Posty

Tainan - dzień dziesiąty i jedenasty

Tainan nas zauroczył od pierwszego wejrzenia, czyli od wieczornego spaceru w okolicy naszego lokum. Na właściwe uliczki nakierował nas przesympatyczny właściciel hoteliku (czy raczej pokoi do wynajęcia), który wraz z kluczem wręczył nam całe naręcze mapek i niezbędnych informacji. Pokrzepieni ciepłym przyjęciem i pysznym jedzeniem udaliśmy się na spoczynek, by zbierać siły przed dniem zwiedzania Tainanu.

Warto wiedzieć, że w Tainanie zabytki skupione są na dwóch obszarach. Pierwszy z nich, dzielnica Anping, jest silnie związana z holenderską historią miasta i tam udaliśmy się najpierw. Jedną z większych atrakcji tego rejonu są pozostałości fortu Zeelandia, ale poza nim (i paroma świątyniami), warto zanurzyć się w sieć starych uliczek i wyszukiwać domki z tradycyjnymi zwieńczeniami dachów w kształcie siodła lub ogona jaskółki czy obecnego na ścianach motywu lwa z mieczem/ mieczami, charakterystycznego dla tej dzielnicy. Wrażenie też robią dawne magazyny, pochłonięte w dużej mierze prze…

Kolejka dzidzi - dzień dziewiąty

Nie, jeszcze nie zdziecinnieliśmy ani nie dostaliśmy udaru. Tak, jak pisał P., z samego rana udaliśmy się z Zhanghua do Ershui (二水)i, żeby - po zostawieniu bagaży w przechowalni - ruszyć szlakiem dawnej wąskotorówki po górskich miasteczkach, której nazwa wzięła się od jednego z miast na szlaku, Jiji (wym. dzidzi). No właśnie, z tą wąskotorówką to trochę rozczarowanie, bo na miejscu okazało się, że obecnie jeździ tam całkiem nowoczesny pociąg typu podmiejskiego (choć spalinowy). Być może modernizację przeprowadzono po wielkim trzęsieniu ziemi w 1999 roku, które miało ogromny wpływ nie tylko na region, ale też na cały kraj, ale pewności nie mamy. Trochę szkoda, bo wąskotorówka byłaby bardziej atrakcyjna, no ale trudno...

Z miasteczek leżących na trasie pociągu warto na dłużej wysiąść we wspomnianym wcześniej Jiji oraz Checheng, który trudno przegapić, bo jest ostatnią stacją na całej trasie. W Jiji poza kawałkiem dawnej trasy wąskotorówki, zostawionej poglądowo, można obejrzeć między in…

Lugang - dzień ósmy

Wyjechaliśmy z Tajpej, co poznać można po tym, że wpisy pojawiają się rzadziej, gdyż trudniej znaleźć chwilę, siły i internet żeby wszystko uzupełnić. Pierwszego dnia dotarliśmy do Zhanghua (彰化), gdzie zostawiliśmy bagaże w dogodnie położonym tuż przy dworcu hotelu "Tajwan" i ruszyliśmy od razu na autobus, który zawiózł nas do Lugangu. Lugang (鹿港) to miasteczko wielu świątyń i urokliwych, dobrze zachowanych zabytkowych uliczek. Lugang zrobił na nas dziwne wrażenie, ponieważ trafiliśmy do niego w czasie jakichś świąt i tłumy były w świątyniach, natomiast na ulicach było dziwnie pusto. Z rzeczy polecanych przez przewodnik faktycznie warto zwiedzić "starą" (bo są w tym miasteczku aż dwie) świątynię Mazu, znaną tam również pod nazwą Tian Hou Gong (天后宮), zachowaną starą uliczkę i odchodzące od niej zaułki (古市街), uliczkę Dziewięciu Zakrętów, choć właściwszym tłumaczeniem jej chińskiej nazwy byłoby "Ulica Zygzak" (九曲巷), starą i relatywnie nieźle zachowaną miejsk…

Jiufen i Houtong - dzień siódmy

Ogladając filmiki o Tajwanie przed wyjazdem wpadłam na informację o malowniczym, turystycznym miasteczku Jiufen (九份), niedaleko Tajpej, którego uliczkami i herbaciarniami inspirował się Hayao Miyazaki tworząc Spirited Away. Musiałam to zobaczyć! Co ciekawe, wcześniej wydobywano tam złoto, ale po zamknięciu kopalni w 1971 roku miasteczko popadło w zapomnienie. Do życia natomiast przywróciło je kino - głównie tajwański film City of Sadness, opowiadający o czasach terroru Kuomitangu, ale i Miyazaki dołożył swoją cegiełkę, ściągając turystów z Japonii.

Jiufen jest zatłoczone do granic możliwości, ale oferuje niesamowite widoki oraz doznania kulinarne.    Warto pokrążyć stromymi uliczkami (całość zbudowana jest tarasowo tak, że budynki piętrzą się na sobie), popróbować lokalnych smakołyków (m.in. czerwonych pierogów, lodów z karmelowo-orzechową posypką i kolendrą zawiniętych w ryżowy naleśnik, czy różnego rodzaju mięsnych i rybnych kulek), no i usiąść w jednej z herbaciarni. Nam udało się …

Tajpej - dzień piąty i szósty

Sobota zapowiadała się deszczowo, więc zaplanowaliśmy na ten dzień zwiedzanie Narodowego Muzeum Pałacowego. Mieści ono największą kolekcję sztuki chińskiej na świecie, a jej istotną cześć stanowią eksponaty wywiezione przez Kuomitang z Zakazanego Miasta. Należą się im podziękowania, bo kolekcja zapewne nie przetrwałby rewolucji kulturalnej. Muzeum leży nieco na uboczu (w imponującym budynku, którego jednak nie mogliśmy w pełni podziwiać z powodu deszczu), ale można się do niego dostać wygodnie komunikacją miejską.

Zerwaliśmy się więc wcześnie rano, żeby uniknąć tłumów. Na miejscu byliśmy koło dziewiątej, pobraliśmy bilety (250$/os.) i audioprzewodniki (100$) i ruszyliśmy do wejścia, a tam elektroniczny licznik pokazywał, że w środku jest już prawie 3000 osób (tak, prawie trzy tysiące, to tak jakby wszyscy mieszkańcy Dukli albo Kazimierza Dolnego wybrali się do muzeum...). No i to się dało odczuć, szczególnie zaskoczyła nas kolejka do jadeitowej kapusty (nie możemy z P. dojść do porozu…

Tajpej - dzień trzeci i czwarty

Wczoraj pożegnaliśmy Hong Kong i przybyliśmy do Tajpej. Mieszkamy sobie w sympatycznym hoteliku na tyłach jednej z głównych świątyń w mieście, Longshan Si. Na szczęście wierni nie hałasują za bardzo i dają się wyspać. A serio, to widać, że świątynie na Tajwanie odwiedzane są przez rzesze wiernych, którzy palą kadzidełka, czytają święte teksty, modlą się i wróżą (rozbudowany system z rzucaniem drewnianymi klockami, losowaniem deszczółek i wyciągniem stosownej, pisanej wróżby z licznych szufladek). Nie jest to na pewno przykurzona turystyczna atrakcja, jak niektóre świątynie w Chinach.

Tego samego dnia, korzystając z ładnej pogody, poszliśmy na nocny targ, również niedaleko naszego miejsca zamieszkania - Guangzhou Street Night Market. Może nie tak efektowny, jak inne nocne targi Tajpej, ale wyróżnia się tradycyjnym charakterem i lokalnym kolorytem. Mam nadzieję, że zdjęcia (w linku na końcu notki) choć trochę oddają jego atmosferę.
Dziś natomiast zrobiliśmy sobie głównie tour po tajpejs…

Makao - dzień drugi

Na wstępie słowo wyjaśnienia - zdjęć nie ma i nie będzie, gdyż blogspot niestety nie jest kompatybilny z tabletem i odmówił współpracy na tym polu, a wszelkie próby rozwiązania problemu spełzły na niczym. Na koniec notki wkleję linka, pod którym będzie można obejrzeć parę zdjęć do danego wpisu.

Kolejnego dnia, zgodnie z planem, wybraliśmy się do Makao. Niegdyś pierwsza i najdłużej działająca kolonia europejska na terenie Chin, obecnie specjalny region administracyjny żyjący głównie z turystyki i hazardu. Ponoć jeden z najbogatszych regionów świata, ale na pierwszy rzut oka tego nie widać (poza może nieco większym zagęszczeniem luksusowych aut na ulicach). To, co Hong Kong wygrywa swoją żywotnością i kosmopolitycznością, Makao nadrabia melancholijną, kolonialną atmosferą. Jest zresztą nieporównywalnie mniejsze i bardziej kameralne od HK, przez co przyjemniejsze na jednodniową wycieczkę.

Z Hong Kongu najłatwiej się tam dostać drogą morską (albo powietrzną, o czym później). Do wyboru mam…