5/25/2012

Engrish is fun

Poniższe zdjęcia są już, delikatnie mówiąc, nieświeże, ale jakoś wcześniej nie było okazji. Okazuje się, że jeszcze od czasu do czasu można natknąć się na doskonale niepoprawne/nieporadne tłumaczenia chińsko-angielskie. Nawet w miejscach tak, wydawałoby się, prestiżowych, jak bullet train relacji Tianjin-Pekin. Z ulotki bezpieczeństwa:

Prosimy nie skakać z platformy oraz nie wchodzić na orbitę

(anegdota: kilka dni po zrobieniu przeze mnie tego zdjęcia przerwano - dosłownie w ostatniej sekundzie - procedurę startu SpaceX, który w wyniku powyższego nie wszedł na orbitę)

Kiedy siatka bezpieczeństwa rozwieszona jest w drzwiach wagonu, prosimy nie podchodzić do drzwi, bo możesz wypaść. Albo możesz wypaść.

Sam nie wiem, co groźniejsze.

PSJ

Dowody rzeczowe

Addendum do poprzedniej notki, w postaci dokumentacji zdjęciowej. Na wstępie chciałem stanowczo zdementować plotki, jakobym obracał się wyłącznie w środowisku damskim...

dowód rzeczowy nr 1

...na zdjęciu widać wyraźnie, że nie jestem jedynym facetem. Podpowiedź: drugi dżentelmen siedzi w pierwszym rzędzie, pierwszy od prawej (w zielonych butach). Poza tym, wygląda na to, że strasznie jestem wysoki.

Poza tym wspominałem, że ogród botaniczny w niektórych aspektach był dość przygnębiający. Po przejrzeniu zdęć doszedłem do wniosku, że "przygnębiający" nie jest właściwym określeniem.

niektóre plastikowe dinozaury są po prostu smutne. Inne mają oczy zasnute bielmem

Właściwym słowem jest "przerażający".

W bonusie zdjęcie Creepy white guy stalks once again.


PSJ

5/19/2012

Jeszcze kilka historii

Kilka dni temu okazało się, że nawet 47 piętro (co również jest wartością nieco zawyżoną - po pierwsze chińska numeracja nie zawiera parteru, a po drugie ostatnio w windzie zorientowałem się, że nie ma piętra 34)* nie chroni przed dziką naturą. Leżałem sobie spokojnie na łóżku, kiedy dziwaczne odgłosy oraz nagle zasłonięte światło lampy uświadomiły mi, że coś jest bardzo nie w porządku. W Azji miałem już do czynienia ze stworzeniami, o których wolałbym nie pamiętać (patrz archiwum sprzed dwóch lat), więc wpadłem w zrozumiałą nerwowość. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach - a każda z nich była jak godzina - zorientowałem się, że mój, zdawało by się, bezpiecznie wyniosły pokój ma w sobie chińskiego ptaka. Kiedy ów przysiadł na okapie kuchenki, okazało się, że jest jedynie niewiele większy od wróbla, ale w pierwszej chwili trudno było stwierdzić, który z nas był bardziej przestraszony. Na szczęście pozostawiony samemu sobie, a następnie w odpowiednim momencie odseparowany od reszty pomieszczenia szybko zasuniętą kotarą, ptak odnalazł drogę do wyjścia, w sensie - za okno. Od tego czasu rzeczone okno nie jest już otwierane na oścież.

Życie towarzyskie w mojej szkole uległo intensyfikacji, w ciągu ostatniego tygodnia nie tylko miętosiłem azjatyckie pierożki z okazji urodzin japońskiej studentki, ale i - znowóż w towarzystwie japońskich housewives - odwiedziłem dość kiczowaty tianjiński ogrod botaniczny (poniższe zdjęcia z opisami były już publikowane na g+, ale trudno, powtórzą się). Elementy botaniczne były, jak to roślinki, bardzo sympatyczne, natomiast towarzyszył im niepodrabialny chiński kicz; oprócz plastikowych dinozaurów można było np. natknąć się na pseudo-edukacyjną "podziemną ścieżkę" (rolę podziemnej jaskini brawurowo odegrała cementowa konstrukcja), gdzie w słabo oświetlonych gablotach umieszczono martwe, wypchane zwierzątka. Żeby jeszcze prezentowały one poziom taksydermii znanych z internetu wyrobów Chucka Testy, albo przynajmniej mauzoleum Lenina...! Niestety, widać było wyraźnie, że są martwe, niezadowolone i brzydkie jak nieszczęście. Dokumentacji zdjęciowej nie będzie, bo w cementowej jaskini było ciemno jak w jaskini - to jedno przynajmniej wyszło projektantom.

Paweł ugniata azjatyckiego pierożka

Creepy white guy photobombs birthday party, olej sezamowy na płótnie, 2012

Dzisiaj natomiast, po obowiązkowej kawie w Starbucks (czytaliście, że 3-4 filiżanki espresso dziennie dramatycznie zmniejszają ryzyko zgonu?) i nauce znaków, ruszyłem na tzw. 古文化街, czyli w wolnym tłumaczeniu Ul. Starokulturalną. Bad news, Tianjin, twoja restaurowana starówka nie wytrzymuje porównania nie tylko z takimi miejscami, jak Suzhou, Hanzhou czy Lijiang, ale nawet z ocalonymi zabytkami Pekinu. Wbudowanie w obrzeża starego miasta wielkich centrów handlowych to nie jest dobry pomysł, nawet jeśli wymuruje się ściany z szarych cegieł**. Natomiast polecam odbicie nad rzekę, przejście na drugi brzeg i długi, wielokilometrowy spacer wzdłuż brzegu dzielnicą Hedong, w kierunku dworca kolejowego. Trafiłem na kolejne doskonale zachowane fragmenty dawnych zagranicznych koncesji, w tym piękny budynek dawnego konsulatu generalnego Austro-Węgier. Mimo ponad 30-stopniowego upału (znowu!), definitely worth it.

Tianhou gong

Widok na Hedong z okolic 古文化街

Tu nie będzie żartów o "czterech śpiących, trzech walczących" - wszyscy są pełni zdrowego entuzjazmu


Wyjaśniła się też opisywana ostatnio uwaga o mojej "dobrej twarzy" w kontekście nauki angielskiego. Trafił mi się ostatnio artykuł na temat: http://behindthewall.msnbc.msn.com/_news/2012/05/15/11720584-in-china-english-teaching-is-a-whites-only-club który tłumaczy, dlaczego dobra, tj. biała twarz ma większe znaczenie, niż np. nauczycielskie papiery.


PSJ

* prawdopodobnie z przyczyn numerologicznych

** ale mimo wszystko warto zajrzeć do odrestaurowanej taoistycznej świątyni lokalnych, Tianjińskich bóstw, Tianhou gong

 

5/15/2012

All the small things

Chociaż moje życie codzienne nie obfituje w szczególnie emocjonujące wydarzenia, to jednak coś tam (coś tam) od czasu do czasu się wydarza.

1. badminton i ekspaci. Dzięki uprzejmości mojej nauczycielki dostałem w weekend informację o regularnie organizowanych spotkaniach badmintonowych. W badmintona grywałem rzadko, a na profesjonalnym, halowym korcie - chyba pierwszy raz w życiu, jednak wyposzczony brakiem treningów tenisowych grałem debla bez mała dwie godziny pod rząd. Dzień po odczuwałem pewien dyskomfort, jednak prawdziwe zło przyszło dzisiaj. Bolą mnie nawet części ciała, które co prawda potrafię nazwać po chińsku, ale w obliczu nauczycielek - jakoś nie wypada. Przy okazji poznałem kilku tianjińskich ekspatów (w tym Holendra, Hiszpana i Francuzkę), przy których, i mówię to z niejaką zazdrością, moje trzy miesiące w Chinach wypadają niezwykle blado. Ci ludzie siedzą tu na kontraktach (zapewne dobrze płatnych) latami, i jedyne, czego nie pojmuję, to dlaczego nie mówią jeszcze biegle po chińsku. Niemniej towarzystwo jest sympatyczne, i przed wyjazdem jeszcze na pewno kilka razy z nimi zagram. Zwłaszcza, że wynajęcie kortów na hali jest niezwykle tanie - ta powszechna dostępność przeróżnych obiektów sportowych dla "zwykłego obywatela" zawsze mi imponowała (pamiętam, że w Pekinie parę lat temu za śmieszne pieniądze można było np. pod okiem trenera postrzelać ze sportowego łuku), i doprawdy nie rozumiem, dlaczego w takiej Warszawie nie może być podobnie.

2. szybki pociąg i polski orzeł. Miałem też okazję przeprowadzić rozpoznanie bojem połączenia między Tianjinem a stolicą (przygotowując się do podróży kolejowej Pekin-Hanoi, o czym innym razem). Przebycie odległości porównywalnej do trasy Warszawa - Łódź kosztuje ok. 26 złotych (w pierwszej klasie, którą mi podstępnie podsunięto; nauka na przyszłość - od razu prosić o ekonomiczną) i zajmuje nieco ponad pół godziny. Oczywiście takie cuda tylko pociągiem. Komunikacja między tymi miastami jest zaiste wygodna, bo w ciągu dnia (od ósmej rano do mniej więcej dziewiętnastej) pociągi odchodzą z obu stron co dwadzieścia - trzydzieści minut. Miłe doświadczenie popsuł mi jednak nierówny chodnik na placu przed tianjińskim dworcem, dzięki któremu gawiedź mogła zobaczyć prawdziwie słowiańskiego orła, rzekłbym - przedniego. Oczywiście w moim wykonaniu. Potłukłem się okrutnie, na szczęście upadłem na prawe biodro, do ostatka chroniąc moje dziecko iPada przed niechybnym stłuczeniem ekranu.

Na marginesie, Zegar Stulecia, o którym wspominałem w jednym z pierwszych wpisów po przyjeździe, okazał się w świetle dnia jeszcze bardziej steampunkowy, niż pierwotnie zakładałem. Większość tych ozdobnych elementów i dziwnych konstrukcji stanowi część zegarowego mechanizmu, i ma realne uzasadnienie techniczne. Naprawdę fajny miejski gadżet.

3. chińska kawa, europejskie piwo i gra w UNO. Co prawda chińskie miasta zmieniają się szybciej, niż wydania przewodników, ale na połowę 2012 r. mogę odwiedzającym Tianjin polecić lokal "Cafe the Corner" (sic!), na ul. Harbińskiej (哈尔滨道) nr 86, w której zarówno obsługa, jak i tzw. bywalcy nastawieni są niezwykle miło do laowai, co można wykorzystać albo na rozmowę po angielsku (jeśli ma się dość wszechogarniającego chińskiego), albo do ćwiczenia chińskiego (mój przypadek), albo na wciągnięcie do różnych gier i zabaw. Stanowczo odmówiłem udziału w karaoke, natomiast przy wtórze muzyki na żywo rozegrałem ładnych kilka partii w popularną (i łatwo wytłumaczalną w każdym języku) grę UNO*. Jedyną wadą theCorner jest brak chińskiego piwa, oraz absolutnie nieproporcjonalne do wartości i smaku ceny piw europejskich. Sugeruję zostać przy kawie/herbacie. Pro tip: kilkanaście metrów na południowy wschód, przy tej samej ul.Harbińskiej, zaczyna się ciąg bardzo sympatycznych i niedrogich chińskich knajpek, w których nie tylko można podjeść do syta przed kawą, ale i wypić sześciokrotnie tańsze, a lekkie i przyjemne w smaku piwo chińskie.

4. jak nie zostałem milionerem-Siłaczką. Historia jest świeża, bo dzisiejsza. Zostałem dziś zagadnięty w holu mojego wieżowczyka przez starszego, chińskiego dżentelmena, czy nie byłbym zainteresowany - za wynagrodzeniem - wykorzystaniem mojej znajomości angielskiego (cwana gapa przepytywała mnie w języku Szekspira) do prowadzenia konwersacji z jakimiś małymi dziećmi w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Nie stropiły go nawet moje zapewnienia, że nie tylko nie jestem nauczycielem, ale i w ogóle angielski nie jest moim językiem ojczystym. "Masz dobrą twarz" - powiedział (I shit you not!), poddawszy mnie jednak wcześniej telefonicznemu interview z jakąś dobrze mówiącą po angielsku Chinką. Obiecałem mu, że zastanowię się, czy nie będzie to kolidowało z moją nauką chińskiego, i dam mu znać. Wykorzystałem przerwę na szybką konsultację telefoniczną z moją dyrektorką, nieocenioną panną Wu, która upewniła mnie, że takie rzeczy nadal się zdarzają, i prawdopodobnie nieznajomy nie dybie na moją młodzieńczą niewinność ani nieliczne dobra doczesne. Byłem już zdecydowany nieść ofiarnie kaganiec oświaty za jedyne 110 yuanów za godzinę, jednak wiedza i doświadczenie panny Wu ponownie okazały swe przewagi: moja doskonale zapowiadająca się kariera pedagogiczna została przecięta zbyt krótkim pobytem w Tianjinie (znowu!). Dowiedziawszy się, że za niecałe dwa miesiące muszę wracać do kraju, niedoszły chlebodawca powiedział "skontaktujmy się zatem, jak wrócisz do Tianjinu". Czytając smsa, zaśmiałem się gorzko. Nie będzie darmowych lunchów.

mosty Tianjinu

(mam nadzieję, że coś widać na tym zdjęciu)

PSJ

 

 

* dla nieznających, jest to imprezowa, nieco bardziej urozmaicona wersja gry w Makao, rozgrywana specjalnymi kartami, do której wystarczy znać tak naprawdę nazwy kilku kolorów w wybranym języku, resztę załatwiają specjalne symbole na kartach. Proste jak budowa młotka, ale wciągające.

 

5/10/2012

乐在其中, albo życie codzienne

No coż, stało się. Na Tianjin spadła zasłona mgły lub smogu - niestety, obstawiam to drugie - dzięki której nie tylko widok z mojego okna jeszcze bardziej upodobnił się do widoku z samolotu, ale dodatkowo zrobiło się upiornie duszno i gorąco. Po raz pierwszy od mojego przyjazdu przejście paru kilometrów stało się prawdziwym problemem. Nie jest to zresztą tylko kwestia mojej słabej formy (w Chinach zawsze zresztą dużo chodziłem i nadal chodzę, przedkładając tę formę transportu nad bezosobowe taksówki czy metro), bo dzisiaj wszyscy ruszają się jak muchy w smole, a z wylotów wszechobecnych klimatyzatorów leją się dziś strużki wody. Co do smogu, żeby dać pewien obraz rzeczywistości, powiem tak: o godzinie 15.00 słońce było dobrze widoczne na niebie. I można było patrzeć w nie bez zmrużenia oka.

Nie ukrywam, że częstotliwość pisania spadła. Prawdopodobnie trwale, ponieważ wpadłem w pewną rutynę spowodowaną codziennymi zajęciami i zwiększającym się poziomem trudności. Pomimo niewielkiego, wydawać by się mogło, wymiaru godzin lekcyjnych, fakt, że codziennie kończę jeden unit (zaleta nauki 1-na-1), z czym związane jest zadanie kilku stron wcale nie banalnych ćwiczeń, zapewnia dalsze 2-3 godziny samodzielnej zabawy. Do tego staram się realizować mój osobisty training plan, polegający na codziennym wyuczeniu się około 10 nowych słów, które były mi potrzebne lub mogłyby się przydać w sytuacjach, które napotkałem w dniu poprzednim. Niestety, mimo absolutnego tzw. "zanurzenia w języku" nie jest to takie proste, jak mogłoby się wydawać, jeżeli dołożyć do tego fakt, iż oprócz znaczenia i wymowy nowych słówek staram się od razu przez te 10 godzin czasu wolnego nauczyć także odpowiadających im znaków. Niemniej jednak plan jest póki co realizowany, i oprócz takich słów jak serial telewizyjny, proszek do prania, miska na wodę czy umowa nauczyłem się również chińskiej nazwy pewnego nowowchodzącego do kin amerykańskiego filmu (i znanego komiksu zarazem), popcornu i co najmniej 4 różnych rodzajów kawy*. Jak mówią, 乐在其中, odnajduję w tym przyjemność.

Moje spacery po bliższych i dalszych okolicach, poza dokładnym rozpoznaniem oferty gastronomicznej, przyniosły także dalsze spotkania z post-kolonialną, europejską architekturą dawnych tzw. koncesji. Dzisiaj wracając z zajęć zabłąkałem się lekko w dawnej koncesji francuskiej, trafiając m.in. na budynek miejskiej sali koncertowej (chciałbym powiedzieć, że chodzi o filharmonię, nie mam jednak stuprocentowej pewności). Na marginesie warto wspomnieć, że większość starych poeuropejskich domów i budynków nadal jest zamieszkana i wykorzystywana. 乐在其中。

Nie wiem, czy wrzucałem już zdjęcie rzeźby zaczarowanej dorożki, stojącej na środku promenady handlowej, ale wczoraj znowu zrobiłem jej zdjęcie.

Error 666: Problemy w Raju

Dodatkowo poświęcam część czasu wolnego na oglądanie chińskich seriali telewizyjnych w oryginale. Polecono mi kilka świeżych, odpowiadających o tzw. balingsheng, czyli Pokoleniu '80. Obecnie oglądam jeden z nich, dość popularny tutaj (sporo moich rozmówców wie, o co chodzi) "AA制生活", co nie tylko poprawia moją umiejętność rozumienia szybkiej chińskiej mowy (nota bene pierwotny cel całego serialowego ćwiczenia, poleconego przez jedną z nauczycielek), ale i daje inne ciekawe spostrzeżenia na temat życia we współczesnych Chinach.

O tym jednak innym razem. Trzeba wracać do nauki. Słowa na dziś to m.in.: kupon, wonton (taki pierożek), zawstydzony, skomplikowany.

 

PSJ

* w tym miejscu lingwistyczna ciekawostka: chociaż chiński operuje raczej własnymi jednostkami znaczeniowymi - zwłaszcza w piśmie, gdzie znaczenie wynika raczej z samej istoty ideogramu (znaku), niż z jego wymowy, to coraz częściej spotykam się ze zjawiskiem, o którym do tej pory słyszałem w odniesieniu do japońskiego, czyli "importowaniu" słów z angielskiego z wykorzystaniem wyłącznie fonetycznego podobieństwa, a w oderwaniu od pierwotnego znaczenia wykorzystywanych ideogramów. Niektóre przykłady są już od dość dawna chyba zakorzenione w języku - np. 冰淇淋, wymawiane bing qilin [pl.: cilin], czyli "lody", składa się ze słowa "lód" oraz "qilin" (cilin), które jest po prostu fonetycznie zbliżonym zapożyczeniem angielskiej wymowy słowa "cream", jak w "ice cream"; jednak coraz więcej i więcej nazw budynków, sklepów i produktów spożywczych ujawnia swój sens nie tyle poprzez znaki, co poprzez ich odczytanie "na głos" i poszukanie angielskiego odpowiednika. Ostatnio zderzyłem się z "keke kabuqinuo" (w pl. coś na podobieństwo: "keke kapucinło"), czyli kakaowym cappuccino, oraz sklepem "bainao" ("bajnał"), czyli "Buy Now"**

 

** OK, przyznam, że tu akurat ktoś popisał się talentem językowym, bo zaszyfrował w użytych znakach także wskazówkę na temat profilu sklepu; dla znających chiński: 百脑, sprzedaje elektronikę i komputery

 

5/07/2012

Tianjin de ma fenêtre

czterdzieste siódme piętro

 

5/06/2012

Park Ludowy, Tianjin

Niedzielne popołudnia są urocze - na ulicach jest niezwykle pusto, mało ludzi i jeszcze mniej samochodów.

 

Chiński rower wodny przyjdzie do ciebie w nocy i zniszczy wszystko, co kochasz

PSJ