, że kuchnia laotańska niestety nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia. Niby używa się podobnych przypraw jak w kuchniach Kambodży czy Tajlandii, niby jest pikantna i aromatyczna, ale coś nie do końca nam podpasowało. Znaleźlismy za to bardzo smaczną i nieprzesadnie drogą hinduską knajpę, gdzie oddajemy się indyjskiej rozpuście.

Ann

Kontrefekt autorki
(wodospady Kuang Si)

* Potem doczytałam, że w Laosie (ponoć) występuje największy na świecie pająk**. A zawsze byłam przekonana, że to Australia wiedzie prym w takich rekordach...

** Myślę, że to legenda ludowa. Gdyby występował, to z pewnością znaleźlibyśmy go w naszej łazience - PSJ

Jesteś w Laosie, nędzny robaku!

Korzystając z (niepowszechnego) dostępu do internetu w sennym Luang Prabang, miasteczku-atrakcji turystycznej Laosu, dajemy "znak życia"; co prawda w przededniu wyjazdu, ale liczą się intencje, czyż nie?

Luang Prabang jest najcichszym, najmniejszym i najspokojniejszym miejscem, jakie odwiedziliśmy w czasie całej naszej podróży po Indochinach. Miasteczko znane jest z licznych świątyń, urokliwego położenia w górskiej dolinie i z tego, że niejaki Henri Mouhot kipnął tu na malarię.

Luang Prabang...!

...Ta sielanka cię wykończy!

Trudno mu się zresztą dziwić. Niewiele brakowało, bym - dzięki zakwaterowaniu w uroczych bungalowach nad samym brzegiem rzeki - poszedł w jego ślady, schodząc we wiośnie swojego życia na atak serca. Malownicza lokalizacja posiadała w pakiecie jakieś olbrzymie* krocionogi, harcujące wieczorem po naszej łazience. A ja naiwnie myślałem, że usadowienie domku na palach chroni przed robactwem...

Jeżeli jednak pierwszego wieczoru myślałem, że starcie z gargantuicznymi insektami (zakończone zresztą częściowym zwycięstwem dzięki precyzyjnemu użyciu ciężkiej, glinianej donicy) to wszystko, co ma nam do zaoferowania Luang Prabang, poranek dnia następnego wyprowadził mnie z błędu. Śniadanie przynoszone na osobistą werandę to piękny i wzruszający zwyczaj - dopóki nie zaczyna nam towarzyszyć jakieś latające monstrum z rodziny żuków czy chrząszczy (nie jestem pewien, z biologii nigdy nie byłem prymasem). Owa potwora była długości mojej dłoni (licząc z czułkami, ale jednak...; ponadto bestia kiwała tymiż czułkami niezwykle sugestywnie), i odznaczała się niepospolitą ruchliwością. Nie muszę chyba dodawać, iż resztę posiłku spożyliśmy w pośpiechu.

Poza tym jednak Luang Prabang to miłe miejsce (choć jeżeli chodzi o zwiedzanie, to jedna doba wystarcza na swobodne zapoznanie się ze wszystkimi atrakcjami), mimo niezwykle wysokich cen wszystkiego. Jeśli ktoś ma taką fantazję, może też wstać przed świtem i wziąć udział w zbiorowym dokarmianiu mnichów, których w Luang Prabang jest "jak mrówków". Dokumentacja zdjęciowa - w załączeniu.

Kto rano wstaje...
...temu Paweł daje.

PSJ

* wyobraźcie sobie tłustą stonogę wielkości swojej nogi... dłoni... no dobrze, dłuższą niż wasz środkowy palec, i nie mniej grubą. Pokryjcie ją chitynowym pancerzem i dodajcie szczękoczułki (?). Do niedawna myślałem, że takie stworzenia istnieją wyłącznie w podręcznikach do RPG.

10/01/2010

"Nakarm nasze głodne ryby swoją martwą skórą"

...głosi (po angielsku) napis nad jednym z licznych salonów masażu/spa w Siem Reap.

Pomijając jednak wyjątki podobne powyższemu, jeden obraz wart jest tysiąca słów. W związku z tym ograniczymy się do rzucenia kilku (z kilkuset) zdjęć z różnych zakątków Angkoru, pozostawiając je wyjątkowo bez komentarza.

Jedna uwaga dla tych, którzy chcieliby potraktować tego bloga jako źródło wiedzy podróżniczej: naprawdę warto odżałować czas i podwyższone wynagrodzenie kierowcy, i udać się na dłuższą wycieczkę do Banteay Srei, jakieś 30 km od Angkor. Zdobienia i płaskorzeźby w tej niewielkiej świątyni są świetnie zachowane i ładniejsze chyba nawet od tych w Angkor Wat.




Banteay Srei


PSJ

P.S. Jutro odlatujemy nieco w nieznane do Laosu. Nie wiem, jak wygląda tam sytuacja z dostępem do internetu, ale gdyby nie było od nas dalszych wiadomości, to jeszcze przez trzy dni nie należy wpadać w panikę...

9/30/2010

Smutek tropików

Mieliśmy chwilę przerwy, ale to z powodu natłoku wrażeń i zmęczenia materiału. Po kolei jednak - z Phnom Penh przepłynęliśmy rzeką/jeziorem Tonle Sap* do Siem Reap, czyli miasteczka i bazy wypadowej do zabytków Angkor. Sam rejs, mimo iż dość długi (pięć godzin!) i w drugiej części nieco monotonny, był bardzo fajny w części "rzecznej" z uwagi na niesamowite widoki khmerskiej prowincji; zaiste niczym Czas Apokalipsy.

"W tym kraju nie ma porządnych fal. Same nieregularne ścierwa."

"Jakieś pół roku temu wiozłem faceta aż za most w Do Lung. (...) Mówią, że strzelił sobie w łeb."

Jeśli chodzi o Angkor**, to zapewne sprawniejsi w posługiwaniu się piórem mieli równie wielki problem, co ja: co tu napisać? Od czego zacząć? Może jakiś wierszyk? Haiku...?

Sprawa jest trudna, więc dopóki nie dostanę jakiegoś ataku natchnienia, pozwolę raczej przemówić zdjęciom (i Annie). Dodam tylko, że pora deszczowa to całkiem niezły moment na zwiedzanie Angkor, bo ruch turystyczny jest nieco przetrzebiony. Momentami można nawet zostać niemal sam na sam z jakimś odległym zakątkiem świątyni, i poczuć się jak doktor Jones, Jr., albo (wersja dla osób obdarzonych bardziej wydatnym biustem) Lara Croft***. Oczywiście w takim przypadku (pory deszczowej, nie biustu) należy wyruszać bladym świtem, bo popołudniami przychodzą naprawdę silne burze...

Angkor Wat jak z pocztówki


Reliefy z Angkor Wat (jak do tej pory) zdecydowanie najlepsze

Te w Bayon też są fajne

PSJ

Podróż do Siem Reap była długa, a na koniec zostaliśmy podebrani z przystani. Mieliśmy umówiony wcześniej transport (miejsce, do którego przybijają łodzie zmienia się w zależności od pory roku, ale zawsze jest oddalone o kilkanaście kilometrów od miasta), więc nieco się zdziwiliśmy jak na przystani powitał nas przewodnik turystyczny. Przez cały czas dojazdu do naszego hotelu udzielał nam informacji o regionie (dość słabym angielskim), trzykrotnie powtarzając, że Siem oznacza "Tajów" a Reap - w wolnym tłumaczeniu "Porażka". Znaczy, tak, kiedyś odparli tu hordy Tajów. I nadal za nimi nie przepadają. Ponad to przewodnik cały czas ubolewał, że przyjechaliśmy w porze deszczowej i nie zobaczymy tych wszystkich pięknych wschodów i zachodów słońca nad Ankor Wat i innymi świątyniami. A na koniec zapytał czy nie chcielibyśmy, żeby nam - wraz z kierowcą - towarzyszył w kolejnych dniach. Stanowczo odmówiliśmy. Bardzo szczegółowy, książkowy przewodnik i umówiony kierowca tuk-tuka na trzy dni wyniosły nas zdecydowanie taniej :).

A same świątynie... no, ciężko to opisać. Najfajniej jest o poranku, kiedy gorąc nie daje się jeszcze we znaki, turystów jest jak na lekarstwo (japońskie i chińskie wycieczki wożone autokarami dobijają gdzieś tak koło 9 rano), można nawet zaszyć się w jakiejś romantycznej ruince i posłuchać dźwięków dżungli. Oczywiście, trzeba dobrze wyczuć moment, żeby uciec przed tropikalną burzą (pierwszego dnia daliśmy się złapać i utknęliśmy przy ołtarzu Buddy z chłopcami, którzy koniecznie chcieli od nas kasę i wtedy dopadł nas smutek tropików ;)), ale i tak uważam, że zwiedzanie Ankor Wat i okolic w porze deszczowej, to nie taki zły pomysł.

Ann

Twarze w Bayon. Robi wrażenie, co?




*
sugeruję rzucić okiem na mapę Kambodży/Azji, żeby mieć pewne pojęcie, co znaczy "jezioro" w odniesieniu do Tonle Sap. O tej porze roku ma powierzchnię porównywalną z Belgią.

** W zasadzie nie wiem, jak to określać. Angkor Wat jest najbardziej znaną budowlą regionu, jednak ani nie najstarszą, ani nie największą (jeśli potraktujemy Angkor Thom z jego świątyniami jako jedno założenie), a zwiedza się w zasadzie cały kilkudziesięciokilometrowy region. Dla przykładu dzisiaj zwiedziliśmy 6 świątyń, z czego trzy nie ustępowały w zasadzie rozmachem Angkor Wat. Dla uproszczenia będę posługiwał się - zapewne nieprecyzyjnie - określeniem "Angkor" dla całego obszaru.

*** nota bene filmowego Tomb Raidera kręcili w części w jednej ze świątyń Angkoru. Byliśmy tam :) (w świątyni, nie w filmie)

9/29/2010

Phnom Penh i duchy przeszłości

Kolejny dzień w Phnom Penh poświęciliśmy na zagłębienie się w skomplikowaną i bolesną historię Kambodży. Najpierw mieliśmy zwiedzać chronologicznie, tzn. najpierw pałac królewski a następnie niesławne więzienie S-21, które w czasie krótkich lat panowania Czerwonych Khmerów stało się sceną najgorszych zbrodni przeciwko ludzkości. Jednakże "nasz" kierowca tuk-tuka zaproponował nam na zmianę planów, za co w sumie byłam mu potem wdzięczna. Bardzo usilnie namawiał nas jeszcze na wizytę na tzw. "killing fields", ale uznaliśmy, że starczy nam grozy samego więzienia.

I mieliśmy rację. W historię więzienia zagłębiać się nie będę - kto chce, znajdzie dość informacji, choćby na wikipedii (dość rozbudowany artykuł znajdziecie tu). Dość powiedzieć, że w ciągu 4 lat zginęlo tu kilkanaście tysięcy ludzi a dawne budynki szkolne, przemienione w cele i sale tortur robią dość koszmarne wrażenie. Tym bardziej, że wszystko jest dość zaniedbane i wchodząc do kolejnych cel, można odnieść wrażenie, że dopiero niedawno więzienie zostało opuszczone. Z drugiej strony, trwają tam teraz jakieś prace konserwacyjne czy reperacyjne, więc wszędzie walają się jakieś śmieci, a poza sprzedażą biletów i publikacji "na temat", prowadzony jest na terenie sklepik z normalnymi pamiątkami turystycznymi, i to wszystko powodowało, że chwilami miałam niefajne poczucie braku szacunku dla tych, którzy tu zginęli.

Po wizycie w Tuol Sleng (to inna nazwa więzienia), wróciliśmy do centrum, a ponieważ Pałac Królewski miał przerwę i ponownie był otwierany o 14.00, udaliśmy się lekki lunch, złożony głównie z napojów (w upał sięgający 40 st. C jedzenie schodzi na drugi plan).
Pierwszy raz (efekt tego, że podróżujemy poza sezonem turystycznym) staliśmy w kolejce do kasy (jest osobna dla obcokrajowców, jak sądzimy, z osobnymi cenami). Mieliśmy pewne obawy czy nas wpuszczą, ponieważ bardzo restrykcyjnie ponoć przestrzegają reguły odpowiedniego ubioru (kolana i łokcie powinny być zakryte), ale jakoś się udało, mimo rękawków nie sięgających łokcia. W kompleksie pałacowym (który częściowo w ogóle jest zamknięty dla turystów, gdyż nadal zamieszkuje tam król) najważniejszym zabytkiem jest Srebrna Pagoda, zwana tak z uwagi na wyłożoną srebrnymi płytami podłogę (którą niestety podziwia się fragmentarycznie, reszta jest przykryta dywanami, jak rozumiem, chroniącycmi ją przed zadeptaniem). Ponadto zarówno w niej, jak i w innych otwartych pawilonach można podziiwiać liczne buddyjskie i hinduistyczne figury, oraz liczne, bogato zdobione religijne naczynia i inne akcesoria. Jak to Paweł stwierdził: "jedna taka gablotka i kilka lat można wygodnie pożyć" ;). Bieganie po rozległym dziedzińcu mocno nas zmęczyło, więc - wymykając się sprzedawcom i kierowcom tuk-tuków, poszliśmy na wsześniejszą kolację, a potem wróciliśmy do hotelu, żeby się spakować i przygotować mentalnie do kolejnego etapu naszej podróży, rejsu do Siem Reap.


"Dobrze być królem!"
(Mel Brooks)



Tyle... złota... w środku...!
(PSJ)

Kot królewski


Ann