Nara, dzień 9
Kolejne miejsce, o którym wszyscy pewnie słyszeli. Miasto słynie z dużej (ponad 1 tys.) populacji jeleni sika żyjących w lokalnym parku. Zwierzęta mają status skarbu narodowego, uznawane są za boskich posłańców w shintoizmie, a dziś są również największą atrakcją Nary. Jelenie można a nawet trzeba dokarmiać specjalnymi krakersami shika senbei, do kupienia rzecz jasna na terenie parku. Trzeba to jednak robić umiejętnie, gdyż jelenie dokarmiane zbyt wolno lub wcale (gdy masz krakersy w ręku) potrafią być agresywne. Co widać na poniższej tablicy, ostrzegającej przed brutalnym traktowaniem ludzi przez jelenie - od razu wiadomo kto tu rządzi.
No i oczywiście znowu jest to kontrowersyjne… Zwierzaki są częścią tutejszej tradycji i religii (do XIX wieku karano śmiercią za zabicie jelenia), ale nie da się ukryć, że są również ofiarami komercjalizacji swojej popularności. Nie będę tu się wymądrzać, bo też kupiliśmy krakersy i karmiliśmy jelonki, choć staraliśmy się to robić rozsądnie i bez frustrowania zwierzaków.
Jak to zrobić najlepiej? Krakersy kupować w głębi świątyni i najlepiej od razu schować (do torby, zamykanej, najlepiej jeszcze owinąć w folię - bestie maja dobry węch). Następnie znaleźć gdzieś na terenie pojedyncze, spokojnie wyglądające zwierzaki i karmić je wyciągając po jednym krakersie. Jeśli chcesz zrobić zdjęcie i czy film to zawczasu przygotuj telefon/aparat żeby zwierzę nie czekało na ciebie. Po wszystkim jeleń może ci się ukłonić (a może nie, jak mu się będzie chciało) albo da się pogłaskać (lub nie, część zdecydowanie odmawiała dotyku). Jeśli nie chcesz dać więcej krakersów/ nie masz ich - pokaż puste dłonie. Wtedy i wy i one wiecie co się dzieje, nie ma frustracji i stresu.
Poza jeleniami na terenie parku znajduje się kilka ważnych świątyń, w tym Tōdai-ji, ponoć największa na świecie budowla z drewna (a do tego zawiera też jeden z największych w Japonii posągów Buddy z brązu). Ponad to jest tam góra Wakakusa, skąd rozciąga się panorama na okolicę. Wdrapaliśmy się oczywiście na sam jej szczyt, co upamiętnia nasze zdjęcia przy głazie. Tak, na szczycie góry też są jelenie i to jest dobre miejsce, żeby dać im krakersa, bo są bardziej wyczilowane. W Narze też wreszcie mogliśmy zaznać sakury w pełni, stąd znów dużo zdjęć z wiśniami.
Dziś też ostatnim rzutem próbowaliśmy lokalnych przysmaków. Na terenie parku udało nam się dostać do małej knajpy z udonami (co nie było takie oczywiste, bo się trochę zgapiliśmy i po pewnym czasie odkryliśmy, że trzeba się wpisać na listę hmmm… gości? Japonia to jest kraj przerzucania odpowiedzialności za różne rzeczy na obywatela). I tutaj właśnie udało mi się spróbować Kitsune udon, czyli zupę której clou jest słodkawe, smażone tofu. Bardzo mi to smakowało. A nazwa się ponoć wzięła stąd, że Japończycy wierzą, że smażone tofu jest ulubionym przysmakiem lisów.
Wieczorem natomiast poszliśmy do upatrzonej wcześniej knajpki tuż za rogiem, gdzie dają kolejny lokalny przysmak - Okonomiyaki, czyli placki z kapustą i różnymi dodatkami. Nie byłam przekonana do takiego połączenia (coś mają tutaj z tą kapustą, do szaszłyków podali nam innego dnia po prostu surowe liście kapusty jako przekąskę). Wzięłam z krewetkami i ziemniakiem oraz jajkiem sadzonym na wierzchu. Ziemniak okazał się pokrojony jak frytki, więc poniekąd był to placek z frytkami. Smakował zaskakująco dobrze, choć nie jest to najlżejsze danie świata. Bonusem było to, że siedzieliśmy przy barze, więc cały czas mogliśmy obserwować pracę szefa kuchni i byłam pod wrażeniem organizacji jego pracy. No i tak możemy się żegnać z Osaką. Jutro wracamy do Tokio.
Komentarze