<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978</id><updated>2011-07-28T21:19:40.709+08:00</updated><category term='halong'/><category term='Chengde'/><category term='Tongli'/><category term='przyroda'/><category term='Bich Dong'/><category term='inne'/><category term='zwiedzanie'/><category term='jedzenie'/><category term='Tai Shan'/><category term='Liuhe Ta'/><category term='Tai&apos;An'/><category term='konkurs'/><category term='zakupy'/><category term='mekong'/><category term='Beijing'/><category term='Szanghaj'/><category term='zabytki'/><category term='Suzhou'/><category term='Dai Miao'/><category term='toalety'/><category term='hoi an'/><category term='wietnam'/><category term='hue'/><category term='kambodża'/><category term='laos'/><category term='świnki pekinki'/><category term='siem reap'/><category term='Chiny'/><category term='Zhouzhuang'/><category term='Tam Coc'/><category term='Longjing'/><category term='phnom penh'/><category term='gastronomia'/><category term='Hangzhou'/><category term='luang prabang'/><category term='cha ca'/><category term='przygody'/><category term='saigon'/><category term='hanoi'/><category term='HCMC'/><category term='angkor'/><category term='przemyślenia'/><category term='Pekin'/><category term='cu chi'/><category term='Shanghai'/><title type='text'>SinoNotes</title><subtitle type='html'>czyli dwie świnki pekinki wyruszają na podbój Chin</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>51</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-7176148085990174295</id><published>2010-10-07T09:31:00.006+08:00</published><updated>2010-10-07T09:40:33.318+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hanoi'/><title type='text'>"This is the end, my only friend, the end..."</title><content type='html'>No dobra. Koniec tych wywczasów. Dzisiaj w nocy wracamy co koń wyskoczy do naszej drogiej ojczyzny. O naszych ostatnich dniach w Ha Noi jeszcze napiszemy (zwłaszcza że zaraz jeszcze wychodzimy zwiedzić Muzeum Armii Wietnamskiej - &lt;em&gt;&lt;strong&gt;yeeeeaaaah!&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt;), pewnie już z PL*. Powiem tylko, że za dosłownie parę dni w Ha Noi rozpoczynają się &lt;em&gt;wielkie&lt;/em&gt; (w skali) obchody tysiąclecia miasta. Z tego powodu tysiące Wietnamczyków drze się nam pod oknami dzień i noc, ćwicząc swoje publiczne występy, a wszystkie szczekaczki nadają na pełny regulator wesołe, acz patriotyczne (zapewne) pieśni. Głównie daje się słyszeć słowo "Ha Noi". W dodatku zjechały się jakieś masy ludzi spoza miasta, dzięki czemu:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a) ludzi jest jeszcze więcej, niż zwykle (nie wiem, czy dwukrotnie, ale tłum na chodnikach wyraźnie zgęstniał);&lt;br /&gt;b) biały znowu jest atrakcją, witaną okrzykami zdumienia oraz pokazywaniem palcami;&lt;br /&gt;c) jest &lt;em&gt;jeszcze głośniej&lt;/em&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trzeba uciekać :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;PSJ&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;strong&gt;&lt;em&gt;&lt;/em&gt;&lt;/strong&gt;&lt;br /&gt;&lt;em&gt;&lt;strong&gt;*&lt;/strong&gt;&lt;/em&gt; toteż warto zajrzeć za trzy-cztery dni, jeszcze wrzucimy parę zdjęć...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-7176148085990174295?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/7176148085990174295/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=7176148085990174295' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7176148085990174295'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7176148085990174295'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_10_01_archive.html#7176148085990174295' title='&quot;This is the end, my only friend, the end...&quot;'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-2318880085344763150</id><published>2010-10-04T21:10:00.003+08:00</published><updated>2010-10-04T21:14:11.379+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='luang prabang'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przemyślenia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='laos'/><title type='text'>Szybka myśl z Laosu</title><content type='html'>Jeszcze jedno spostrzeżenie po trzech dniach spędzonych w LP. Wydaje się, że nie tylko nasze bungalowy, ale i znacząca ilość turystycznych obiektów w Luang Prabang (kawiarnie, hotele, restauracje, księgarnie...) ma zachodnich właścicieli. Jeśli oceniać po języku - głównie Francuzów. Nie wiem, czy to jakieś kolonialne resentymenty, ale &lt;span style="font-style: italic;"&gt;bardzo&lt;/span&gt; częstym obrazkiem w centrum miasta jest młoda obsługa laotańska, a przy centralnym stoliku - starszawy westerner "trzymający kasę" (w zasadzie nierzadko trzymający kasę w sposób jak najbardziej dosłowny).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-2318880085344763150?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/2318880085344763150/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=2318880085344763150' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2318880085344763150'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2318880085344763150'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_10_01_archive.html#2318880085344763150' title='Szybka myśl z Laosu'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-5891292424433869936</id><published>2010-10-04T20:53:00.006+08:00</published><updated>2010-10-04T21:10:13.440+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='luang prabang'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='laos'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przyroda'/><title type='text'>Luang Prabang oczami niewiasty</title><content type='html'>To prawda, że na zwiedzanie Luang Prabang wystarczy jeden dzień. Warto zwiedzić Pałac Królewski przerobiony obecnie na muzeum (znajduje się w nim m.in posąg Buddy, od którego wzięło nazwę miasto oraz liczne podarki z zaprzyjaźnionych państw, w tym z Polski - w postaci chociażby przepięknej urody talerza z warszawską syrenką) oraz dwie najstarsze świątynie (reszta świątyń to rekonstrukcje lub zeupełnie współczesne budowle; można się po nich poszwędać, ale po pięciu i tak wszystkie zlewają się w jedno). Warto też wspiąć się na wzgórze Phusi, skąd roztacza się ładny widok.&lt;br /&gt;Poza tym wiele miejscowych biur turystycznych organizuje różne wycieczki w bliższe i dalsze okolice LP. Od kilkudniowych wypraw na słoniach, po wycieczkę do miejscowych jaskiń i wodospadów, gdzie można dojechać wynajętym skuterem lub tuk-tukiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;My wybraliśmy się do najfajniejszych wodospadów w okolicy - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kuang Si.&lt;/span&gt; Najpierw obejrzeliśmy miejscowe centrum ratowania niedźwiedzi himalajskich (ogólnie rzecz biorąc nieco większy wybieg zoologiczny z różnymi misiowymi atrakcjami), a potem powędrowaliśmy w górę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKnQtvcHYCI/AAAAAAAAAc0/lWSeyyw5wI8/s1600/niedzwiedz.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 270px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKnQtvcHYCI/AAAAAAAAAc0/lWSeyyw5wI8/s400/niedzwiedz.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5524175902193704994" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;GIERARY HIRR!&lt;br /&gt;(&lt;span style="font-size:78%;"&gt;normalnie forfiter...)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Ścieżka wiodąca do głównego wodospadu to zwykła spacerówa, można się nawet po drodze przekąpać w bardziej leniwym nurcie, aczkolwiek temperatura wody jest standartowa jak na górski strumień). My jednak lubimy wyzwania i postanowiliśmy wspiąć się na szczyt, z którego wodospad się wydobywał. Ścieżka stromo poprowadzona w górę, z czasem zaczęła kluczyć, tabliczki informacyjne zniknęły a na szlaku ni żywego ducha. Poza oczywiście cała plejadą dzikiego życia leśnego, którego staraliśmy się bardzo unikać. Czarne, wielgachne mrówki i leśne pajęczyny*, to nie jest to co tygryski lubią najbardziej. Acha, ponoć tygrysy też się szwędają po tych lasach. W związku z powyższym, gdy już wleźliśmy na szczyt i chwilę zastanawialiśmy się, gdzie iśc dalej (mieliśmy nadzieję, że można przez rozlany strumień dostać się i zejść drugą stroną zbocza), odgłosy lasu stawały się coraz bardziej donośne, a ziemia przy strumieniu była podejrzanie zryta, bardzo szybko postanowiliśmy zawrócić i w rekordowym tempie zeszliśmy tą samą trasą ;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKnR9dzSpFI/AAAAAAAAAc8/qmmf74_dR-s/s1600/kuangsi.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKnR9dzSpFI/AAAAAAAAAc8/qmmf74_dR-s/s400/kuangsi.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5524177271848608850" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;schody w wodospadzie... czego w tej Azji nie wymyślą.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Tak jeszcze na marginesie napiszę, że kuchnia laotańska niestety nie zrobiła na nas wielkiego wrażenia. Niby używa się podobnych przypraw jak w kuchniach Kambodży czy Tajlandii, niby jest pikantna i aromatyczna, ale coś nie do końca nam podpasowało. Znaleźlismy za to bardzo smaczną i nieprzesadnie drogą hinduską knajpę, gdzie oddajemy się indyjskiej rozpuście.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKnPzJ4UGJI/AAAAAAAAAcs/QnuSSCRsffc/s1600/anna_kwangsi.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKnPzJ4UGJI/AAAAAAAAAcs/QnuSSCRsffc/s400/anna_kwangsi.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5524174895679019154" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kontrefekt autorki&lt;br /&gt;(wodospady Kuang Si)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;* Potem doczytałam, że w Laosie (ponoć) występuje największy na świecie pająk**. A zawsze byłam przekonana, że to Australia wiedzie prym w takich rekordach...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;** Myślę, że to legenda ludowa. Gdyby występował, to z pewnością znaleźlibyśmy go w naszej łazience - PSJ&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-5891292424433869936?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/5891292424433869936/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=5891292424433869936' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5891292424433869936'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5891292424433869936'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_10_01_archive.html#5891292424433869936' title='Luang Prabang oczami niewiasty'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKnQtvcHYCI/AAAAAAAAAc0/lWSeyyw5wI8/s72-c/niedzwiedz.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-8933934081587623210</id><published>2010-10-04T12:43:00.005+08:00</published><updated>2010-10-04T13:11:25.298+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='luang prabang'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przygody'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='laos'/><title type='text'>Jesteś w Laosie, nędzny robaku!</title><content type='html'>Korzystając z (niepowszechnego) dostępu do internetu w sennym Luang Prabang, miasteczku-atrakcji turystycznej Laosu, dajemy "znak życia"; co prawda w przededniu wyjazdu, ale liczą się intencje, czyż nie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Luang Prabang jest najcichszym, najmniejszym i najspokojniejszym miejscem, jakie odwiedziliśmy w czasie całej naszej podróży po Indochinach. Miasteczko znane jest z licznych świątyń, urokliwego położenia w górskiej dolinie i z tego, że niejaki &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Henri_Mouhot"&gt;Henri Mouhot&lt;/a&gt; kipnął tu na malarię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKlhRR61JeI/AAAAAAAAAcM/hO717HOSaME/s1600/luang+prabang_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKlhRR61JeI/AAAAAAAAAcM/hO717HOSaME/s400/luang+prabang_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5524053367442449890" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Luang Prabang...!&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKlhRsgav3I/AAAAAAAAAcU/mkQMGLja0Eg/s1600/luang+prabang_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKlhRsgav3I/AAAAAAAAAcU/mkQMGLja0Eg/s400/luang+prabang_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5524053374579425138" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;...Ta sielanka cię wykończy!&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Trudno mu się zresztą dziwić. Niewiele brakowało, bym - dzięki zakwaterowaniu w uroczych bungalowach nad samym brzegiem rzeki - poszedł w jego ślady, schodząc we wiośnie swojego życia na atak serca. Malownicza lokalizacja posiadała w pakiecie jakieś olbrzymie* krocionogi, harcujące wieczorem po naszej łazience. A ja naiwnie myślałem, że usadowienie domku na palach chroni przed robactwem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeżeli jednak pierwszego wieczoru myślałem, że starcie z gargantuicznymi insektami (zakończone zresztą częściowym zwycięstwem dzięki precyzyjnemu użyciu ciężkiej, glinianej donicy) to wszystko, co ma nam do zaoferowania Luang Prabang, poranek dnia następnego wyprowadził mnie z błędu. Śniadanie przynoszone na osobistą werandę to piękny i wzruszający zwyczaj - dopóki nie zaczyna nam towarzyszyć jakieś latające monstrum z rodziny żuków czy chrząszczy (nie jestem pewien, z biologii nigdy nie byłem prymasem). Owa potwora była długości mojej dłoni (licząc z czułkami, ale jednak...; ponadto bestia kiwała tymiż czułkami niezwykle sugestywnie), i odznaczała się niepospolitą ruchliwością. Nie muszę chyba dodawać, iż resztę posiłku spożyliśmy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;w pośpiechu&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poza tym jednak Luang Prabang to miłe miejsce (choć jeżeli chodzi o zwiedzanie, to jedna doba&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;wystarcza na swobodne zapoznanie się ze wszystkimi atrakcjami), mimo niezwykle wysokich cen wszystkiego. Jeśli ktoś ma taką fantazję, może też wstać przed świtem i wziąć udział w zbiorowym dokarmianiu mnichów, których w Luang Prabang jest "jak mrówków". Dokumentacja zdjęciowa - w załączeniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKlhRwFQMgI/AAAAAAAAAcc/8lh9DlpyhBw/s1600/luang+prabang_4.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 327px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKlhRwFQMgI/AAAAAAAAAcc/8lh9DlpyhBw/s400/luang+prabang_4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5524053375539229186" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kto rano wstaje...&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKlhSCCrBQI/AAAAAAAAAck/zL_oc0Stkj4/s1600/luang+prabang_5.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKlhSCCrBQI/AAAAAAAAAck/zL_oc0Stkj4/s400/luang+prabang_5.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5524053380360242434" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;...temu Paweł daje.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* wyobraźcie sobie tłustą stonogę wielkości swojej nogi... dłoni... no dobrze, dłuższą niż wasz środkowy palec, i nie mniej grubą. Pokryjcie ją chitynowym pancerzem i dodajcie szczękoczułki (?). Do niedawna myślałem, że takie stworzenia istnieją wyłącznie w podręcznikach do RPG.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-8933934081587623210?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/8933934081587623210/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=8933934081587623210' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/8933934081587623210'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/8933934081587623210'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_10_01_archive.html#8933934081587623210' title='Jesteś w Laosie, nędzny robaku!'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKlhRR61JeI/AAAAAAAAAcM/hO717HOSaME/s72-c/luang+prabang_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-5188243298338149045</id><published>2010-10-01T22:18:00.005+08:00</published><updated>2010-10-01T22:50:23.548+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='angkor'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='siem reap'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kambodża'/><title type='text'>"Nakarm nasze głodne ryby swoją martwą skórą"</title><content type='html'>...głosi (po angielsku) napis nad jednym z licznych salonów masażu/spa w Siem Reap.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pomijając jednak wyjątki podobne powyższemu, jeden obraz wart jest tysiąca słów. W związku z tym ograniczymy się do rzucenia kilku (z kilkuset) zdjęć z różnych zakątków Angkoru, pozostawiając je wyjątkowo bez komentarza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jedna uwaga dla tych, którzy chcieliby potraktować tego bloga jako źródło wiedzy podróżniczej: naprawdę warto odżałować czas i podwyższone wynagrodzenie kierowcy, i udać się na dłuższą wycieczkę do Banteay Srei, jakieś 30 km od Angkor. Zdobienia i płaskorzeźby w tej niewielkiej świątyni są świetnie zachowane i ładniejsze chyba nawet od tych w Angkor Wat.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvP_DXecI/AAAAAAAAAa0/legihz-UWfY/s1600/angkor_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvP_DXecI/AAAAAAAAAa0/legihz-UWfY/s400/angkor_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523083575942412738" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvRrfZFXI/AAAAAAAAAbU/WrkKCvF1CxU/s1600/angkor_5.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvRrfZFXI/AAAAAAAAAbU/WrkKCvF1CxU/s400/angkor_5.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523083605050987890" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvRIPLYsI/AAAAAAAAAbM/nXdPkXr87zs/s1600/angkor_4.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvRIPLYsI/AAAAAAAAAbM/nXdPkXr87zs/s400/angkor_4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523083595587740354" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvQxB0ehI/AAAAAAAAAbE/9wyROoSCDnc/s1600/angkor_3.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvQxB0ehI/AAAAAAAAAbE/9wyROoSCDnc/s400/angkor_3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523083589357697554" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvQUMTBPI/AAAAAAAAAa8/2IMHTKmNsQc/s1600/angkor_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvQUMTBPI/AAAAAAAAAa8/2IMHTKmNsQc/s400/angkor_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523083581617014002" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0n9e9A9I/AAAAAAAAAbc/k7y72RlMf1I/s1600/banteay+samre_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0n9e9A9I/AAAAAAAAAbc/k7y72RlMf1I/s400/banteay+samre_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523089485396247506" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0oSLVHvI/AAAAAAAAAbk/rg7CuVQ5jlM/s1600/banteay+srei_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0oSLVHvI/AAAAAAAAAbk/rg7CuVQ5jlM/s400/banteay+srei_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523089490951085810" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Banteay Srei&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0o_tAn3I/AAAAAAAAAbs/spXraXh4HmE/s1600/banteay+srei_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0o_tAn3I/AAAAAAAAAbs/spXraXh4HmE/s400/banteay+srei_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523089503171944306" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0pTQSoUI/AAAAAAAAAb0/BhiWvGsnK1c/s1600/banteay+srei_4.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0pTQSoUI/AAAAAAAAAb0/BhiWvGsnK1c/s400/banteay+srei_4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523089508420198722" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0p-tatrI/AAAAAAAAAb8/00l-2qCuXMs/s1600/banteay+srei_5.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0p-tatrI/AAAAAAAAAb8/00l-2qCuXMs/s400/banteay+srei_5.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523089520085087922" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0wlFz22I/AAAAAAAAAcE/NLJEnHMKaas/s1600/widok+na+Mebon.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKX0wlFz22I/AAAAAAAAAcE/NLJEnHMKaas/s400/widok+na+Mebon.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5523089633467161442" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;P.S. Jutro odlatujemy nieco w nieznane do Laosu. Nie wiem, jak wygląda tam sytuacja z dostępem do internetu, ale gdyby nie było od nas dalszych wiadomości, to jeszcze przez trzy dni nie należy wpadać w panikę...&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-5188243298338149045?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/5188243298338149045/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=5188243298338149045' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5188243298338149045'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5188243298338149045'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_10_01_archive.html#5188243298338149045' title='&quot;Nakarm nasze głodne ryby swoją martwą skórą&quot;'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKXvP_DXecI/AAAAAAAAAa0/legihz-UWfY/s72-c/angkor_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-1222088476935368014</id><published>2010-09-30T21:32:00.007+08:00</published><updated>2010-09-30T22:48:59.136+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='angkor'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='siem reap'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kambodża'/><title type='text'>Smutek tropików</title><content type='html'>Mieliśmy chwilę przerwy, ale to z powodu natłoku wrażeń i zmęczenia materiału. Po kolei jednak - z Phnom Penh przepłynęliśmy rzeką/jeziorem Tonle Sap* do Siem Reap, czyli miasteczka i bazy wypadowej do zabytków Angkor. Sam rejs, mimo iż dość długi (pięć godzin!) i w drugiej części nieco monotonny, był bardzo fajny w części "rzecznej" z uwagi na niesamowite widoki khmerskiej prowincji; zaiste niczym Czas Apokalipsy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSUScXI1JI/AAAAAAAAAZs/ry4TK2g_SfQ/s1600/tonle+%27sup_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 266px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSUScXI1JI/AAAAAAAAAZs/ry4TK2g_SfQ/s400/tonle+%27sup_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522702087634867346" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"W tym kraju nie ma porządnych fal. Same nieregularne ścierwa."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSUSu18wGI/AAAAAAAAAZ0/3VVmZV6mqpY/s1600/tonle+%27sup_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSUSu18wGI/AAAAAAAAAZ0/3VVmZV6mqpY/s400/tonle+%27sup_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522702092595937378" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"Jakieś pół roku temu wiozłem faceta aż za most w Do Lung. (...) Mówią, że strzelił sobie w łeb."&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Jeśli&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;chodzi o&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; Angkor**, to zapewne sprawniejsi w posługiwaniu się piórem mieli równie wielki problem, co ja: co tu napisać? Od czego zacząć? Może jakiś wierszyk? Haiku...?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sprawa jest trudna, więc dopóki nie dostanę jakiegoś ataku natchnienia, pozwolę raczej przemówić zdjęciom (i Annie). Dodam tylko, że pora deszczowa to całkiem niezły moment na zwiedzanie Angkor, bo ruch turystyczny jest nieco przetrzebiony. Momentami można nawet zostać &lt;span style="font-style: italic;"&gt;niemal&lt;/span&gt; sam na sam z jakimś odległym zakątkiem świątyni, i poczuć się jak doktor Jones, Jr., albo (wersja dla osób obdarzonych bardziej wydatnym biustem) Lara Croft***. Oczywiście w takim przypadku (pory deszczowej, nie biustu) należy wyruszać bladym świtem, bo popołudniami przychodzą naprawdę silne burze...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSZ2WY55TI/AAAAAAAAAZ8/1t796fOJD8Y/s1600/angkor+wat_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 262px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSZ2WY55TI/AAAAAAAAAZ8/1t796fOJD8Y/s400/angkor+wat_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522708202065093938" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Angkor Wat jak z pocztówki&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSZ2gbuouI/AAAAAAAAAaE/63BdvfAV1do/s1600/angkor+wat_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSZ2gbuouI/AAAAAAAAAaE/63BdvfAV1do/s400/angkor+wat_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522708204761293538" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSZ3FZrO0I/AAAAAAAAAaM/ZyZvbRYi-oA/s1600/angkor+wat_4.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSZ3FZrO0I/AAAAAAAAAaM/ZyZvbRYi-oA/s400/angkor+wat_4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522708214684793666" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Reliefy z Angkor Wat (jak do tej pory) zdecydowanie najlepsze&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSZ3ae7tsI/AAAAAAAAAaU/EUL2ULcAlio/s1600/bayon_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSZ3ae7tsI/AAAAAAAAAaU/EUL2ULcAlio/s400/bayon_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522708220343989954" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Te w Bayon też są fajne &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;span&gt;Podróż do Siem Reap była długa, a na koniec zostaliśmy podebrani z przystani. Mieliśmy umówiony wcześniej transport (miejsce, do którego przybijają łodzie zmienia się w zależności od pory roku, ale zawsze jest oddalone o kilkanaście kilometrów od miasta), więc nieco się zdziwiliśmy jak na przystani powitał nas przewodnik turystyczny. Przez cały czas dojazdu do naszego hotelu udzielał nam informacji o regionie (dość słabym angielskim), trzykrotnie powtarzając, że Siem  oznacza "Tajów" a Reap - w wolnym tłumaczeniu "Porażka". Znaczy, tak, kiedyś odparli tu hordy Tajów. I nadal za nimi nie przepadają. Ponad  to przewodnik cały czas ubolewał, że przyjechaliśmy w porze deszczowej i nie zobaczymy tych wszystkich pięknych wschodów i zachodów słońca nad Ankor Wat i innymi świątyniami. A na koniec zapytał czy nie chcielibyśmy, żeby nam - wraz z kierowcą - towarzyszył w kolejnych dniach. Stanowczo odmówiliśmy. Bardzo szczegółowy, książkowy przewodnik i umówiony kierowca tuk-tuka na trzy dni wyniosły nas zdecydowanie taniej :).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A same świątynie... no, ciężko to opisać. Najfajniej jest o poranku, kiedy gorąc nie daje się jeszcze we znaki, turystów jest jak na lekarstwo (japońskie i chińskie wycieczki wożone autokarami dobijają gdzieś tak koło 9 rano), można nawet zaszyć się w jakiejś romantycznej ruince i posłuchać dźwięków dżungli. Oczywiście, trzeba dobrze wyczuć moment, żeby uciec przed tropikalną burzą (pierwszego dnia daliśmy się złapać i utknęliśmy przy ołtarzu Buddy z chłopcami, którzy koniecznie chcieli od nas kasę i wtedy dopadł nas smutek tropików ;)), ale i tak uważam, że zwiedzanie Ankor Wat i okolic w porze deszczowej, to nie taki zły pomysł.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSa45z4v8I/AAAAAAAAAac/diB4Y4JB9xE/s1600/bayon_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 258px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSa45z4v8I/AAAAAAAAAac/diB4Y4JB9xE/s400/bayon_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522709345444872130" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Twarze w Bayon. Robi wrażenie, co?&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSa5tDM9wI/AAAAAAAAAas/o6h7-IpQIZ8/s1600/bayon_4.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSa5tDM9wI/AAAAAAAAAas/o6h7-IpQIZ8/s400/bayon_4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522709359199319810" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSa5H7bJNI/AAAAAAAAAak/rbuqjIWBqpk/s1600/bayon_3.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSa5H7bJNI/AAAAAAAAAak/rbuqjIWBqpk/s400/bayon_3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522709349234582738" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;* &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;sugeruję rzucić okiem na mapę Kambodży/Azji, żeby mieć pewne pojęcie, co znaczy "jezioro" w odniesieniu do Tonle Sap. O tej porze roku ma powierzchnię porównywalną z Belgią.&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;** W zasadzie nie wiem, jak to określać. Angkor Wat jest najbardziej znaną &lt;span style="font-style: italic;"&gt;budowlą&lt;/span&gt; regionu, jednak ani nie najstarszą, ani nie największą (jeśli potraktujemy Angkor Thom z jego świątyniami jako jedno założenie), a zwiedza się w zasadzie cały kilkudziesięciokilometrowy region. Dla przykładu dzisiaj zwiedziliśmy 6 świątyń, z czego trzy nie ustępowały w zasadzie rozmachem Angkor Wat. Dla uproszczenia będę posługiwał się - zapewne nieprecyzyjnie - określeniem "Angkor" dla całego obszaru.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*** nota bene filmowego Tomb Raidera kręcili w części w jednej ze świątyń Angkoru. Byliśmy tam :) (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;w świątyni, nie w filmie&lt;/span&gt;)&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-1222088476935368014?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/1222088476935368014/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=1222088476935368014' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1222088476935368014'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1222088476935368014'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#1222088476935368014' title='Smutek tropików'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKSUScXI1JI/AAAAAAAAAZs/ry4TK2g_SfQ/s72-c/tonle+%27sup_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-174239903852244849</id><published>2010-09-29T00:04:00.002+08:00</published><updated>2010-09-29T19:13:30.159+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kambodża'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='phnom penh'/><title type='text'>Phnom Penh i duchy przeszłości</title><content type='html'>Kolejny dzień w Phnom Penh poświęciliśmy na zagłębienie się w skomplikowaną i bolesną historię Kambodży. Najpierw mieliśmy zwiedzać chronologicznie, tzn. najpierw pałac królewski a następnie niesławne więzienie S-21, które w czasie krótkich lat panowania Czerwonych Khmerów stało się sceną najgorszych zbrodni przeciwko ludzkości. Jednakże "nasz" kierowca tuk-tuka zaproponował nam na zmianę planów, za co w sumie byłam mu potem wdzięczna. Bardzo usilnie namawiał nas jeszcze na wizytę na tzw. "killing fields", ale uznaliśmy, że starczy nam grozy samego więzienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I mieliśmy rację. W historię więzienia zagłębiać się nie będę - kto chce, znajdzie dość informacji, choćby na wikipedii (dość rozbudowany artykuł znajdziecie &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Tuol_Sleng"&gt;tu&lt;/a&gt;). Dość powiedzieć, że w ciągu 4 lat zginęlo tu kilkanaście tysięcy ludzi a dawne budynki szkolne, przemienione w cele i sale tortur robią dość koszmarne wrażenie. Tym bardziej, że wszystko jest dość zaniedbane i wchodząc do kolejnych cel, można odnieść wrażenie, że dopiero niedawno więzienie zostało opuszczone. Z drugiej strony, trwają tam teraz jakieś prace konserwacyjne czy reperacyjne, więc wszędzie walają się jakieś śmieci, a poza sprzedażą biletów i publikacji "na temat", prowadzony jest na terenie sklepik z normalnymi pamiątkami turystycznymi, i to wszystko powodowało, że chwilami miałam niefajne poczucie braku szacunku dla tych, którzy tu zginęli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po wizycie w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tuol Sleng&lt;/span&gt; (to inna nazwa więzienia), wróciliśmy  do centrum, a ponieważ Pałac Królewski miał przerwę i ponownie był otwierany o 14.00, udaliśmy się lekki lunch, złożony głównie z napojów (w upał sięgający 40 st. C jedzenie schodzi na drugi plan).&lt;br /&gt;Pierwszy raz (efekt tego, że podróżujemy poza sezonem turystycznym) staliśmy w kolejce do kasy (jest osobna dla obcokrajowców, jak sądzimy, z osobnymi cenami). Mieliśmy pewne obawy czy nas wpuszczą, ponieważ bardzo restrykcyjnie ponoć przestrzegają reguły odpowiedniego ubioru (kolana i łokcie powinny być zakryte), ale jakoś się udało, mimo rękawków nie sięgających łokcia. W kompleksie pałacowym (który częściowo w ogóle jest zamknięty dla turystów, gdyż nadal zamieszkuje tam król) najważniejszym zabytkiem jest Srebrna Pagoda, zwana tak z uwagi na wyłożoną srebrnymi płytami podłogę (którą niestety podziwia się fragmentarycznie, reszta jest przykryta dywanami, jak rozumiem, chroniącycmi ją przed zadeptaniem). Ponadto zarówno w niej, jak i w innych otwartych pawilonach można podziiwiać liczne buddyjskie i hinduistyczne figury, oraz liczne, bogato zdobione religijne naczynia i inne akcesoria. Jak to Paweł stwierdził: "jedna taka gablotka i kilka lat można wygodnie pożyć" ;). Bieganie po rozległym dziedzińcu mocno nas zmęczyło, więc - wymykając się sprzedawcom i kierowcom tuk-tuków, poszliśmy na wsześniejszą kolację, a potem wróciliśmy do hotelu, żeby się spakować i przygotować mentalnie do kolejnego etapu naszej podróży, rejsu do Siem Reap.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKMeov_XhPI/AAAAAAAAAZM/CEDpWWKep3Y/s1600/phnom+penh_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKMeov_XhPI/AAAAAAAAAZM/CEDpWWKep3Y/s400/phnom+penh_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522291253512209650" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;"Dobrze być królem!"&lt;br /&gt;(Mel Brooks)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKMepfeyERI/AAAAAAAAAZk/6N_mSgHZt0M/s1600/phnom+penh_4.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKMepfeyERI/AAAAAAAAAZk/6N_mSgHZt0M/s400/phnom+penh_4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522291266260439314" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKMeo2gFBKI/AAAAAAAAAZU/1JycY2dHDJY/s1600/phnom+penh_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKMeo2gFBKI/AAAAAAAAAZU/1JycY2dHDJY/s400/phnom+penh_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522291255260021922" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Tyle... złota... w środku...!&lt;br /&gt;(PSJ)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKMepE0VQOI/AAAAAAAAAZc/Wy-LG6WNmU4/s1600/phnom+penh_3.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKMepE0VQOI/AAAAAAAAAZc/Wy-LG6WNmU4/s400/phnom+penh_3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5522291259103068386" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Kot królewski&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-174239903852244849?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/174239903852244849/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=174239903852244849' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/174239903852244849'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/174239903852244849'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#174239903852244849' title='Phnom Penh i duchy przeszłości'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKMeov_XhPI/AAAAAAAAAZM/CEDpWWKep3Y/s72-c/phnom+penh_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-4915358553335745400</id><published>2010-09-27T10:22:00.004+08:00</published><updated>2010-09-29T17:54:03.888+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przygody'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kambodża'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='phnom penh'/><title type='text'>Phnom Penh po raz kolejny</title><content type='html'>Dzień nie skończył się na tarasie FCC, jak mogłoby wynikać z poprzedniej notki. Po lunchu wybraliśmy się na spacer wzdłuż rzeki, i całkowitym przypadkiem trafiliśmy do pobliskiej, pięknej świątyni z XV wieku, znanej jako &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wat Ounalom&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKADPCvGHVI/AAAAAAAAAY8/pqo6URE9eg8/s1600/phnom+penh_3.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKADPCvGHVI/AAAAAAAAAY8/pqo6URE9eg8/s400/phnom+penh_3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5521416700123553106" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wat Ounalom&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Na "zapleczu" głównego pawilonu Wat Ounalom stoi mała, nie wyróżniająca się specjalnie stupa. Co prawda przewodnik wspomina, że znajduje się w niej dość istotna relikwia, jaką jest brew Buddy (nie podaje jednak, która), ale opisuje ową stupę jako obiekt zamknięty. Nie wiem, czy mieliśmy szczęście, czy też realia nieco się zmieniły, ale kiedy krążyliśmy sobie po terenie, zza stupy wychynął sympatyczny staruszek z papierosem, zdawało by się, przyklejonym na stałe do kącika ust. Staruszek nie tylko otworzył nam kłódki blokujące wejście, ale i wprowadził nas do sanktuarium (bardzo niskiego, kamiennego pomieszczenia o ścianach pokrytych grubą warstwą sadzy z kadzidełek, w którym ledwo mieściliśmy się my troje oraz niewielki posąg i ołtarzyk buddy, ozdobione kolorowymi, odpustowymi lampkami). Co więcej, w sanktuarium przygotował nam ofiarne kadzidełka, pokazał, jak oddać cześć Buddzie, tudzież - jak mniemam - udzielił nam odśpiewanego błogosławieństwa, którego elementem było także skropienie nas wodą (święconą?). Absolutnie urocze przeżycie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKADPinL21I/AAAAAAAAAZE/8u7hGOaCEHk/s1600/phnom+penh_4.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKADPinL21I/AAAAAAAAAZE/8u7hGOaCEHk/s400/phnom+penh_4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5521416708680309586" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;Po otrzymaniu błogosławieństwa, poszliśmy jeszcze na spacer nad rzekę, a następnie na kolację. Na ulicy przylegającej do bulwaru znajduje się wiele knajp, wszystkie, jak Paweł wcześniej wspomniał, mają ceny w dolarach. Na chybił trafił wybraliśmy jedną z nich, a kiedy zasiedliśmy okazało się, że jest to restauracja non profit. Idea (z którą zetknęliśmy się też wcześniej w Wietnamie) jest taka, że cały dochód knajpy idzie na dzieci z sierocińca. Muszę przyznać, że to bardzo miły sposób na wsparcie kambodżańskich sierot, tym bardziej, że jedzenie było naprawdę bardzo dobre (czuć w kuchni kambodżańskiej silne wpływy tajskich smaków, co nam się bardzo podoba).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-4915358553335745400?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/4915358553335745400/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=4915358553335745400' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/4915358553335745400'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/4915358553335745400'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#4915358553335745400' title='Phnom Penh po raz kolejny'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TKADPCvGHVI/AAAAAAAAAY8/pqo6URE9eg8/s72-c/phnom+penh_3.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-7537350657700955672</id><published>2010-09-26T17:22:00.005+08:00</published><updated>2010-09-27T10:19:54.657+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='kambodża'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='phnom penh'/><title type='text'>Głębiej w interior, w górę Mekongu</title><content type='html'>Piszę te słowa na ogromnym tarasie Foreign Correspondents' Club w Phnom Penh, stolicy Kambodży. Większość popołudnia spędziliśmy kręcąc się po okolicy i zwiedzając muzeum narodowe (słynne głównie z rzeźb z Angkor Wat i starszych), a wszystko to w obezwładniającym, duszącym upale.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ__A0cXHaI/AAAAAAAAAYs/cRd9zkKK7O0/s1600/phnom+penh_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ__A0cXHaI/AAAAAAAAAYs/cRd9zkKK7O0/s400/phnom+penh_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5521412057722199458" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:85%;" &gt;Muzeum Narodowe, Phnom Penh&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ__BWIEWmI/AAAAAAAAAY0/NcUZqpCOHI8/s1600/phnom+penh_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ__BWIEWmI/AAAAAAAAAY0/NcUZqpCOHI8/s400/phnom+penh_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5521412066763889250" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;Jako mieszkańcy strefy Schengen nieco odwykliśmy od przekraczania "normalnych" lądowych granic, lecz przejście między Wietnamem a Kambodżą odświeżyło nam pamięć: dwukrotna "wysiadka" z autobusu (z bagażami), kilkudziesięciominutowe oczekiwanie na załatwienie formalności paszportowych, "oficjalne łapówki" dla straży granicznej... Wszystko to było naszym udziałem, prawie jak na Ukrainie osiem lat temu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;Phnom Penh, nie chcę chwalić dnia przed zachodem, wydaje się o wiele cichsze i spokojniejsze (i oczywiście znacznie, znacznie mniejsze) niż Ha Noi czy upiorny Sajgon. Co prawda w recepcji hotelu przyklejono niepokojącą kartkę, uprzedzającą o jakimś lokalnym święcie, i związanym z nimi modlitwami startującymi o 4 nad ranem... Jest też, o dziwo, znacznie drożej niż w Wietnamie (jeśli chodzi o ceny jedzenia i picia). Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest fakt, że wszystko tutaj jest wyliczone w USD. W czasie naszego spaceru uśmiechnięci Khmerowie zdążyli mi już zaproponować strzelanie z broni palnej oraz marihuanę. Nie, nie spytałem o ceny. Ale napewno byłyby w dolarach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-7537350657700955672?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/7537350657700955672/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=7537350657700955672' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7537350657700955672'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7537350657700955672'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#7537350657700955672' title='Głębiej w interior, w górę Mekongu'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ__A0cXHaI/AAAAAAAAAYs/cRd9zkKK7O0/s72-c/phnom+penh_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-9066375295911221305</id><published>2010-09-25T16:46:00.003+08:00</published><updated>2010-09-25T16:49:29.721+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='mekong'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><title type='text'>"Owoce Delty Mekongu to samo zdrowie!"</title><content type='html'>Tak jest, razem z naszym przewodnikiem wybraliśmy się w piątek na przejażdżkę po Mekongu. W planach była degustacja owoców tropikalnych, miodu i wódki na bananach, wizyta w fabryce kokosowych słodyczy i lunch na żółwiu (żaden gad nie ucierpiał - Żółw to nazwa jednej z wysp na tym odcinku rzeki). Mhm, wymarzony dzień dla mnie, cały kręcący się wokół jedzenia :)&lt;br /&gt;Od razu, gdy wylądowaliśmy na "owocowej" wyspie, zostaliśmy zaatakowani z zaskoczenia durianem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ23JH0g6_I/AAAAAAAAAYU/phoouRhgm0c/s1600/mekong_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ23JH0g6_I/AAAAAAAAAYU/phoouRhgm0c/s400/mekong_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520770085572111346" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ladies and gentlemen... Durian!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;Durian to przedmiot nienawiści i pożądania. Wygląda toto jak kolczasta piłka do rugby, a pachnie... no właśnie, niektórym migdałami, innym zgniłą cebulą, terpentyną i przepoconymi skarpetkami. Tyle się naczytałam wcześniej o legendarnym zapachu tego króla owoców (jak jest zwany w południowej Azji), że naprawdę obawiałam się zbliżyć. Ale nas zapach nie zabił ;) Może to upośledzony zmysł powonienia, nie wiem. Dla mnie znacznie dziwniejsza była konsystencja samego miążu, która była bardzo kremowa. W smaku też jest dość nieokreślony, niby słodki, ale smakował trochę jak solone masło orzechowe... Cóż, na mojej liście nie zostanie nr 1. Niestety moje polskie podniebienie najbardziej ceni w owocach nutę kwaskowości, którą nasze, niedopieszczone przez słońce, prawie zawsze mają. Tutejsze frukty mają za to fantastyczne kształty i fakturę oraz bajeczne kolory. Z degustowanych owoców najbardziej smakowały mi ananasy, rambutany i malutkie banany (zwane "kobiecymi paluszkami" i naprawdę są nie większe od mojego palca wskazującego).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ23Ji691YI/AAAAAAAAAYc/Qnh5XoN_31c/s1600/mekong_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ23Ji691YI/AAAAAAAAAYc/Qnh5XoN_31c/s400/mekong_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520770092846929282" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Degustowaliśmy również herbatę z miejscowym miodem, wódkę z bananów, cukierki imbirowe i kokosowe (to już na innej wyspie, gdzie obejrzeliśmy sobie całą produkcję takich cukierków), wino kokosowe i ryżowe. Wszystko oczywiście podszyte propozycją kupna. Niestety, mamy jeszcze przed sobą Kambodżę i Laos, więc z większości tych pyszności musieliśmy zrezygnować, ale coś tam zakupiliśmy, żeby móc wspominać w zimowe, polskie wieczory smaki Wietnamu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ23JqJ9nCI/AAAAAAAAAYk/-ebHtEIlOhw/s1600/mekong_4.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ23JqJ9nCI/AAAAAAAAAYk/-ebHtEIlOhw/s400/mekong_4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520770094788877346" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ania i ryba Słoniowe Ucho (po lewej)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-9066375295911221305?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/9066375295911221305/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=9066375295911221305' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/9066375295911221305'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/9066375295911221305'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#9066375295911221305' title='&quot;Owoce Delty Mekongu to samo zdrowie!&quot;'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ23JH0g6_I/AAAAAAAAAYU/phoouRhgm0c/s72-c/mekong_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-5530665890871241070</id><published>2010-09-25T15:11:00.004+08:00</published><updated>2010-09-25T21:45:25.538+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='saigon'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='cu chi'/><title type='text'>"Sajgon. Cholera. Wciąż tylko Sajgon. Codziennie się łudzę, że obudzę się w dżungli"</title><content type='html'>Na wstępie muszę powiedzieć, że w Sajgonie trafił nam się świetny i  wybornie mówiący po angielsku przewodnik - młody facet o fryzurze  przypominającej moją (rzadkość wród Wietnamczyków), sypiący anegdotami i  niezwykle kontaktowy. Dzięki temu Sajgon zyskał w naszych oczach  dodatkowe punkty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsza z wycieczek (centrum zwiedzaliśmy na  własną rękę i na piechotę, głównie popołudniami) obejmowała dwie  "podmiejskie" atrakcje. Pierwszą z nich stanowił zrekonstruowany  fragment obszaru umocnionego (tak to się nazywa?) &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cu Chi&lt;/span&gt;,  czyli jednej z bardziej znanych aren zmagań Viet Congu z armią  amerykańską. Rekonstrukcja, dodajmy, całkiem udatna - są poglądowe  makiety, naturalnej wielkości manekiny wietnamskich partyzantów,  zrekonstruowane pułapki itp... Za (niemałą) opłatą można sobie nawet  postrzelać na strzelnicy z kałasza, M-16 czy nawet M60 - dla pozostałych  zwiedzających niosąca się po lesie kanonada dodatkowo zwiększa  wiarygodność całego doświadczenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oczywiście główną atrakcją  jest możliwość przeczołgania się (a właściwie przejścia w bardzo  niewygodnym, niskim przysiadzie) 150-metrowego odcinka "pierwszego  poziomu" tuneli (poziomy 2. i 3. wymagały czołgania się na brzuchu nawet  w przypadku Wietnamczyków, którzy w tym rejonie, jak wyjaśnił nam  przewodnik, byli "wyjątkowo szczupłej postury). Dla co  grubszych/słabszych/cierpiących na klaustrofobię turystów przewidziano  wyjścia awaryjne co jakieś 20-30 metrów. Myśmy przeszli połowę trasy,  zanim nogi nie odmówiły nam całkiem posłuszeństwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20MCH9fMI/AAAAAAAAAXs/b8QkV1gBinI/s1600/cu+chi_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20MCH9fMI/AAAAAAAAAXs/b8QkV1gBinI/s400/cu+chi_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520766837047786690" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;W obliczu ostatnich doniesień z Polski...&lt;br /&gt;   &lt;br /&gt;   &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20Mvq29kI/AAAAAAAAAX0/z1klGunAi5E/s1600/cu+chi_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20Mvq29kI/AAAAAAAAAX0/z1klGunAi5E/s400/cu+chi_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520766849273755202" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;...obrońcy Krzyża &lt;/span&gt;schodzą do podziemia&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt; &lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt; &lt;/span&gt;   &lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;Druga atrakcja to główna świątynia lokalnej i całkowicie odjechanej religii, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cao Dai&lt;/span&gt;  (kaodaizmu). Nie tylko jej świątynie odznaczają się wyjątkowo  kiczowatym, pastelowym i przeładowanym ozdobami wystrojem, nie tylko  łączy ona (przynajmniej w teorii) buddyzm, konfucjanizm i taoizm z  lekkim dorzutem chrześcijaństwa i islamu*, ale i jej wyznawcy noszą  różnokolorowe ubranka i mogą sobie usiąść bliżej ołtarza w zależności od  "poziomu zaawansowania"**. Wisienką na przysłowiowym torcie (do którego  świątynia &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cao Dai&lt;/span&gt; jest  niezwykle podobna) jest fakt, że w poczet świętych i proroków zaliczają  się m.in. Sun Yat-Sen, Jezus i Wiktor Hugo. I teraz należy sobie  wyobrazić, że w całym Wietnamie ten liczący niecałe sto lat miks zyskał  sobie trzy miliony wiernych...&lt;br /&gt; &lt;br /&gt;   &lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20M0Y_AJI/AAAAAAAAAX8/QIJeQREJT4A/s1600/cao+dai_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20M0Y_AJI/AAAAAAAAAX8/QIJeQREJT4A/s400/cao+dai_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520766850540961938" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;   &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20Neo4HBI/AAAAAAAAAYM/jeDPHyvtniI/s1600/cao+dai_3.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20Neo4HBI/AAAAAAAAAYM/jeDPHyvtniI/s400/cao+dai_3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520766861881908242" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;     &lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;ten w żółtym na samym przedzie to jakiś twardziel&lt;br /&gt;       &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;   &lt;/div&gt; &lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Z innych wrażeń trzeba dodać, że Sajgon jest bardzo fajnym, mocno  "zwesternizowanym" miastem - widzi się znacznie więcej zagranicznych  turystów i ekspatów, niż w Ha Noi, więcej osób posługuje się  komunikatywnym angielskim, sporo jest nowoczesnych budynków, butików i  sklepów, życie nocne też  jest zdecydowanie bardziej intensywne. Nawiązując do wcześniejszych  notatek o wszechobecnym piractwie - znaleźlismy także coś, co należałoby  zaklasyfikować chyba jako pirackie kino. Jedna z kawiarni na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pham Ngu Lao&lt;/span&gt;  (turystycznej "dzielnicy" w centrum Saigonu) na piętrze puszcza od rana  do późnego wieczora pełnometrażowe filmy (ani chybi pirackie kopie, w  repertuarze są już m.in. the Expendables), w sali z profesjonalnym  nagłośnieniem, zaciemnieniem i projektorem HD, oraz ekranem o szerokości  dobrych pięciu metrów. Wrażenie naprawdę odjazdowe, zwłaszcza że każdy  rząd ma swoje stoliki i dyskretne oświetlenie. Oczywiście projekcje są  całkowicie bezpłatne, wliczone w cenę konsumpcji :) Świetne miejsce na  wieczór - jeśli ktoś szuka tu wskazówek praktycznych, podpowiem żeby  szukać "&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bobby Brewers&lt;/span&gt;".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* kobiety m.in. korzystają z innej części świątyni niż mężczyźni, oraz nie wolno im nosić owych kolorowych wdzianek.&lt;br /&gt;**  wydaje się, że to idealna religia dla graczy RPG. W świątyni jest 9  poziomów, każdy literalnie o stopień wyżej od poprzedniego. W czasie  nabożeństwa im ktoś bardziej zaawansowany, tym wyżej/bliżej ołtarza z  Okiem w Piramidzie może sobie zasiąść, niewątpliwie budząc zazdrość i  podziw współwyznawców. Pewnie po dojściu do 10 poziomu awansuje się na  papieża...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20NHAKaJI/AAAAAAAAAYE/_iKREYrjFdc/s1600/cao+dai_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 292px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20NHAKaJI/AAAAAAAAAYE/_iKREYrjFdc/s400/cao+dai_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520766855537125522" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wiktor Hugo. Serio, co u diabła?!&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-5530665890871241070?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/5530665890871241070/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=5530665890871241070' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5530665890871241070'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5530665890871241070'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#5530665890871241070' title='&quot;Sajgon. Cholera. Wciąż tylko Sajgon. Codziennie się łudzę, że obudzę się w dżungli&quot;'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJ20MCH9fMI/AAAAAAAAAXs/b8QkV1gBinI/s72-c/cu+chi_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-155412101477301344</id><published>2010-09-23T22:41:00.003+08:00</published><updated>2010-09-23T22:51:24.571+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przyroda'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hoi an'/><title type='text'>Uzupełnienia, sprostowania i materiał zdjęciowy</title><content type='html'>Po pierwsze, jeśli chodzi o dzieciaki i Święto Środka Jesieni, to chyba wkradł nam się błąd, i pierwsze skrzypce gra tam nie smok, a lew. Różnica niewielka, jedno i drugie w Wietnamie (podobnie jak w Chinach) to zwierzę mityczne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po drugie, jeśli ktoś nie wierzył, że niżej podpisany &lt;span style="font-style: italic;"&gt;jest&lt;/span&gt; w stanie zwlec się na tyle wcześnie, by zobaczyć wschód słońca (i to w strefie okołorównikowej), to poniżej materiał poglądowy:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJtogWy-urI/AAAAAAAAAV8/Fd4yWK0VvMA/s1600/hoi+an_wschod_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJtogWy-urI/AAAAAAAAAV8/Fd4yWK0VvMA/s400/hoi+an_wschod_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520120673357183666" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Plaża, dzika plaża...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJtog4YouUI/AAAAAAAAAWM/W330rK-4Yqw/s1600/hoi+an_wschod_3.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJtog4YouUI/AAAAAAAAAWM/W330rK-4Yqw/s400/hoi+an_wschod_3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520120682373495106" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;...Wietnamczycy dookoła...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJtoggaNT3I/AAAAAAAAAWE/Dvt_PiSkDc8/s1600/hoi+an_wschod_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJtoggaNT3I/AAAAAAAAAWE/Dvt_PiSkDc8/s400/hoi+an_wschod_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5520120675937636210" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Aww, romantic&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Jak zwykle, notka z dzisiaj będzie jutro, itd. Zdjęcia musimy zrzucić na laptopa i obrobić. Wiecie, ten blog nie robi się sam :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-155412101477301344?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/155412101477301344/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=155412101477301344' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/155412101477301344'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/155412101477301344'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#155412101477301344' title='Uzupełnienia, sprostowania i materiał zdjęciowy'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJtogWy-urI/AAAAAAAAAV8/Fd4yWK0VvMA/s72-c/hoi+an_wschod_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-8472324626108901206</id><published>2010-09-22T22:40:00.001+08:00</published><updated>2010-09-22T22:47:59.870+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przygody'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='HCMC'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='saigon'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hoi an'/><title type='text'>Łotrzyk z Sajgonu</title><content type='html'>Wczoraj zrobiliśmy sobe pożegnanie z morzem w Hoi An. Najpierw zerwaliśmy się skoro świt &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(o 05.30! Podziwiajcie naszą determinację i drżyjcie! - PSJ&lt;/span&gt;), by podziwiać wschód słońca znad morza. Choć nieco zamglony, był całkiem ładny. Odkryliśmy też, że jest to pora, kiedy Wietnamczycy (prawie sami mężczyźni) tłumnie wylegają na plażę, by ćwiczyć, zażywać kąpieli i urządzać sobie sąsiedzkie pogaduszki. I pewnie pukają się w głowę, kiedy widzą białych smażących się w najgorętszych godzinach.&lt;br /&gt;My jednak po porannym spacerze wróciliśmy do hotelu, na krótką drzemkę i śniadanie, a na plażę wróciliśmy jak na białasów przystało, kiedy słońce już wysoko stało na niebie. I tak przeplażowaliśmy cały dzień jak Pan Bóg nakazał.&lt;br /&gt;Dziś natomiast pożegnaliśmy środkowy Wietnam i przenieśliśmy się na gorące (jakby do tej pory nie było gorąco ;)) południe, do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ho Chi Minh City&lt;/span&gt; (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;zwanego swojsko Sajgonem - PSJ&lt;/span&gt;). Nasze przygody z dotarciem do hotelu opisze pewnie Paweł, ja od siebie dodam, że po pierwszym spacerze HCMC wydaje mi się miastem przyjemnym, choć głośnym nie mniej niż Ha Noi. Z drugiej strony, to jeden wielki koszmar wydawcy książek ;) Na każdym kroku są "księgarnie" sprzedające kserokopie (głównie) anglojęzycznych tytułów (z "oryginalną" okładką i klejeniem jak w normalnych, drukowanych publikacjach).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ann&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;Tam zaraz "przygody". Po prostu po raz pierwszy ktoś próbował nas w tak oczywisty, bezczelny i wielkoskalowy sposób naciąć. Trzeba przyznać, że ani miejsce akcji (postój przy lotnisku), ani nasz antagonista (sajgoński sałaciarz, czyli złotówa, tj. taksówkarz) nie były zbyt zaskakujące. Zaraz po wejściu do taksy i wskazaniu adresu, kierowca czarująco oznajmił, że wycenia kurs na 400.000 dongów. Mając pewne rozeznanie w cenach, oraz znając orientacyjną odległość, wyraziliśmy wspólnie z Anną przypuszczenie, iż nasz gospodarz zamienił miejscami głowę z przyrodzeniem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Meter only, or drop us out here - żona wskazała na pobliską stację benzynową, nie dalej niż 100 metrów od lotniska.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taksówkarz pomarudził chwilę, ale przystał na tę propozycję. Powinno mi to dać szybciej do myślenia. Nie zdążyliśmy jednak daleko ujechać, kiedy wpatrzyłem się w taksometr i poczułem się jak bohater Star Treka. Otóż - według wskazań taksometru - co kilkadziesiąt samochód przypieszał do prędkości nieomal nadświetlnej (i to bez przeciążeń!), i w ułamku sekundy przebywał jakieś 200-300 metrów ekstra. Niby niewiele, i trudno było to wychwycić bez ciągłej obserwacji licznika, ale przy dłuższej przejażdżce mogło zrobić istotną, co najmniej kilkukilometrową różnicę. Zdębiałem na tyle, że zdążyłem zobaczyć tajemnicze przyspieszenie jeszcze ze trzy razy, zanim podzieliłem się tą wiedzą z małżonką. Doszliśmy do wniosku, że można i jak najszybciej trzeba zrobić jedyną właściwą w tej sytuacji rzecz:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Miły kierowco! Zapałałem właśnie nagłą, lecz niepohamowaną żądzą urządzenia sobie spaceru po waszym pięknym mieście. Słońce wygląda tak zachęcająco, a spacer z plecakiem to stary, słowiański sposób, dzięki któremu zachowuję swoją krzepę. Czy byłbyś tak miły, i zechciał zatrzymać swój wehikuł przy najbliższym wolnym kawałku krawężnika?&lt;br /&gt;- Whaaat? - odparł tępo sałaciarz.&lt;br /&gt;- Stop here. Now.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście wydarzenia następnych kilku minut pozwoliły mi odzyskać wiarę w powszechne dobro ludzkiej natury. Po pierwsze miłe panie w pobliskim sklepiku, w którym zakupiliśmy mapę, nie tylko pomogły nam zorientować się, gdzież to nas wysztrandowało, ale i rozpisały na kartce, jak powinniśmy dotrzeć do hotelu. Po drugie, inny taksówkarz (złapany już z ulicy) miał taksometr zatopiony w jakimś opieczętowanym bloku pleksiglasu, i skasował tyle, ile trzeba. Po trzecie, gdy biedziliśmy się z naszymi plecakami (po opuszczeniu taksówkarza-łotrzyka z lotniska), jakiś facet powiedział mi "&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Welcome to Saigon!&lt;/span&gt;".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Popołudniowy spacer, połączony z lampartowaniem się po kawiarniach i knajpach, dodatkowo nas zregenerował. Saigon to w sumie fajne miasto. Tylko głośne jak trzylatek z ADHD, któremu zabrano zabawki. Aha, nie wiedziałem, że można i opłaca się "piracić" książki na tak masową skalę (oczywiście analogowo, czyli na papierze), o czym pisała już Ania.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.S. Nie przypuszczałem że to powiem, ale kocham pomieszczenia bez okien, takie jak nasz pokoj hotelowy (bardzo elegancki, nota bene). Są takie przytulne, miłe, i nie słychać nawet odrobiny życia ulicznego ani walenia w bębny. Co za ulga.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-8472324626108901206?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/8472324626108901206/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=8472324626108901206' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/8472324626108901206'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/8472324626108901206'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#8472324626108901206' title='Łotrzyk z Sajgonu'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-9009065234607746541</id><published>2010-09-20T15:23:00.001+08:00</published><updated>2010-09-20T15:25:34.039+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przemyślenia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hoi an'/><title type='text'>Hoi An po raz trzeci, albo Francuz, makaron i pochwała emigracji</title><content type='html'>Dosłownie przed dwiema godzinami, wstąpiwszy do małego lokaliku na lunch (miejscowy przysmak to makaronowo-mięsny mix pod nazwą &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Cao_l%E1%BA%A7u"&gt;Cao Lau&lt;/a&gt;, ponoć zawdzięczający swój unikalny smak wodzie z jakiejś starej &lt;a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Champa"&gt;Chamskiej&lt;/a&gt; studni), mieliśmy okazję uciąć pouczającą i sympatyczną pogawędkę z młodym Francuzem, mieszkającym na stałe (od dwóch lat) w Hoi An. Ów młodzieniec jest, wraz ze swoim wietnamskim wspólnikiem, współwłaścicielem wspomnianego lokaliku - i przykładem ekspata, któremu lepiej żyje się niskim kosztem w dalekim, egzotycznym państwie, niż w ojczyźnie. Leniwie popijając piwo w temperaturze sięgającej 40 stopni (jednocześnie chłodząc się miło wentylatorem), nie mogłem odmówić racji jego rozumowaniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.S. W notatce o kawie wietnamskiej mała aktualizacja w postaci zdjęcia poglądowego.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-9009065234607746541?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/9009065234607746541/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=9009065234607746541' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/9009065234607746541'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/9009065234607746541'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#9009065234607746541' title='Hoi An po raz trzeci, albo Francuz, makaron i pochwała emigracji'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-2322933220272019509</id><published>2010-09-20T15:06:00.006+08:00</published><updated>2010-09-20T15:21:28.551+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hoi an'/><title type='text'>Hoi An po raz drugi, albo Kazik Kwiatkowski na króla Polski</title><content type='html'>No dobrze. Wiemy już, że pływanie w morzu, które ma temperaturę przeciętnej polskiej zupy (OK, może jadam chłodniejsze zupy, niż większość, ale miejscami woda była cieplejsza niż ta, w której zazwyczaj biorę kąpiel) potrafi przynieść opłakane skutki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiaj postanowiliśmy nieco odpocząć od plażowania ("ten relaks nas wykończy!") i korzystając z darmowego busika z hotelu - miły gest, zważywszy że plaża jest dobre pięć kilometrów od miasta - przyjechaliśmy do centrum Hoi An, żeby zobaczyć je w świetle dziennym. Muszę powiedzieć, że Hue było bardzo ładne, ale Hoi An jest bezsprzecznie najładniejszym miastem, jakie do tej pory odwiedziliśmy. Jakimś cudem uniknęło działań wojennych, dzięki czemu zachowana jest oryginalna zabudowa z XIX., a nawet XVIII wieku. Niewysokie domki (niektóre wykonane całkowicie z drewna), urokliwe świątynki, rzadkie nawet w Wietnamie budynki chińskich zborów (assembly halls). Wszystko to można podziwiać w leniwej, tropikalnej atmosferze - i ciszy. Bogu dzięki wpisanie centrum na listę Unesco zaowocowało zakazem ruchu samochodowego, a nawet skuterów jest tu jakby mniej. W każdym razie, siedząc w kawiarni nad owocowym lassi, nie jesteśmy narażeni na słuchanie ciągłego trąbienia i innych tajemniczych wynalazków uzupełniających klaksony w tym kraju.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKf-MSYBI/AAAAAAAAAVk/BuwV-9irMjU/s1600/hoi+an_7_20.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKf-MSYBI/AAAAAAAAAVk/BuwV-9irMjU/s400/hoi+an_7_20.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518891412752588818" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;teraz będą widoczki z miasta...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKe6QmmiI/AAAAAAAAAVU/tp3SmTXOYqU/s1600/hoi+an_4_20.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKe6QmmiI/AAAAAAAAAVU/tp3SmTXOYqU/s400/hoi+an_4_20.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518891394517080610" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKepUHXwI/AAAAAAAAAVM/YDdrh-Tb_Sc/s1600/hoi_an_6_20.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKepUHXwI/AAAAAAAAAVM/YDdrh-Tb_Sc/s400/hoi_an_6_20.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518891389968408322" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKfXMpkgI/AAAAAAAAAVc/0dVyFr-g1ag/s1600/hoi+an_5_20.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKfXMpkgI/AAAAAAAAAVc/0dVyFr-g1ag/s400/hoi+an_5_20.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518891402285126146" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;business as usual&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;Jest jeszcze jeden aspekt Hoi An, który napawa nas szczególną sympatią do tego miejsca. Wspominany już Kazimierz vel Kazik Kwiatkowski ma chyba status niezłego celebryty. W każdym razie w sercu starówki stoi jego sporawy pomnik wraz z tablicami informacyjnymi. Co więcej, spędziliśmy pod nim dobry kwadrans, czekając aż wietnamska wycieczka porobi sobie z Kazikiem zdjęcia w każdej możliwej konfiguracji i pozie. Kazik Kwiatkowski prawdziwym hitem Polski.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKgdVIOlI/AAAAAAAAAVs/fAN-tGaz670/s1600/kazik+kwiatkowski_20.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKgdVIOlI/AAAAAAAAAVs/fAN-tGaz670/s400/kazik+kwiatkowski_20.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518891421111171666" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kazimierz Kwiatkowski (po lewej)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Morze faktycznie jest tu genialne, tak ciepłe, że nie chce się z niego wychodzić. Do tego piaszczysta plaża (od drogi oddziela ją pasmo palm, how cool is that!), na której można sobie niedrogo nająć leżaczek pod parasolem. Nawet upał nie daje się tak bardzo we znaki, gdyż wieje przyjemny wiaterek od morza. Niestety bywa to zdradzieckie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj po południu postanowiliśmy zażyć trochę ruchu i zrobić sobie spacerek do centrum Hoi An. Jak już Paweł na pisał to dobre 5 km, a w upale wydaje się jakby było 50 ;) Jednak twardo dobrnęliśmy do centrum, po drodze pożywiając się krewetkowymi namami i zupką &lt;span style="font-style: italic;"&gt;pho&lt;/span&gt;, która jest narodowym daniem numer 1 (mniej więcej jak u nas rosół czy schaboszczak).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcJLUz68NI/AAAAAAAAAVE/f6mT-4krOls/s1600/pho_19.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcJLUz68NI/AAAAAAAAAVE/f6mT-4krOls/s400/pho_19.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518889958535524562" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zupa Pho - bigosem Wietnamu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcIyJ8_2JI/AAAAAAAAAUs/SECH2ZXCkfc/s1600/Hoi+An_1_19.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcIyJ8_2JI/AAAAAAAAAUs/SECH2ZXCkfc/s400/Hoi+An_1_19.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518889526124075154" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;widoczek z tarasu knajpki - w pół drogi do miasta&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pho&lt;/span&gt; tradycyjnie występuje w dwóch wersjach: z kurczakiem i z wołowiną. Do tego duuuużo zielska (w wietnamskiej kuchni używa się znacznie więcej świeżych ziół i zieleniny, niż np w kuchni chińskiej), cytrynka lub limonka do wkropienia i papryczka chili (w Ha Noi podawana osobno razem z limonką, solą i pieprzem, jako opcja doprawienia, tutaj dostaliśmy ją już w zupie, co poniekąd potwierdza teorię: im dalej na południe, tym ostrzej).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejną atrakcją spaceru były świątecznie odstrojone grupy chłopców spotykane co krok. Nie wiemy co prawda o jakie święto chodzi (pobieżna próba sprawdzenia w sieci spełzła na niczym), ale widzieliśmy przygotowania doń już w Hue. Wygląda to mniej więcej tak: od sklepu do sklepu idzie grupka chłopców, dwóch odgrywa smoka (mają odpowiedni strój), jeden ma maskę (lub całe przebranie) hm... starca? demona? człowieka świni? (takie skojarzenia we mnie budzi ta maska ;)) Dodatkowo towarzyszą im muzycy: koniecznie musi być bębniarz, w bogatszych procesjach towarzyszą im talerze i piszczałka. No właśnie, procesje róznią się co do "wystawności" strojów i całego orszaku. W samym centrum widzieliśmy bardzo bogatą grupę, gdzie "starzec" miał pełen strój, smok - wyjątkowo ozdobną głowę (z świecącymi lampkami), bębniarz jechał na wozie itd. W okolicy naszego hotelu wyglądało to znacznie skromniej. Jeśli chodzi o rytuał, to chłopcy grając ogłaszają przybycie smoka, smok odtańcowuje jakiś swój taniec i po tym sklepikarz czy szef knajpy (nie widzieliśmy i nie wiemy, czy chodzą też po prywatnych domach) powinien dać im pieniążek. Daje się go postaci w masce, która ma nań przygotowaną specjalną tacę i ta następnie podaje ją smokowi. Jeżeli smok akceptuje ofiarę połyka ją, jeśli nie pieniądze wracają do właściciela, a ten powinien dać więcej ;) (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;sam spróbowałem "nakarmić" smoka, jednak pierwsza ofiara nie została przyjęta. Poczułem się bardzo, bardzo głupio... - PSJ&lt;/span&gt;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcIyhYVctI/AAAAAAAAAU0/p6O-DI1s-LQ/s1600/hoi+An+2_19.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcIyhYVctI/AAAAAAAAAU0/p6O-DI1s-LQ/s400/hoi+An+2_19.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518889532412752594" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Za dodatkową opłatą smok umili święto, nie tańcząc po sklepie&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.S. Z informacji uzyskanych od Francuza (patrz kolejna notka) i jego wietnamskiego personelu wynika, iż to były próby przed Świętem Środka Jesieni. No cóż, najwyraźniej próba to też dobry sposób, żeby zarobić parę Dongów od dorosłych.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcIzWxuYdI/AAAAAAAAAU8/whHQ-0FdhI0/s1600/hoi+an+most+japo%C5%84ski.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcIzWxuYdI/AAAAAAAAAU8/whHQ-0FdhI0/s400/hoi+an+most+japo%C5%84ski.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518889546746323410" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Hoi An by night (most japoński)&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;(wybaczcie brak statywu)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-2322933220272019509?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/2322933220272019509/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=2322933220272019509' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2322933220272019509'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2322933220272019509'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#2322933220272019509' title='Hoi An po raz drugi, albo Kazik Kwiatkowski na króla Polski'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcKf-MSYBI/AAAAAAAAAVk/BuwV-9irMjU/s72-c/hoi+an_7_20.09.2010.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-4877164351441620352</id><published>2010-09-19T23:05:00.002+08:00</published><updated>2010-09-19T23:08:53.665+08:00</updated><title type='text'>szybka notka aktualizacyjna</title><content type='html'>Wywaliliśmy się dzisiaj od rana brzuchami na plaży w Hoi An, na jakieś 2/3 dnia. Cały czas w cieniu, pod wielkim parasolem. Jedyny moment w słońcu, to kąpiele w morzu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rezultat?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jesteśmy spaleni. Spaleni niczym drużyna jamajskich bobsleistów na imprezie u Boba Marleya. Spaleni niczym kapitan Kloss w oczach Brunnera. Spaleni.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W związku z tym rozwinięcie naszych przygód z Hoi An nastąpi w bardziej dogodnym czasie, zapewne jutro w czasie lunchu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-4877164351441620352?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/4877164351441620352/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=4877164351441620352' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/4877164351441620352'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/4877164351441620352'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#4877164351441620352' title='szybka notka aktualizacyjna'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-6625343377410481956</id><published>2010-09-18T23:41:00.004+08:00</published><updated>2010-09-19T00:01:20.366+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hue'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><title type='text'>Hue po raz drugi</title><content type='html'>Hue...! Nazwa, która mówi wszystko specjalistom od historii Wietnamu oraz miłośnikom gry "&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Battlefield: Vietnam&lt;/span&gt;". I chyba tylko im.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To błąd.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Hue, bynajmniej nie największe i nie najstarsze z wietnamskich miast, mieści jeden z ciekawszych i większych zabytków - Cytadelę - pałac ostatniej dynastii wietnamskich królów czy też cesarzy (anglojęzyczna terminologia jest w tym przypadku niejednolita), Nguyenów. Budowana dużym nakładem sił i środków od początków XIX wieku, obejmuje solidny kawał samego miasta (za sporymi murami), a także główny kompleks pałacowy. Jesli chodzi o sam pałac, skojarzenia z pekińskim Zakazanym Miastem narzucają się same - co do skali i monumentalizmu są zresztą całkiem uzasadnione. Rezydencja Ngyuenów nie miała niestety w XX wieku tyle szczęścia, co ostatni dwór Qingów. Lekko nadniszczona w wojnie wietnamsko-francuskiej, stała się sceną brutalnych walk na dużą skalę między Północą a Południem oraz wojskami amerykańskimi, odbijającymi Hue z rąk armii północnowietnamskiej. W konsekwencji wewnętrzna, niedostępna dla zwykłych śmiertelników część mieszkalna pałacu (Purpurowa Forteca, z lubością określana przez przewodnik jako "fortress within a fortress within a fortress") została zrównana z ziemią do fundamentów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście północni Wietnamczycy nie chowali urazy do Hue (a mogliby, zważywszy, że w ostatecznym rozrachunku Amerykanie bitwę o Hue wygrali), i rzucili duże siły na front rekonstrukcji i odbudowy. Spora część "oficjalnych" budynków pałacowych jest odrestaurowana na wysoki połysk, a i we wspomnianej Purpurowej Fortecy widać pierwsze, nieśmiałe oznaki przywracania dawnej świetności. Budynków jeszcze nie ma, ale powstają już nowe bramy i mury... Całość robi spore wrażenie, i z pewnością warta jest odwiedzin, mimo paraliżującego upału i wilgotności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJThSjk2mzI/AAAAAAAAAUc/PASGRcWKFUk/s1600/hue_17.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJThSjk2mzI/AAAAAAAAAUc/PASGRcWKFUk/s400/hue_17.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518283152339409714" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;cytadela w Hue: przed renowacją...&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJThS42hFXI/AAAAAAAAAUk/fpxegx5Oi_o/s1600/hue_cytadela_17.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJThS42hFXI/AAAAAAAAAUk/fpxegx5Oi_o/s400/hue_cytadela_17.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518283158050641266" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;...i po renowacji&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Korzystając z wynajętego przewodnika, mówiącego dość niezrozumiałym i specyficznym angielskim (nota bene bardzo sympatyczny facet - kiedy zaczęło się go już rozumieć, można było spojrzeć na klasyczną architekturę z wietnamskiego punktu widzenia. Bardzo pouczające), mieliśmy okazję zwiedzić dość dokładnie, choć wybiórczo, nie tylko sam pałac, ale i okoliczny grobik - mauzoleum jednego z królów, a także położoną nad rzeką buddyjską pagodę. Obok pagody znajduje się działający klasztor. Bycie buddyjskim mnichem ma chyba przed sobą niezłe perspektywy, bo po terenie kręciło się naprawdę wielu nowicjuszy. Nota bene, wycieczki po rzece miałyby więcej uroku, gdyby urządzać je replikami wojskowych łodzi patrolowych, a nie pseudo-dworskimi łajbami z blachy. Wówczas przynajmniej klekot diesla nie ujmowałby autentyczności...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJThR07iG4I/AAAAAAAAAUM/VaiPNDqWdJc/s1600/hue_grobik_17.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 266px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJThR07iG4I/AAAAAAAAAUM/VaiPNDqWdJc/s400/hue_grobik_17.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518283139818068866" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;fun fact no 1: cesarze przeprowadzali się do swoich mauzoleów jeszcze za życia&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJThSIW6GnI/AAAAAAAAAUU/dR_cWvrga9I/s1600/hue_pagoda_17.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 256px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJThSIW6GnI/AAAAAAAAAUU/dR_cWvrga9I/s400/hue_pagoda_17.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518283145033161330" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;jaka duża pagoda...!&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Widać też powoli, że przenosimy się coraz dalej na południe (jesteśmy już poniżej 17 równoleżnika, czyli dawnej DMZ między północnym a południowym Wietnamem) - obyczaje w Hue wydają się jakieś bardziej... rozluźnione? W każdym razie po raz pierwszy miałem okazję zobaczyć młodych Wietnamczyków dających czadu w klubie nocnym z muzyką bynajmniej nie ludową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.S. Fun fact no 2 - dzięki ekipie polskich konserwatorów zabytków nie tylko nasz przewodnik wiedział, jak wymówić "Kwiatkowski" (do diabła, powiedział to wyraźniej, niż większość swoich angielskich wypowiedzi!), ale też w jednym z pawilonów Cytadeli można odnaleźć pamiątkowe zdjęcie Kwacha z Jolą. Podpowiemy tylko, że należy go szukać w fraucymerze...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-6625343377410481956?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/6625343377410481956/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=6625343377410481956' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/6625343377410481956'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/6625343377410481956'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#6625343377410481956' title='Hue po raz drugi'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJThSjk2mzI/AAAAAAAAAUc/PASGRcWKFUk/s72-c/hue_17.09.2010.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-9208052360898625956</id><published>2010-09-18T13:16:00.005+08:00</published><updated>2010-09-20T15:23:27.770+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przemyślenia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><title type='text'>Hue, hłe, hłe, albo o kawce i neciku w środkowym Wietnamie</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Good morning, Vietnam! Dochodzi skwarne południe w samym centrum Wietnamu, dawnej stolicy i kolejnej z licznych atrakcji turystycznych - Hue. Korzystając z rozpowszechnionego tu dostępu do internetu* siedzimy sobie w opustoszałej (pora sjesty) kawiarni w towarzystwie wietnamskich dzieci wlepiających wzrok w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;soap operę&lt;/span&gt; o jakiś mistrzach magii, małego kudłatego psa, który ustawił się strategicznie pod wentylatorem, oraz wszechobecnej kawy po wietnamsku i świeżych soków z owoców.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Trudno powiedzieć, co z tych dwóch napitków jest tu bardziej popularne, ale z pewnością Wietnamczycy to prawdziwe psy na kawę, co rodzi pokrewieństwo dusz między nimi a mną. Sam sposób podawania kawy jest również dość nietypowy (jeśli porównać go do Starbucksa jako wzorca kawowej typowości i przeciętności). Jakby ktoś się wybierał, to niech ma na względzie następujące kwestie:&lt;br /&gt;1. kawa jest czarna jak smoła i gorzka jak miłość. W większości bardziej  &lt;span style="font-style: italic;"&gt;posh &lt;/span&gt;kawiarni (za wskaźnik &lt;span style="font-style: italic;"&gt;posh&lt;/span&gt; możemy przyjąć, czy są stoliki) można dostać kawę z mlekiem. Mleko jest jednak skondensowane i przemyślnie ukryte na samym dnie szklanki. Trzeba intensywnej pracy, żeby przekonać je do zmieszania się z naparem. Cukier jest zasadniczo nieobecny, i nie ma go również na stolikach. Podjerzewam (jako nie słodzący), że próba zażądania cukru w nie-turystycznej kawiarni może prowadzić do skandalu międzynarodowego na małą skalę.&lt;br /&gt;2. W zamian jest jednak lód, czasami nawet bez pytania (jeżeli jednak nas zapytają, trzeba mieć na względzie, że Wietnamczycy mają problem z wymówieniem "s" w wygłosie, i myśląc o anglojęzycznym lodzie mówią "aj"). W związku z tym każda kawa może być przyrządzona na gorąco lub w wersji &lt;span style="font-style: italic;"&gt;ice-zrób-to-sam.  &lt;/span&gt;Po zaparzeniu kawki (patrz pkt 3) możemy dorzucić sobie do szklanki podawane w oddzielnym naczynku kostki lodu.&lt;br /&gt;3. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;clou&lt;/span&gt; programu to tajemnicza, metalowa konstrukcja (chyba z cyny), którą dostajesz posadowioną na szczycie swojej, na razie pustej, szklanki. Nie wpadaj w panikę - po długich 5 minutach gorąca woda w naczynku przesączy się przez zmieloną kawę (w dolnej części naczynka) i będziesz miał w szklance zgrubny odpowiednik jednego espresso. Nota bene większość wietnamskiej kawy to chyba robusta, co przekłada się na nieco inne wrażenia smakowe. Dla pokrewnych nałogowców - moc jest.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcLqQDzW2I/AAAAAAAAAV0/hwdTQNKM3x8/s1600/kawa_wietnamska_18.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcLqQDzW2I/AAAAAAAAAV0/hwdTQNKM3x8/s400/kawa_wietnamska_18.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518892688859159394" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;w tym czymś na górze jest kawa (patrz pkt 3)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;Sama kawa jest wszędzie, i podstawowa wersja (ta bez mleka) nie powinna kosztować więcej niż dolara.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;* - jak wynika z mojego dotychczasowego kłusownictwa laptopowego, niezabezpieczonych punktów dostępowych wifi jest tu &lt;span style="font-style: italic;"&gt;znacznie&lt;/span&gt; więcej niż w PL, chociaż część ma niewielką prędkość i/lub rwie połączenia. Dodatkowo dobre trzy czwarte wszelkich bardziej &lt;span style="font-style: italic;"&gt;posh&lt;/span&gt; knajp i kawiarni (patrz wyżej) reklamuje się swoim &lt;span style="font-style: italic;"&gt;free Wifi&lt;/span&gt;. W więcej niż jednym hotelu widziałem też stacjonarne, darmowe punkty dostępu do sieci (via stacjonarne PCty). Na ulicach widać też kawiarenki internetowo-growe, które popołudniami są szczelnie wypełnione młodzieżą. Nie znam statystyk ogólnego "ukomputerowienia" kraju, ale w miastach publiczny dostęp do internetu (bezpłatny lub kosztujący grosze) wydaje się nieco łatwiejszy, niż w Polsce.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-9208052360898625956?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/9208052360898625956/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=9208052360898625956' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/9208052360898625956'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/9208052360898625956'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#9208052360898625956' title='Hue, hłe, hłe, albo o kawce i neciku w środkowym Wietnamie'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJcLqQDzW2I/AAAAAAAAAV0/hwdTQNKM3x8/s72-c/kawa_wietnamska_18.09.2010.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-5373571996015956983</id><published>2010-09-18T12:59:00.004+08:00</published><updated>2010-09-18T13:07:11.856+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='halong'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przyroda'/><title type='text'>Piraci z Ha Long Bay</title><content type='html'>Kolejny dzień, kolejna wyprawa poza &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ha Noi&lt;/span&gt;. Tym razem wypuściliśmy się na głębsze wody. Zatoka &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ha Long&lt;/span&gt; jest jednym z cudów świata (a przynajmniej Wietnamczycy chcieliby żeby była tak zaklasyfikowana i wszędzie namawiają do głosowania na nią w licznych listach cudów świata) i zabytkiem natury pierwszej klasy. Wyobraźcie sobie niemal dwa tysiące skalistych wysepek rozrzuconych po zatoce. Skalne ściany wyrastające pionowo z morza. Krajobraz zatoki &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ha Long&lt;/span&gt;, z tymi wszystkimi zatoczkami, jaskiniami, zakamarkami - zwłaszcza, gdy przybija się do którejś z nich - wygląda jak plan filmowy "Piratów z Karaibów". Niestety okazało się, że Wietnamczycy, choć naród żyjący w dużej mierze z morza, nie ma żadych godnych odnotowania sukcesów żeglarskich. Jedyni piraci, jakich można tu znaleźć, to właściciele małych łódeczek, przybijający do statków wycieczkowych i próbujący łupić turystów ;) Jakieś obszarpane dziecko wykonało nawet abordaż na nasz pokład...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRHvotywSI/AAAAAAAAATk/TTnDkaw-0ig/s1600/halong_1.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 266px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRHvotywSI/AAAAAAAAATk/TTnDkaw-0ig/s400/halong_1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518114327144612130" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRIBpfx0RI/AAAAAAAAAT0/a3bf_6CaosQ/s1600/halong_3.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRIBpfx0RI/AAAAAAAAAT0/a3bf_6CaosQ/s400/halong_3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518114636591911186" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niektóre wysepki są rzecz jasna bardzo małe, na innych spokojnie mógłby żyć jakiś Robinson Cruzoe, jest też wyspa &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cat Ba&lt;/span&gt;, gdzie mieści się miasteczko i cały szereg kurortów wypoczynkowych. Jedna z legend mówi, że powstały w wyniku uderzeń ogonem smoka, odganiającego w ten sposób Chińczyków. Samą nazwę Halong tłumaczy się "tam, gdzie smok zstąpił do morza".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRICGHDWII/AAAAAAAAAT8/9PQGy-6GZxM/s1600/halong_4.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 266px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRICGHDWII/AAAAAAAAAT8/9PQGy-6GZxM/s400/halong_4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518114644272830594" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tras opływających wysepki jest wiele, my wybraliśmy się na cztergodzinną z racji tego, że dojazd do i z Hanoi trwa bardzo długo (ok 3 godzin) i nie dalibyśmy rady zostać tam dłużej. Oczywiście, można sobie popłynąć i na dwudniową wycieczkę, jak kto ma czas...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRHwPtqbOI/AAAAAAAAATs/uNhtHXT2l40/s1600/halong_2.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRHwPtqbOI/AAAAAAAAATs/uNhtHXT2l40/s400/halong_2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518114337613049058" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Na tej wysepce nawet byliśmy&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;W programie czterogodzinnej wyprawy jest zwiedzanie fenomenalnych jaskiń na jednej z wysp, podglądanie wiosek na wodzie i okrążenie kilku spektakularnych skał, a także lunch złożony z ryb i owoców morza. Ach, co to była za uczta! Te krewetki, langustynki i kraby będą mi się śniły po nocach...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRICU9RuWI/AAAAAAAAAUE/0HL5X1Or0P4/s1600/halong_lunch.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 266px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRICU9RuWI/AAAAAAAAAUE/0HL5X1Or0P4/s400/halong_lunch.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5518114648258361698" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To była dopiero rozgrzewka&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann &amp;amp; PSJ&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-5373571996015956983?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/5373571996015956983/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=5373571996015956983' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5373571996015956983'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5373571996015956983'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#5373571996015956983' title='Piraci z Ha Long Bay'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJRHvotywSI/AAAAAAAAATk/TTnDkaw-0ig/s72-c/halong_1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-573425070809382428</id><published>2010-09-16T21:18:00.006+08:00</published><updated>2010-09-16T21:49:05.524+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Bich Dong'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tam Coc'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przyroda'/><title type='text'>Głowy nas bolą, brzuch mnie boli - nie będzie śmiesznego tytułu</title><content type='html'>Monsun odpuscił, więc dnia trzeciego postanowiliśmy się spławić rzeką trzech jaskiń - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tam Coc&lt;/span&gt;. Jest to mniej więcej w tej samej okolicy, co nasz wczorajszy cel, w miejscu gdzie rzeka wije się wokół fantastycznie ukształtowanych skał wapiennych. Najpierw jednak wybraliśmy się jeszcze po drodze do jednej ze świątyń ukrytych w skałach, pagody &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bich Dong&lt;/span&gt;. Wspinaczka po skałkach wśród bujnej roślinności sprawiła, że czuliśmy się tam niemal jak Indiana Jones na tropie ;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIaf2ljERI/AAAAAAAAASs/24QiIfIHIL4/s1600/bich+dong_15.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIaf2ljERI/AAAAAAAAASs/24QiIfIHIL4/s400/bich+dong_15.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517501628013547794" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Wejście główne&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIagPvCGHI/AAAAAAAAAS0/BUflyBSBgaY/s1600/bich+dong_2_15.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIagPvCGHI/AAAAAAAAAS0/BUflyBSBgaY/s400/bich+dong_2_15.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517501634764216434" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Oh, Budda, thou art a heartless Bich (Dong)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Potem przejechaliśmy nad rzekę, zapłaciliśmy za bilet i załadowaliśmy się do małej łódeczki. Szybko opuściliśmy uregulowane nabrzeże i ruszyliśmy wśród malowniczych skałek. Największe wrażenie na mnie, poza oczywiście pięknym krajobrazem, zrobiły ślady życia codziennego w tym (wydawałoby się zapomnianym) zakątku. Domy zagubione w gąszczu, rybacy na łódkach i niesamowite grobowce na częściowo zalanych wysepkach (wyglądały jakby były pozostałością jakichś dawnych cywilizacji).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIaxfU14BI/AAAAAAAAAS8/qGMDx1L0hdE/s1600/rzeczka_3jaskin_1_15.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 266px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIaxfU14BI/AAAAAAAAAS8/qGMDx1L0hdE/s400/rzeczka_3jaskin_1_15.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517501931007107090" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Górki z poziomu wody&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIbCQyNlQI/AAAAAAAAATU/-bENAqM6wkU/s1600/rzeka_3jaskin_2_15.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIbCQyNlQI/AAAAAAAAATU/-bENAqM6wkU/s400/rzeka_3jaskin_2_15.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517502219161539842" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Grobik&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIayH9_cNI/AAAAAAAAATM/tRPXf3r2-RA/s1600/ryba_sprzedajmy+kolonizatorom_15.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 266px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIayH9_cNI/AAAAAAAAATM/tRPXf3r2-RA/s400/ryba_sprzedajmy+kolonizatorom_15.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517501941917118674" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;O, ryba. Sprzedajmy ją kolonizatorom!&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Ponieważ poziom wody po porze deszczowej był dość wysoki, więc w jaskiniach musieliśmy się trochę nagimnastykować, żeby sobie głów nie rozbić. Na końcu trasy, przy trzeciej jaskini, czekały oczywiście handlarki na łódkach, które czyhają na turystów. Zrobiliśmy zakupy dla naszej wioślarki (ciastka i napoje), co nie uchroniło nas przed nagabywaniem na kupno obrusika itp. Grzecznie acz stanowczo odmówiliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIax4oEc-I/AAAAAAAAATE/ipMKFoxyl28/s1600/look_ma_no+hands_15.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIax4oEc-I/AAAAAAAAATE/ipMKFoxyl28/s400/look_ma_no+hands_15.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517501937798640610" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Look, ma! No hands! (pływa się takimi łódeczkami z wioślarką)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Cała wyprawa tam i z powrotem trwa ok 2 godzin. Zszedłszy na ląd, poszliśmy posilić się miejscową specjalnością czyli koźliną. Kózka była młoda i rozpływała się w ustach. Syci na ciele i duchu ruszyliśmy w drogę powrotną do Hanoi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIbClRYWuI/AAAAAAAAATc/-W6807qvCsY/s1600/hanoi_chata_15.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIbClRYWuI/AAAAAAAAATc/-W6807qvCsY/s400/hanoi_chata_15.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517502224660978402" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Jedna z fajniejszych chatek w Starym Ha Noi&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.S. Dochodzą nas słuchy, że pewnym niegrzecznym dzieciom nie wyświetlają się nasze notki. W związku z tym, żebyśmy tak nie skrobali bez sensu i audytorium, prosimy o komentarze, czy Wam się wyświetla. Dzięki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aha, umieram z przegrzania i innych plag egipskich, więc dzisiaj pisze tylko Ann.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-573425070809382428?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/573425070809382428/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=573425070809382428' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/573425070809382428'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/573425070809382428'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#573425070809382428' title='Głowy nas bolą, brzuch mnie boli - nie będzie śmiesznego tytułu'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJIaf2ljERI/AAAAAAAAASs/24QiIfIHIL4/s72-c/bich+dong_15.09.2010.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-8709481124517229444</id><published>2010-09-15T22:10:00.009+08:00</published><updated>2010-09-15T22:43:01.804+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hanoi'/><title type='text'>Żaby, dekadencja kolonizatora i szalony buddysta</title><content type='html'>Niestety załapaliśmy się wczoraj na końcówkę monsunu. Na wieczór zapowiadali tony deszczu i nie była to poetycka przenośnia. Postanowiliśmy więc elastycznie zmienić plany i zamiast spławiać się rzeką na mokro, pojechaliśmy oglądać katedrę &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Phat Diem&lt;/span&gt;. To stuletni, przepiękny kompleks zbudowany na życzenie Ojca Sześć (katolickiego księdza Tran Luca). Architektonicznie łączy w sobie wpływy europejskie z buddyjskimi, co robi niesamowite wrażenie. Niestety katedra była zamknięta, ale mogliśmy sobie ją obejrzeć przez kraty i szpary, natomiast dość dokładnie obejrzeliśmy jedną z czterech kaplic, która była udostępniona wiernym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybaczcie jakość zdjęć, ale pogoda nie sprzyjała... Muszę przyznać, że w strugach deszczu łatwo bylo się wczuć w marazm i dekadencję, ogarniające europejskich kolonizatorów tych sto lat wcześniej ;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJDXfKzBUcI/AAAAAAAAASU/oHS-SkDQztw/s1600/katedra+Phat+Diem_14.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJDXfKzBUcI/AAAAAAAAASU/oHS-SkDQztw/s400/katedra+Phat+Diem_14.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517146474003124674" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Oh, Jacques, ten deszcz mnie dobija. Podaj mi moje opium.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Punktem kulminacyjnym naszej katedralnej wizyty był moment, gdy odezwał się dzwon z katedralej dzwonnicy. Dzwon jest oczywiście w azjatyckim stylu, czyli bez serca, a dźwięk wydobywany jest zeń przy pomocy drewnianej belki. Dżwięk ponoć niesie się daleko, ale dla mnie, z bliska, brzmiał głucho i posępnie (choć może to wina aury).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wracając podziwialiśmy wiele starych kościołów, które w tej okolicy występują dosłownie co kawałeczek. Może też i dlatego właśnie, by bronić się przed zalewem katolicyzmu (który tam działa od ok 400 lat), tajemniczy donator (donatorzy?) postanowili sfinansować budowę chyba największej świątyni buddyjskiej w Azji Środkowo-Wschodniej. Pojechaliśmy tam, a co, choć zabytkiem będzie ta budowla za jakieś 100-200 lat. Ogrom kompleksu powala już teraz - przy ładnej pogodzie, w święta i weekendy - przyciąga tłumy pielgrzymkowiczów-turystów. Co ważne, z mojego punktu widzenia, budowana jest według odwiecznych reguł architektury buddyjskiej (a nie w formie betonowego bunkra, jakie zastępują u nas kościoły). Są więc długie korytarze wypełnione kamiennymi figurami, pawilony po środku, wszystko prowadzi pod górę, a na szczycie siedzi wesoły budda zdaje się z kwiatem lotosu w łapce. Do niego niestety nie dotarliśmy, gdyż ostatnia prosta pod górę zmieniła się koryto błota a zadaszone schodki są dopiero w budowie. Wrażenie robi rozmach i tempo budowy. Czuję, że biedni Chińczycy będą szybko musieli budować jeszcze większy kompleks świątynny...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze krótko o jedzeniu: wieczorem wylądowaliśmy w bardzo ą-ę restauracji, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Madame Hien&lt;/span&gt;, gdzie postanowiłam spróbować żaby - stwierdziłam, że jak tu nie będzie dobra, to już nigdzie ;). Zatem na stole obok słodko-kwaśnej zupy rybnej, nemów (sajgonek po naszemu) hanoiskich i wegetariańskich, krewetek w czosnku i karmelizowanej wieprzowiny, wylądowała żaba w lekkim curry. Miała delikatne mięso, trzeba się było tylko wystrzegać małych kostek. W sumie była bardzo dobra, ale to głównie zasługa curry, jak myślę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJDX7zSEbFI/AAAAAAAAASc/z9Sw_dA3EyE/s1600/mme+hien_14.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 233px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJDX7zSEbFI/AAAAAAAAASc/z9Sw_dA3EyE/s400/mme+hien_14.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517146965907106898" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Chciałbyś takich sajgonek? Jasne, że byś chciał!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ann&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Ja od siebie dodam jeszcze, że z tą buddyjską świątynią to niezła historia; w zasadzie po raz pierwszy w życiu miałem okazję oglądać przyszły zabytek - bo nie mam żadnych wątpliwości, że za sto lat będzie to już traktowane jako zabytek pierwszej klasy, a za dwieście - jako jedna z głównych atrakcji turystycznych tej części Azji. Założenie jest monumentalne: wyobraźcie sobie sporą górę, stojącą pośrodku niczego, w której splantowano całe zbocze, by stworzyć kilkudziesięciohektarowy (40 ha, o ile mnie pamięć nie myli) teren. Następnie od zera z drewna, kamienia i cegły zaczęto wznosić bardzo klasyczny w formie kompleks buddyjskich świątyń i krużganków. W krużgankach - już stoją setki półtorametrowych kamiennych posągów buddyjskich mnichów (znowu - w bardzo klasycznym stylu), a w ścianach są już gotowe wnęki, w których staną tysiące małych posążków. Centralny pawilon świątynny jest już niemal gotowy w środku. I znowu - gdyby nie zapach rozpuszczalnika i niezakurzone jeszcze, pozłacane figury, równie dobrze można byłoby wziąć to miejsce za XVII- czy XVIII-wieczną świątynię w Chinach. A znając życie najokazalszy będzie dopiero powstający pawilon na samym szczycie... Megalomania w najlepszym azjatyckim wydaniu, skala zamierzenia porównywalna może z założeniem Wersalu. Robi wrażenie. Historia &lt;span style="font-style: italic;"&gt;in the making.&lt;/span&gt; Zastanawiam się, kim jest ten tajemniczy szaleniec-wizjoner (na razie ponoć anonimowy), który sponsoruje tę budowę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJDYSYXfWkI/AAAAAAAAASk/Ty9YM7qC21w/s1600/swiatynia_14.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 266px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJDYSYXfWkI/AAAAAAAAASk/Ty9YM7qC21w/s400/swiatynia_14.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5517147353819077186" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To tak z jedna piąta całości... jak nie mniej.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-8709481124517229444?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/8709481124517229444/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=8709481124517229444' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/8709481124517229444'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/8709481124517229444'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#8709481124517229444' title='Żaby, dekadencja kolonizatora i szalony buddysta'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TJDXfKzBUcI/AAAAAAAAASU/oHS-SkDQztw/s72-c/katedra+Phat+Diem_14.09.2010.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-2536632885459500380</id><published>2010-09-14T19:39:00.005+08:00</published><updated>2010-09-14T19:54:19.542+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='cha ca'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hanoi'/><title type='text'>Dzień pierwszy - drugie podejście</title><content type='html'>Lekko odpocząwszy, mogę spróbować uporządkować wrażenia z wczorajszego dnia. Sprzyjają temu okoliczności - obecnie, korzystając z uprzejmości Rodziców (rodziców Ani, gwoli ścisłości), siedzimy w samochodzie kierując się ku kolejnym atrakcjom turystycznym w szeroko rozumianych okolicach Ha Noi. Ale nie uprzedzajmy faktów, o okolicach będzie w następnej notce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z uwagi na absolutny chaos drogowy oraz niezbyt chyba rozwiniętą, a na pewno nieprzystępnie oznakowaną komunikację publiczną, najprostszą metodą zwiedzania miasta są własne nogi. Na szczęście w zasięgu krótkiego spaceru znajduje się jedna ze sztandarowych atrakcji, wymienianą na pierwszych miejscach każdego przewodnika, czyli tzw. Świątynia Literatury (zastanawiam się, na ile precyzyjne jest to tłumaczenie wietnamskiej nazwy - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Van Mieu&lt;/span&gt;...). Cynicznie powiem, że da się w Azji znaleźć świątynie większe, bardziej starożytne czy kapiące od złota. Jednak w hałaśliwym, zatłoczonym od samochodów i skuterow centrum Świątynia wraz z przylegającym do niej mini-parkiem stanowi rzadką oazę spokoju, gdzie nawet od czasu do czasu można dosłyszeć śpiewające ptaki. Sam kompleks pełnił niegdyś podwójną rolę świątyni konfucjańskiej oraz akademii i miejsca przeprowadzania państwowych egzaminów urzędniczych (według modelu chińskiego). Obecnie oczywiście pełni funkcję turystyczną (włącznie z mini-wystawą w duchu "tysiąc lat edukacji wietnamskiej na tysiąclecie*"), chociaż można spotkać pojedynczych Wietnamczyków składających ofiary przed ołtarzem i centralną figurą Konfucjusza.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gwTlm0aI/AAAAAAAAARU/MEsTOxyTUOg/s1600/swiatynia+literatury_13.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gwTlm0aI/AAAAAAAAARU/MEsTOxyTUOg/s400/swiatynia+literatury_13.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5516734451560141218" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Świątynia Literatury&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Popołudniem, coraz mniej przytomni, a w dodatku lekko skrapiani deszczem - na szczęście przy temperaturze sięgającej 30 stopni stanowi co najwyżej drobną niedogodność - ruszyliśmy na spacer po starym mieście; nie jest to cepeliowy ryneczek, ale duża dzielnica (wielkości całego warszawskiego Śródmieścia?) pełna postkolonialnych i kolonializujących (ponownie - jest takie słowo?) kamienic, na parterze których handel rządzi otoczeniem. Co ciekawe, ulice nadal są mocno "specjalizowane" - jeśli wejdziemy na odcinek, na którym sprzedaje się ubrania, to oprócz ulicznych jadłodajni nie znajdziemy tu żadnej innej rzeczy. Z pewnością jednak nie dostaniemy nawet marnego t-shirta, jeśli na następnym rogu skręcimy w uliczkę handlu częściami skuterowymi. Oczywiście dodajmy sobie do obrazu masy skuterów (rower nie jest już popularnym środkiem komunikacji), nieco samochodów, sporo pieszych... i absolutny brak jakichkolwiek chodników. Wszystko i wszyscy, nie wyłączając kilkuletnich dzieci, przewala się po wąskich jezdniach, jakimś cudem nie zabijając się nawzajem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gxvkIRiI/AAAAAAAAARk/bIhGdfk844o/s1600/lenin_hanoi_13.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 266px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gxvkIRiI/AAAAAAAAARk/bIhGdfk844o/s400/lenin_hanoi_13.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5516734476250007074" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"pierwszą nagrodę zdobyli turyści, którzy wołali "Lenin, Lenin!"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:78%;" &gt;(parafrazując stary dowcip)&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;W samym środku starego miasta można i warto zajrzeć nad centralne, sztuczne jeziorko Zwróconego Miecza (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Hoan Kiem&lt;/span&gt;) z urokliwym czerwonym mosteczkiem Huc i posadowioną na wysepce Świątynią Góry Jadeitowej (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ngoc Son&lt;/span&gt;), w chińskim stylu i typowym "iluzjonistycznym" wykorzystaniem murków, kamieni i roślinności celem sprawienia wrażenia znacznie większej przestrzeni. Na miłośników kuriozów w jednym z bocznych pawilonów (zaraz za stoiskiem z pamiątkami, obok stoiska z pamiątkami...) czeka wypchany czy też wypreparowany ponad dwumetrowy żółw z gatunku tych, co ponoć zamieszkują jeziorko Hoan Kiem (i bez wątpienia porywają niegrzeczne dzieci). Najwyraźniej współcześni mieszkańcy Ha Noi mieli dość posądzania o tworzenie barwnych urban legends - jak wynika ze zdjęć przy eksponacie, zewłokę wyłowiono w 2000 roku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gxMy6tPI/AAAAAAAAARc/PZr9sc_DSgM/s1600/czerwony+mostek_Hanoi_13.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 266px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gxMy6tPI/AAAAAAAAARc/PZr9sc_DSgM/s400/czerwony+mostek_Hanoi_13.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5516734466916791538" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;...&lt;span style="font-style: italic;"&gt;a kto to taki piękny?&lt;br /&gt;(w tle czerwony mostek i wysepka ze świątynią Ngoc Son)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Ruch uliczny zasługuje na odrębną notkę, która zapewne powstanie, natomiast o knajpkach i wyżywieniu na pewno napisze zaraz żona.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* pomysł na hasło mojego autorstwa, ale nie bez kozery - obecnie Hanoi obwieszone jest dekoracjami związanymi z nadciągającym 10.10.2010 (ha, magia cyfr) jubileuszem 1000-lecia miasta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wywołana do tablicy napiszę, a jakże. Na pierwszy rzut oka w Wietnamie je się ciągle i wszędzie, zatem pod tym względem  przypomina to Chiny (tak, tak ciagle dość desperacko odwołujemy się do naszych chińskich doświdczeń, żeby móc ten Wietnam jakoś mentalnie ogarnąć). Najbardziej w oczy rzucają się uliczne hm... "jadłodajnie"? (naprawdę nie wiem jaka nazwa jest tu odpowiednia). Wygląda to tak, że kilka pań rozkłada niziutkie skrzynki i plastikowe stołeczki, na maszynce gazowej coś tam pichci i ludzie na tych stołeczkach zasiadają i konsumują. Po porze jedzenia taka jadłodajnia się zwija i po pół godziny śladu po niej nie ma. Główne pory na jedzenie są dwie i podobnie jak w Chinach jest między nimi przerwa, kiedy obiadu się nie dostanie. Ponowny ruch zaczyna się koło 18.00.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z kuchnią wietnamską jeszcze nie mieliśmy dużo do czynienia, to jasne, ale to czego próbowalismy było bardzo dobre. Wczoraj wieczorem, po wędrówce zakamarkami starego miasta, zostaliśmy zaprowadzeni do jednej z najstarszych restauracji w Ha Noi, czyli &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cha Ca** La Vong&lt;/span&gt;, gdzie podaje się tylko smażoną rybę. Podano nam gazowy paliniczek (ponoć wcześniej podawano piecyk na węgiel drzewny) na nim patelenkę a w patelence już smażącą się w oleju rybę. Ponadto michy zieleniny (głównie koperek i dymka), które dorzuca się do ryby, oraz makaron ryżowy i azjatycką bazylię. Muszę powiedzieć, że danie było naprawdę pyszne, a ryba delikatna i bezoścista. Prawdziwy rarytas. Jednak jest to relatywnie droga knajpa (choć na taką zdecydowanie nie wygląda) - 560.000 dongów na 4 osoby (ale z piwem).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gyk8VX7I/AAAAAAAAAR0/-ZeRuN5jRhc/s1600/ryba_Hanoi_13.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 266px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gyk8VX7I/AAAAAAAAAR0/-ZeRuN5jRhc/s400/ryba_Hanoi_13.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5516734490578608050" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Cha Ca (wiet.) - "ryba, na którą i tak cię nie stać"&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;Dziś za to jedliśmy poza miastem w prowincji &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ninh Binh&lt;/span&gt;, gdzie trafiliśmy do przydrożnej knajpki, gdzie serwowali m.in. żaby i koźlinę. Jednak jakoś na to się nie zdecydowaliśmy, weszliśmy w wieprzowinkę w mleku kokosowym i z trawą cytrynową, makaron ryżowy z wołowinką i kalmary czosnkowe z grzybami plus standartowy ryż. Jedzenie było armoatyczne, ale bardzo łagodne. Rachunek też był miły dla portfela, bo na 4 osoby wyniósł 260.000 dongów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aha, jedną ciekawostką Ha Noi, o której Paweł nie napisał jest biegnąca przez jego środek linia kolejowa. W sensie uliczką biegnie ten pociąg. Jak na załączonym obrazku. (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;dodam od siebie, że jest to główna linia kolejowa relacji Ha Noi - Sajgon, i składa się z jednego, słownie jednego toru... - PSJ&lt;/span&gt;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gyftFh5I/AAAAAAAAARs/pJBPvfwHRu4/s1600/kolej_Hanoi_13.09.2010.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gyftFh5I/AAAAAAAAARs/pJBPvfwHRu4/s400/kolej_Hanoi_13.09.2010.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5516734489172477842" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;główna linia kolejowa kraju - środek stolicy&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;**Cha Ca - to nazwa tego dania, więc jak znjadziecie gdzieś knajpę z takim opisem to wiecie już czego się spodziewać.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-2536632885459500380?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/2536632885459500380/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=2536632885459500380' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2536632885459500380'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2536632885459500380'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#2536632885459500380' title='Dzień pierwszy - drugie podejście'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI9gwTlm0aI/AAAAAAAAARU/MEsTOxyTUOg/s72-c/swiatynia+literatury_13.09.2010.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-8715286841995808306</id><published>2010-09-13T20:42:00.003+08:00</published><updated>2010-09-13T21:00:43.397+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wietnam'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='hanoi'/><title type='text'></title><content type='html'>&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Hanoi, dzień pierwszy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Z góry uprzedzam, że piszę (a) na dużym jetlagu, (b) po nieprzespanej nocy (3 godziny w samolocie trudno uznać za wystarczające), a w dodatku (c) po całym dniu zwiedzania Ha Noi, w tym dwóch solidnych posiłkach - krew odpływająca z mózgu do żołądka obniża iloraz&lt;span style="font-weight: bold;"&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;inteligencji do poziomu temperatury pokojowej. A propos temperatury, różnica temperatur między Warszawą a Ha Noi wynosi co najmniej 20 stopni. To też robi swoje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ogólnie - ledwo ciągniemy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale! Wrażenie po dotarciu na miejsce było dość... piorunujące. Na razie muszę poukładać sobie całą feerię obrazów i scenek, dla których nie znajduję porównania w poprzednich wyprawach do Chin. Po spacerze po "starym mieście" Ha Noi jestem skłonny zaryzykować opinię, że Chińczycy są narodem niezwykle spokojnym, flegmatycznym i zachowującym pruską dyscyplinę i porządek. Zignorujcie wszystko to, co opisywaliśmy na tym blogu jako przykłady "egzotyki" i odrębności kulturowych. Chcecie egzotyki? Przejdźcie ze cztery razy przez hanojską (jest w ogóle takie słowo?) ulicę. Zajrzyjcie w głębokie na kilkadziesiąt metrów, pozbawione światła przejścia między kamiennicami. Ja na dziś, jak to się mówi, muszę się z tym przespać. Na zachętę zdjęcie przeciętnej i nie budzącej niczyjego zdziwienia (poza świeżakami z Europy, jak my) sytuacji ruchu ulicznego popylającego bez skrępowania po chodniku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI4gIqk67hI/AAAAAAAAARM/wnblYzmo0Zk/s1600/img_7523_vert.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 267px; height: 400px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI4gIqk67hI/AAAAAAAAARM/wnblYzmo0Zk/s400/img_7523_vert.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5516381926815624722" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Więcej o dniu dzisiejszym - jutro.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-8715286841995808306?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/8715286841995808306/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=8715286841995808306' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/8715286841995808306'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/8715286841995808306'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#8715286841995808306' title=''/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TI4gIqk67hI/AAAAAAAAARM/wnblYzmo0Zk/s72-c/img_7523_vert.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-965876874242143366</id><published>2010-09-07T22:46:00.005+08:00</published><updated>2010-09-07T23:07:54.338+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='świnki pekinki'/><title type='text'>znów odliczamy</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TIZSpeurXXI/AAAAAAAAAQ0/R5_aWoTNIEc/s1600/013.JPG"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TIZSpeurXXI/AAAAAAAAAQ0/R5_aWoTNIEc/s400/013.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5514185666338708850" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Nadszedł czas, by świnki pekinki przedzierzgnęły się w świnki wietnamki...&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TIZSoAUtpyI/AAAAAAAAAQk/NIzup9VGTFY/s1600/swinki.jpg"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 309px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TIZSoAUtpyI/AAAAAAAAAQk/NIzup9VGTFY/s400/swinki.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5514185640996874018" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;...i ruszyły na podbój  &lt;i&gt;Cộng hòa xã hội chủ nghĩa Việt Nam &lt;/i&gt;(czyli Socjalistycznej Republiki Wietnamu)&lt;i&gt; &lt;/i&gt;z lekkim skokiem w bok w stronę Kambodży i Laosu&lt;i&gt;.&lt;/i&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TIZSo-O-fMI/AAAAAAAAAQs/NOgP2-Ykcc0/s1600/009.JPG"&gt;&lt;img style="display: block; margin: 0px auto 10px; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TIZSo-O-fMI/AAAAAAAAAQs/NOgP2-Ykcc0/s400/009.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5514185657615809730" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Od poniedziałku postaramy się w miarę regularnie nadawać z krainy Wujka Ho, także &lt;span style="font-style: italic;"&gt;stay tuned!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-965876874242143366?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/965876874242143366/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=965876874242143366' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/965876874242143366'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/965876874242143366'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2010_09_01_archive.html#965876874242143366' title='znów odliczamy'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/TIZSpeurXXI/AAAAAAAAAQ0/R5_aWoTNIEc/s72-c/013.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-2439636712287501286</id><published>2008-11-27T03:20:00.003+08:00</published><updated>2008-11-27T03:28:20.599+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='toalety'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Chiny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przemyślenia'/><title type='text'>O toaletach</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Właśnie z lektury „Newsweeka” dowiedziałam się, że 19 listopada obchodzono Międzynarodowy Dzień Toalet (ogłoszony przez Światową Organizację Toaletową, to nie żart!). Jak co roku odbyła się również "Światowa Konferencja oraz Targi Toaletowe" – tym razem w Makau. Pomysł „toaletowej organizacji” narodził się w Singapurze w 2001 roku, a większość "dni toaletowych" odbyło się w miastach azjatyckich (chlubnym wyjątkiem jest tu Belfast). I wiecie co, wcale mnie to skupienie na tym sektorze usług nie dziwi - przynajmniej jeśli chodzi o Chiny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Nie da się ukryć, że od tej, bardzo przyziemnej strony, Chiny kompletnie mnie zauroczyły. Nie ma tam co prawda grających, samo dezynfekujących się muszli, jak to zdaje się bywa w Japonii czy w Singapurze właśnie, ale chińskie toalety wygrywają bezsprzecznie (z polskimi, czy nawet szerzej - europejskimi, przybytkami) w dwóch kategoriach : ilości i czystości. &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;W Polsce, jak wszyscy wiedzą, sprawa jest beznadziejna. W samej Warszawie toalet publicznych nie ma. Jasne, że toaletami z reguły dysponują budynki użyteczności publicznej takie, jak muzea czy dworce, ale jakość tych „wygódek” jest wysoce wątpliwa. Na dodatek bardzo często są one płatne, ale człowiek nie bardzo wie, za co zapłacił, bo tak samo jak w tych bezpłatnych, jest brud, syf i notoryczny brak papieru czy choćby kawałka mydła. &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Żeby się już bardziej nad nędzą krajową nie rozwodzić napiszę, że Chiny (ok., ten fragment, który zwiedziliśmy, proszę brać to pod uwagę jadąc do Tybetu czy Syczuanu) pod tym względem wyglądają różowo. Każdy zabytek, choćby nie wiem jak rozległy, ma po kilka-kilkanaście toalet. Z reguły mają opiekuna, który utrzymuje porządek, uzupełnia papier, mydło itp. Jasne, że przy takich tłumach turystów nieraz czegoś zabraknie, ale jednak są te dobra uzupełniane. Nawet jeśli jest to toaleta zagubiona gdzieś na wzgórzach, często znajdzie się tam kawałek mydła i zawsze jest bieżąca woda w kranie. Miłym, zdecydowanie wschodnim dodatkiem jest – w tych publicznych, często używanych toaletach – zapalone kadzidełko.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Tak samo jest na dworcach i tu kolejny plus dla Chińczyków – toalet jest dużo. Ani razu w Kraju Środka nie stałam w kolejce do damskiej toalety, co jest u nas normą. A pociągi… ach, pociągi mają z reguły dwie toalety na wagon: jedną azjatycką, jedną europejską (o tym rozróżnieniu za chwilę), co prawda ta druga nie zawsze jest otwierana, ale jak się człowiek uprze i naprzykrzy konduktorom, to otworzą. Najlepsze jest to, że poza dwoma toaletami w wagonie jest również umywalnia, więc ci, co tylko chcą umyć zęby, nie zajmują miejsca bardziej potrzebującym. &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;Oczywiście najważniejszą sprawą w toaletowych porównaniach jest sama konstrukcja toalety. W kulturze europejskiej mamy dumny, porcelanowy tron, super wygodny w domowych pieleszach, ale najczęściej koszmar każdej kobiety gdziekolwiek poza domem. W szczegóły nie wchodzę; mężczyzn i tak to nie interesuje, im jest wszystko jedno (jak mniemam, bardziej ich porusza kwestia pisuarów, ale na ten grunt ja się z kolei nie zapuszczę), a damski ród doskonale wie, o co chodzi. Wschodni styl toalety to najkrócej rzecz ujmując – dziura w podłodze. Spotykana na wschód od Polski (np. na Ukrainie, ale też w Turcji), ale też w przyautostradowych toaletach publicznych Francji (przynajmniej jeszcze parę lat temu). &lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;Wygodny w użytkowaniu, łatwy w sprzątaniu (ach te panie w pociągu co raz dwa po nocy myły toalety mopami – u nas toalety w pociągach myte są chyba raz na 4 kursy ;)). &lt;span style=""&gt; &lt;/span&gt;Po prostu ideał, jak dla mnie przynajmniej.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: justify;" class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;span style="line-height: 115%;font-family:&amp;quot;;font-size:11;"  &gt;O Światowej Organizacji Toaletowej można poczytać &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Awiatowa_Organizacja_Toaletowa"&gt;tu&lt;/a&gt;, a &lt;a href="http://www.worldtoilet.org/"&gt;tu&lt;/a&gt; jest ich oficjalna strona.&lt;br /&gt;Artykuł w "Newsweeku" można przeczytać &lt;a href="http://www.newsweek.pl/wydania/artykul.asp?Artykul=31668"&gt;tutaj&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdjęć tym razem nie będzie - jakoś nie uwiecznialiśmy toalet, a może szkoda...&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-2439636712287501286?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/2439636712287501286/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=2439636712287501286' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2439636712287501286'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2439636712287501286'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_11_01_archive.html#2439636712287501286' title='O toaletach'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-5737504340082294660</id><published>2008-11-02T18:41:00.003+08:00</published><updated>2008-11-02T18:44:33.115+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Chiny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przemyślenia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='gastronomia'/><title type='text'>o restauracjach</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" &gt;Pozostając w temacie jedzeniowym - jeszcze kilka przemyśleń o chińskiej gastronomii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak pisałam poprzednio, Chińczycy (przynajmniej ci w miastach) bardzo często jedzą poza domem. Knajp wszelakich jest mnóstwo i są bardzo zróżnicowane. Obecnie w dużych miastach można zaobserwować duże rozwarstwienie ekonomiczne wśród mieszkańców Kraju Środka i widać je również w interesie gastronomicznym. Dla najbiedniejszych są małe barki lub stragany wprost na ulicy, gdzie za dosłownie symboliczną sumę można zjeść miskę zupy, makaronu z warzywami czy parę baozi. Dalej są szybkie jadłodajnie, często wyspecjalizowane w jakimś rodzaju dań. Potem restauracje, mocno zróżnicowane dla tych mniej i bardziej zamożnych. Jedzenie w nich może być równie dobre, a różnią się przede wszystkim wystrojem i cenami. Na końcu plasują się ekskluzywne lokale serwujące małe kulinarne dzieła sztuki, do których można zamówić np. europejskie wino. Osobną kategorią w Pekinie czy Szanghaju są restauracje zachodnie, często prowadzone przez cudzoziemców, gdzie młodzi Chińczycy chętnie wpadają się polansować.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" &gt;Bardzo ciekawa jest struktura obsługi w większości restauracji. Bardzo licznej obsługi. W niektórych przypadkach pierwszy pracownik, z którym styka się potencjalny klient czai się na ulicy w pobliżu wejścia, by zachęcić nas do wizyty właśnie w jego knajpie. Jest to typowe dla rejonów silnie nawiedzanych przez turystów. Następnie mamy otwieracza drzwi – czyli z reguły panią, która… otwiera przed nami drzwi i zaprasza do środka (to jej jedyna praca). W regionach mniej turystycznych, to ona pełni rolę czujki zachęcając do wejścia przez otwarcie drzwi, miły uśmiech, odpowiedni gest. Od drzwi do stolika prowadzi nas inna pani a zamówienie przyjmuje kolejna (na tym etapie czasem zaczynają się pojawiać również panowie). Dania do stolika przynosi kolejna osoba, ale z reguły pani, która przyjmowała od nas zamówienie, przejmuje na sali przyniesione potrawy i to ona stawia je na stół. Poza tym cały czas dogląda czy nie brakuje nam herbaty. Taka pani ma zaledwie kilka stolików pod swoją opieką. Jeśli więc przez nieuwagę coś się rozleje albo ktoś zrzuci np. pałeczki na podłogę, już za sekundę płyn zostanie starty a nowe pałeczki przyniesione. W lepszych restauracjach nad całością czuwa jeszcze kierownik sali. Jednak, jeśli nie ma zbyt wielkiego tłoku, to ta przesadna uwaga ze strony Chińczyków może być bardzo denerwująca.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify; line-height: normal; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div  style="text-align: center; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SQs5zk1cGAI/AAAAAAAAAGU/O_pTpTycKPI/s1600-h/restauracje1.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://4.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SQs5zk1cGAI/AAAAAAAAAGU/O_pTpTycKPI/s400/restauracje1.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5263364147736483842" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;jeszcze skwierczące krewetki&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Na początku myśleliśmy, że to nadmierne – z naszego, zachodniego punktu widzenia – zatrudnienie wynika z socjalistycznej ideologii, żeby każdemu dać jakieś zajęcie. Ale z dobrze poinformowanego źródła dowiedzieliśmy się, że to powszechna w Azji (również w tych częściach nie socjalistycznych) praktyka. U nas całą tą pracę (witanie, prowadzenie do stolika, przyjmowanie zamówienia, przyniesienie posiłku i wystawienie rachunku) wykonuje jeden kelner. Jeśli jest potrzeba zatrudnia się więcej kelnerów, którym przydziela się sektory w knajpie. W Azji występuje wysoki stopień specjalizacji, każdy wie, czym ma się zajmować i jakie są jego obowiązki – ponoć tak się pracuje sprawniej i efektywniej. Ot, odmienna filozofia pracy.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify; line-height: normal; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"  style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify; line-height: normal; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;W niektórych restauracjach, kiedy goście już usiądą, obsługa podaje mokre ściereczki do wytarcia rąk. Obowiązkowo również rozlana zostaje zielona herbata (najczęściej to delikatny napar zwykłej zielonej, w lepszych trafia się na jaśminową, niektóre serwują ryżową – napar, który ja osobiście nawet lubię, choć dla białych często smakuje, jak woda po wygotowanym ryżu). Co przykre, o ile Chińczyk zawsze dostaje herbatę, o tyle białym czasami jej nie podają (zabierają wtedy kubeczki / nie stawiają czajnika) – najlepiej się wtedy o nią upomnieć. W niektórych lokalach na stole lądują drobne przekąski np. gotowane orzeszki, marynowane warzywa.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"  style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify; line-height: normal; color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SQs50fs08aI/AAAAAAAAAGk/1FUGIhBrsf8/s1600-h/restauracje3.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://3.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SQs50fs08aI/AAAAAAAAAGk/1FUGIhBrsf8/s400/restauracje3.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5263364163538055586" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;krojenie kaczki po pekińsku&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" &gt;Menu zostaje wręczone osobie, która jest przez obsługę rozpoznana, jako zapraszająca na posiłek (czyli automatycznie płacąca za niego). Jeśli nie wiadomo, kto zaprasza kartę dostanie zawsze mężczyzna. To on ma wybrać potrawy stosownie do własnej zasobności, okazji, gustu gości itd. Ponieważ większość układów rodzinnych i zawodowych jest przypieczętowywana przy posiłku, jest to rzecz (jak mi się wydaje) mocno zrytualizowana. Chodzi o to, żeby zaprezentować się od jak najlepszej strony, trzeba okazać szacunek gościom, pokazać swoją zasobność, olśnić. W karcie często są wyszczególnione dania na specjalne okazje, których cena oczywiście jest ogromna (co jest wszystkim wiadome), a ich składniki wydumane (mięso rekina, ptasie gniazda itp.). Dań trzeba zamówić więcej niż jest uczestników uczty – jeśli jest to zwyczajny posiłek, musi ich być przynajmniej o jedno więcej niż ludzi przy stole, im ważniejsza uroczystość tym dań powinno być więcej i bardziej wystawne. Jeśli goście, nie daj Boże, wykażą się wilczym apetytem i wyjedzą wszystko do czysta, jest to wielka hańba dla zamawiającego, bo znaczy, że poskąpił i w ogóle jest fatalnym gospodarzem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SQs5z5Ot_qI/AAAAAAAAAGc/NkuTZB40wik/s1600-h/restauracje2.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px; height: 267px;" src="http://2.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SQs5z5Ot_qI/AAAAAAAAAGc/NkuTZB40wik/s400/restauracje2.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5263364153211223714" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;jest w czym wybierać&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;My chyba zawsze zamawialiśmy za mało – w oczach Chińczyków. A poza tym pewnie łączyliśmy rzeczy, których Chińczycy nie łączą – takie mam podejrzenia. Na pewno mieli duży ubaw. Szczególnie w miejscach, gdzie nie było ani angielskiego ani obrazkowego menu. Kolejnym szokiem było na pewno to, że nie zamawialiśmy miseczek ryżu. Dla Chińczyka ryż to chleb powszedni, musi być do posiłku. A my nie chcieliśmy się ryżem zapychać, skoro tyle innych pyszności mogliśmy wybrać.&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" &gt;&lt;br /&gt;Muszę jednak powiedzieć, że azjatycki styl jedzenia bardzo mi odpowiada. U nas każdy siedzi nad swoim kotletem i nawet, jeśli ktoś wybierze coś, co go rozczaruje, to trudno, może zostawić albo zjeść. A tutaj zamawiasz kilka rzeczy, wszystko ląduje na stole na raz i raczysz się wszystkim. Skubniesz krewetkę, wciągniesz makaronik, przegryziesz zimną wołowinką, ostre można zakąsić słodkim, gorące – zimnym. Coś ci nie bardzo smakuje, nie szkodzi, masz jeszcze tyle innych talerzy, a z reguły jakiś chętny się na to znajdzie.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:georgia;" &gt;&lt;br /&gt;Rachunek przynoszony jest osobie, która zamawiała. W kilku knajpach zostaliśmy zaskoczeni, że do rachunku przyniesiono nam… sztucznego kwiatka w wazoniku. Nie wiem co niby mielibyśmy z nim zrobić, więc go nie ruszaliśmy. Napiwki, póki co, jeszcze się nie przyjęły w Chinach.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/span&gt;  &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-5737504340082294660?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/5737504340082294660/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=5737504340082294660' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5737504340082294660'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5737504340082294660'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_11_01_archive.html#5737504340082294660' title='o restauracjach'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SQs5zk1cGAI/AAAAAAAAAGU/O_pTpTycKPI/s72-c/restauracje1.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-3761666956980275584</id><published>2008-11-02T18:26:00.005+08:00</published><updated>2008-11-02T19:38:54.980+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Chiny'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przemyślenia'/><title type='text'>o jedzeniu</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Polska rzeczywistość mocno nas wciągnęła po powrocie i nie było czas ani na spreparowanie podsumowania, ani na jakieś ogólne przemyślenia. Niestety czas leci nieubłaganie i zaraz w ogóle zapomnimy, że byliśmy w Chinach.  Dlatego już się poprawiamy. Dla niektórych naszych czytelników nie będzie to nic nowego (notki ze zdjęciami pochodzą z mojego kulinarnego bloga), ale od czegoś trzeba zacząć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na pierwszy rzut kilka luźnych przemyśleń na temat stosunku Chińczyków do jedzenia w ogóle.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tm8_luHI/AAAAAAAAAFY/whzolqcka5Y/s1600-h/Chiny+489-napis.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tm8_luHI/AAAAAAAAAFY/whzolqcka5Y/s400/Chiny+489-napis.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5255610174884132978" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;soczyste granaty na targu w Xi'an&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;Prawda jest taka, że Chińczycy jedzą wszędzie. To duże i może trochę niebezpieczne uogólnienie, więc je teraz rozłożę na części pierwsze. Najlepiej jak opiszę to na przykładzie.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;Powiedzmy, że wybieracie się na wycieczkę. Już przed dworcem kolejowym siedzą ludzie, wielu z nich konsumuje przekąski zakupione od ulicznych straganiarzy – mogą być to ciepłe baozi, karmelizowane jabłka na patyku czy jakiś szaszłyczek. Wchodzicie do poczekalni, w której unosi się dojmujący zapach natrętnie kojarzący się z popularnymi i u nas zupkami błyskawicznymi. Chińskie zupki są naprawdę chińskie. Tutaj sprzedaje się je zarówno w małych paczuszkach, jak i michach, które na moje oko wykarmiłyby czteroosobową rodzinę. Przy czym zupa krewetkowa ma nie tylko „aromat zbliżony do naturalnego”, ale i liofilizowane krewetki. W każdej poczekalni, nawet tej najbardziej zapyziałej, jest dostęp do gorącej wody, więc Chińczycy zalewają swoje zupki i zieloną herbatę – drugi produkt bez którego nie ruszają się z domu. Jeśli nawet uda wam się zapomnieć o wrażeniach zapachowych, to trudniej przyjdzie wam uciec przed atrakcjami dźwiękowymi – wsuwając zupki (pałeczkami, żeby nie było) Chińczycy mlaszczą, siorbią i wydają mnóstwo innych dźwięków.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-ugu8MVjI/AAAAAAAAAFg/j5j7ln9AitA/s1600-h/chiny+2008+167-napis.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-ugu8MVjI/AAAAAAAAAFg/j5j7ln9AitA/s400/chiny+2008+167-napis.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5255611167544202802" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;l&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;epienie baozi w Tongli&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;W pociągu zapach zupek wzmocniony obowiązkowym glutaminianem sodu dominuje, ale Chińczycy, jak na bratni naród wschodni przystało, nie pogardzi zapakowanym w domu prowiantem, z jajem na twardo na czele (kto jechał pociągiem ukraińskim czy rosyjskim, albo pamięta jeszcze dawne podróże polską koleją, temu obrazek wyda się znajomy). Druga sprawa, w każdym pociągu (nawet tam gdzie są tylko miejsca siedzące) co chwila przechodzi korowód pań z wózkami, z których sprzedają napoje, zupki, orzeszki. Z rzeczy niejadalnych sprzedają książki, gazety, mapy oraz (raczej w dalekobieżnych) różne, ale niezmiennie badziewiaste, upominki (świecące długopisy, zabawki, pocztówki, pamiątkowe monety itp.).&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tmqazDYI/AAAAAAAAAFQ/Nj5s3AaKBps/s1600-h/chiny+2008+152-napis.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tmqazDYI/AAAAAAAAAFQ/Nj5s3AaKBps/s400/chiny+2008+152-napis.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5255610169897979266" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;uliczna sprzedaż ryb i owoców morza w Tongli&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;Gdy już wychyniecie nad ranem z pociągu, waszym oczom ukaże się całkiem rozbudzone miasto (aktywność miejska rozpoczyna się ok. 5-6 rano). W szybkich jadłodajniach i przy ulicznych straganach zobaczycie Chińczyków konsumujących solidne śniadanie: makarony, kleiki ryżowe, pierożki itp. Wy sami nie macie, co liczyć na europejskie śniadanie – wszelkie kawiarnie otwierają się raczej koło 8.00. Hoteli serwujących (zresztą też o barbarzyńsko wczesnych porach, z reguły do 9.00) europejskie śniadanie jest niewiele... Jeśli atrakcja turystyczna, do której zmierzacie jest położona w pięknym otoczeniu przyrody, albo ma rozległe ogrody, możecie być pewni, że (przynajmniej w sezonie) spotkacie tam tabuny Chińczyków dźwigających ze sobą prowiant. Piknik z domowymi przysmakami na łonie natury – co może być lepszego? Dla takich leniwców jak my, oczywiście są sklepiki, herbaciarnie i knajpki z całkiem niezgorszym jedzeniem.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tmUUng7I/AAAAAAAAAFA/HINlI_r_Akc/s1600-h/Chiny+459-napis.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tmUUng7I/AAAAAAAAAFA/HINlI_r_Akc/s400/Chiny+459-napis.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5255610163966477234" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;handel uliczny w Xi'an&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;Wracając z trudów zwiedzania, powiedzmy koło 18.00, waszym oczom znów ukaże się festiwal jedzenia. Odbywa się on nie tylko w jadłodajniach, restauracjach i knajpach, ale również wprost na ulicy – szczególnie w biedniejszych i mniej turystycznych okolicach. Wiele rodzin rozstawia stoły przed własnymi sklepikami czy warsztatami i cała rodzina je na świeżym powietrzu, zupełnie się nie przejmując, że przechodnie zaglądają im do misek.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tmQnmPkI/AAAAAAAAAFI/X6wLffxfPQU/s1600-h/chiny+2008+064-napis.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tmQnmPkI/AAAAAAAAAFI/X6wLffxfPQU/s400/chiny+2008+064-napis.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5255610162972343874" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt; &lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;świeża rybka w Szanghaju&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;Warto też zwrócić uwagę na lokalne sklepy z owocami, rybami i różnymi wodnymi żyjątkami, czy mięsem, gdzie po prostu paluchem wskazujesz, który towar cię interesuje. Te, najczęściej otwarte na ulicę sklepy są otwarte (podobnie jak cały biznes) do ok. 22.00. Po 22.00 chińska ulica pustoszeje.&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tmDj7zsI/AAAAAAAAAE4/UWS1N1FFawg/s1600-h/Chiny+458-napis.JPG"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tmDj7zsI/AAAAAAAAAE4/UWS1N1FFawg/s400/Chiny+458-napis.JPG" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5255610159467318978" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;sprzedawca przypraw - Xi'an&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="margin: 0cm 0cm 0pt; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;Przyznaję się od razu, że zdjęcia z Xi'an pochodzą również z naszego poprzedniego pobytu w Chinach, także niektórzy z Was mogli je już widzieć.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-3761666956980275584?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/3761666956980275584/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=3761666956980275584' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/3761666956980275584'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/3761666956980275584'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_11_01_archive.html#3761666956980275584' title='o jedzeniu'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_dZW4S9bOebI/SO-tm8_luHI/AAAAAAAAAFY/whzolqcka5Y/s72-c/Chiny+489-napis.JPG' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-5594345795757043394</id><published>2008-09-26T08:56:00.002+08:00</published><updated>2008-09-26T09:01:19.332+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przygody'/><title type='text'>Dzień dwudziesty pierwszy, czyli złe miłego końce...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Niestety zmiada klimatu z rozgrzanych jak piec hutniczy środkowo-południowych Chin na zimne przedmurza Mandżurii spowodowały, iż zaczynamy się rozkładać na przeziębienia. Szczęście w nieszczęściu, że to już końcówka wycieczki... Może to spowodować, że z urlopu płynnie przejdziemy na przyziemne, polskie chorobowe (tfu, tfu, odpukać).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To juz ostatnia notka z Chin (jak mawiają Anglicy - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;as for now&lt;/span&gt;), ale mamy jeszcze kilka przemyśleń o Chinach w ogólności, które zamierzamy na spokojnie spisać i opublikować tutaj w najbliższym czasie. Zatem nie mówimy &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Żegnajcie!&lt;/span&gt;, ale &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Do zobaczenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-5594345795757043394?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/5594345795757043394/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=5594345795757043394' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5594345795757043394'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5594345795757043394'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#5594345795757043394' title='Dzień dwudziesty pierwszy, czyli złe miłego końce...'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-3777399627731733064</id><published>2008-09-25T20:32:00.004+08:00</published><updated>2008-09-25T20:39:22.890+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Chengde'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><title type='text'>Dzień dwudziesty, czyli cesarz to ma klawe życie, oraz pożegnania</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Zerwać musieliśmy się niestety też wcześnie, gdyż śniadanie serwują tu między 7.30 a 8.30, barbarzyńskie zwyczaje. Po skonsumowaniu sadzonego jajka, miękkich tostów z dżemem i chińskich mantou'ków (podanych na wyrażone po chińsku żądanie Pawła; chyba próbowano nas potraktować europejskim śniadaniem ;)), ruszyliśmy na zwiedzanie cesarskiej rezydencji. Niestety dzisiaj pogoda nie dopisała, od rana było pochmurno, gdy ruszyliśmy zaczęło padać (na szczęście była to raczej mżawka i dość szybko przeszła). Wreszcie przydały się targane przez całą podróż swetry i kurtki, choć nie powiem żebym była szczęśliwa z tego powodu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;W rezydencji najpierw zwiedziliśmy wystawy umiejscowione w głównych budynkach, a następnie wypuściliśmy się na teren rozległego parku z rozlicznymi pawilonami, świątynkami itp. Widać, że tutaj sezon właściwie się skończył, bo choć turystów było sporo, to na tym rozległym terenie przepadali. Obsługa też niespecjalnie się przykładała do roboty, poboczne wystawy często były pozamykane lub nieoświetlone, część stoisk pamiątkarsko-gastronomicznych była nieczynna. Dawało to ogólnie wrażenie lekkiego opustoszenia, ale przynajmniej można było odpocząć od tłumów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuF3h3YZOI/AAAAAAAAAOs/44y31WZGIjk/s1600-h/chengde+11+bishu.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuF3h3YZOI/AAAAAAAAAOs/44y31WZGIjk/s400/chengde+11+bishu.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249936979660399842" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;rezydencja Bishu&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;Za to na łąkach widzieliśmy rozgrywki krykieta w wykonaniu miejscowych drużyn. Acha, z ciekawostek, w parku okalajacym rezydencję szwendają się tabuny saren i jeleni. Chińscy turyści chętnie je dokarmiają i fotografują się z nimi - ciekawe czy ubezpiecznie, które można wykupić przy wejściu, pokrywa uszkodzenia ciała spowodowane przez rozjuszonego Bambi (w całym parku porozwieszane są jednak tabliczki lojalnie uprzedzające, że jelenie są dzikie i mogą zaatakować. Jelenie wyglądają jednak na spasione i przyzwyczajone do hałaśliwych turystów - PSJ).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuFaH3Y0mI/AAAAAAAAAOM/gqNgIvtWm6Y/s1600-h/chengde+8+bishu.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuFaH3Y0mI/AAAAAAAAAOM/gqNgIvtWm6Y/s400/chengde+8+bishu.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249936474464899682" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;jeleń na rykowisku&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Jutro wracamy do Pekinu i mam nadzieję, uda nam się opublikować wszystkie zaległe notki. Niestety oznacza to też, że nasza podróż dobiega końca. W piątek jeszcze zrobimy zakupy i udamy się na pożegalną kolację, a w sobotę wracamy do Państwa Środka (Europy).&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rezydencja jest świetna, czuć zupełną odmienność mandżurskich pomysłów na założenie pałacowe (w porównaniu z takim Zakazanym Miastem). Ponaddto, jak w całym Chengde, zachwyca surowy, górski krajobraz. Ania napisała w zasadzie wszystko, co należało napisać, resztę mogą przekazać tylko obrazy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuF4EDDurI/AAAAAAAAAO0/zr_HaXzQLKM/s1600-h/chengde+12+bishu.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuF4EDDurI/AAAAAAAAAO0/zr_HaXzQLKM/s400/chengde+12+bishu.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249936988836182706" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuF4CufjtI/AAAAAAAAAO8/WAHIpuhiZU0/s1600-h/chengde+13+bishu.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuF4CufjtI/AAAAAAAAAO8/WAHIpuhiZU0/s400/chengde+13+bishu.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249936988481490642" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuFaaWjURI/AAAAAAAAAOU/oJDCIZ2BStA/s1600-h/chengde+9+bishu.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuFaaWjURI/AAAAAAAAAOU/oJDCIZ2BStA/s400/chengde+9+bishu.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249936479427449106" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuFabpr59I/AAAAAAAAAOc/4tTmqpg2cNM/s1600-h/chengde+10+bishu.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuFabpr59I/AAAAAAAAAOc/4tTmqpg2cNM/s400/chengde+10+bishu.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249936479776139218" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz zostało nam jeszcze zakupić ostatnie souveniry (i nagrody w naszym konkursie!), i wracamy powoli do Polska.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-3777399627731733064?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/3777399627731733064/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=3777399627731733064' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/3777399627731733064'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/3777399627731733064'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#3777399627731733064' title='Dzień dwudziesty, czyli cesarz to ma klawe życie, oraz pożegnania'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuF3h3YZOI/AAAAAAAAAOs/44y31WZGIjk/s72-c/chengde+11+bishu.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-7329268061134050285</id><published>2008-09-25T20:19:00.004+08:00</published><updated>2008-09-25T20:31:59.814+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Chengde'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><title type='text'>Dzień dziewiętnasty, czyli wielki paw w Chengde</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chengde&lt;/span&gt; już na wejściu zrobiło na mnie znacznie lepsze wrażenie niż Tai'an, choć jest to równie niewielka miejscowość. Niestety, choć świeciło słońce, dało się odczuć, że jesteśmy na północy - było znacznie, znacznie chłodniej. Szybko więc pojachaliśmy do hotelu, który - ku naszemu zaskoczeniu - okazał się stylizowany na cesarskie pawilony. W środku to oczywiście normalne pokoje hotelowe, ale z zewnątrz przypomina to tradycyjną chińską zabudowę. Kolejna niespodzianka miała miejsce, gdy odświeżaliśmy się po podróży. Podczas gdy Paweł siedział w łazience, usłyszałam dziwny dźwięk. Najpierw podejrzewałam Pawła o jakieś na wpół ludzkie popisy wokalne, ale dźwięk się powtarzał i bardziej przypominał zepsuty klakson dziecięcego rowerka. Zresztą Paweł wychynął z łazienki, również przywabiony tym dźwiękiem. Otworzyliśmy więc drzwi (zastanawiając się czy to przypadkiem nie dziwaczny dzwonek) i naszym oczom ukazał się... paw. Takie ptaszysko, znaczy się. Później okazało się, że na terenie hotelu rezyduje całkiem pokaźna grupa pawi obu płci, które ukatywniają się w okolicach wczesnych godzin popołudniowych. Odkryliśmy również stado królików, robiących najprawdopodobniej za żywe kosiarki do trawy.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDGwNsksI/AAAAAAAAAN8/ey1kkyzTS3U/s1600-h/chengde+14+qiwanglou+hotel.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDGwNsksI/AAAAAAAAAN8/ey1kkyzTS3U/s400/chengde+14+qiwanglou+hotel.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249933942675247810" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;paw cesarzowej&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDHHG7oEI/AAAAAAAAAOE/mDxA9y-4aok/s1600-h/chengde+15+qiwanglou+hotel+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDHHG7oEI/AAAAAAAAAOE/mDxA9y-4aok/s400/chengde+15+qiwanglou+hotel+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249933948820889666" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;nasze apartamenty w hotelu Qiwanglou&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Wreszcie byliśmy gotowi na podbój Chengde. Ponieważ było już za późno na zwiedzanie cesarskiej rezydencji (przewdonik radzi poświęcić na to cały dzień), pojechaliśmy zobaczyć okoliczne świątynie. Jest ich tutaj całkiem sporo, więc nie mielibyśmy czasu ani sił by zobaczyć wszystkie. Wybraliśmy zatem te najważniejsze. Pierwsza to 普宁寺 （&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;pǔnìngsì&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;), gdzie znajduje się największa w Chinach drewniana rzeźba - jest to ponad dwudziestometrowy posąg bogini Guanyin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuCptxoewI/AAAAAAAAANE/k6QL6urafjU/s1600-h/chengde+2+puningsi.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuCptxoewI/AAAAAAAAANE/k6QL6urafjU/s400/chengde+2+puningsi.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249933443804461826" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;świątynia Puning si&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuCqMxbzMI/AAAAAAAAANM/TPdLHumrJ9g/s1600-h/chengde+3+puningsi.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuCqMxbzMI/AAAAAAAAANM/TPdLHumrJ9g/s400/chengde+3+puningsi.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249933452125129922" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;nadal świątynia Puning si&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Druga z kolei, to kopia pałacu Potala w Lhasie, wybudowana na rozkaz cesarza Kangxi, by uczcić i odpowiednio ugościć przybywającego z wizytą Panczenlamę. No i znowu nieźle się nałaziliśmy -  że też musieli takie wielkie te świątynie budować ;).&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuCqKwQM0I/AAAAAAAAANU/ysPJ7u6r3kA/s1600-h/chengde+4+putuo+zhongcheng.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuCqKwQM0I/AAAAAAAAANU/ysPJ7u6r3kA/s400/chengde+4+putuo+zhongcheng.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249933451583304514" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;prawie jak w Lhasie&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDGE1T_dI/AAAAAAAAANk/3lA_8ZDeogs/s1600-h/chengde+6+putuo+zhongcheng.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDGE1T_dI/AAAAAAAAANk/3lA_8ZDeogs/s400/chengde+6+putuo+zhongcheng.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249933931030248914" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;jakie duże... dagoby&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Nie mieliśmy już siły zwiedzać pozostałych świątyń (zresztą było już koło 17.30, czyli godziny zamknięcia większości z nich, zamiast tego ruszyliśmy więc na poszukiwanie knajpy, gdzie moglibyśmy się pożywić. Przeszliśmy prawie całą główną ulicę i poza kilkoma szybkimi jadłodajniami i jedną całkiem pustą restauracją nie widzieliśmy żadnego fajnego lokalu. Zdesperowani zawróciliśmy i zapuściliśmy się na placyk otaczający nowoczesny meczet - to był dobry ruch, bowiem tam wreszcie znaleźliśmy restaurację z świetnym jedzeniem, przede wszystkim genialnymi pierogami. Najedzeni i szczęśliwi wróciliśmy do hotelu marząc tylko o spaniu.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie dajcie się zwieść - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chengde&lt;/span&gt; (承德）to nie jest piękne miasto. Tak naprawdę warto tam spędzić właśnie te dwa dni - jeden na letnią rezydencję cesarzy z mandżurskiej dynastii Qing, zwaną przydługawo 避暑山庄 （bìshǔshānzhuāng), oraz drugi na tyle z ośmiu świątyń okalających miasto, ile się da. Wiedzeni typowym chińskim maksymalizmem zdecydowaliśmy się na świątynię największą - 普陀宗乘之庙, będącą (jak wspominała Ania) XVIII-wieczną kopia pałacu Potala w Lhasie, wybudowaną w celu podjęcia Panczenlamy "jak w domu", oraz na świątynię Puningsi z uwagi na ten cholerny wielki posąg. Powiem zresztą, że mimo obfitego kożucha kurzu - wielka Guanyin w indyjskim stylu robi wrażenie. Swoją drogą w Chinach w ogóle nie ma chyba zwyczaju odkurzania eksponatów muzealnych, zwłaszcza tych w "środowisku naturalnym", czyli pałacach lub świątyniach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDGczyE3I/AAAAAAAAANs/ld546nORiGE/s1600-h/chengde+5+putuo+zhongcheng.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDGczyE3I/AAAAAAAAANs/ld546nORiGE/s400/chengde+5+putuo+zhongcheng.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249933937466282866" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;to nie jest wielka Guanyin, ale też zakurzone.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDGpmZlVI/AAAAAAAAAN0/NOQCq8OxKhA/s1600-h/chengde+7+putuo+zhongcheng.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDGpmZlVI/AAAAAAAAAN0/NOQCq8OxKhA/s400/chengde+7+putuo+zhongcheng.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249933940899812690" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;widoczek na okolice Chengde (ze świątyni)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Kilka osobnych ciepłych słów należy się naszemu hotelowi - 琦望楼* (qiwanglou), zlokalizowanemu w obrębie oryginalnych murów wspomnianej letniej rezydencji cesarzy. Całkiem udatnie oddaje tradycyjne dworskie zabudowania, łącznie z uroczym drewnianym i zadaszonym korytarzem, prowadzącym z głównego budynku recepcji do skrzydeł mieszkalnych. Na szczęście jest w nim bieżąca woda :). Jest przy tym dość tani - jak na chiński hotel.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto też zachować przytomność umysłu w czasie podróży koleją z Pekinu do Chengde (lub odwrotnie). Widoki podczas przejazdu przez góry (oraz widoczny w pewnym momencie w oddali Wielki Mur - gdzieś tak po godzinie od odjazdu z Pekinu) są naprawdę piękne. Niestety okna są zbyt przybrudzone, by robić przez nie zdjęcia...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuCprHhZzI/AAAAAAAAAM8/4GFszarHKhE/s1600-h/chengde+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuCprHhZzI/AAAAAAAAAM8/4GFszarHKhE/s400/chengde+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249933443090966322" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;papuga usycha z tęsknoty za fiordami&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;*- dla turystów: w tym zapisie jest błąd, pierwszy znak ma inny radical, ale nie mogę się dogrzebać odpowiedniego znaczka w moim edytorze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-7329268061134050285?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/7329268061134050285/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=7329268061134050285' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7329268061134050285'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7329268061134050285'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#7329268061134050285' title='Dzień dziewiętnasty, czyli wielki paw w Chengde'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNuDGwNsksI/AAAAAAAAAN8/ey1kkyzTS3U/s72-c/chengde+14+qiwanglou+hotel.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-1562299242472006485</id><published>2008-09-25T20:16:00.001+08:00</published><updated>2008-09-25T20:19:12.261+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Dai Miao'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tai&apos;An'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tai Shan'/><title type='text'>Dzień osiemnasty, czyli Długi Marsz (na północ)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;W Tai'anie spędziliśmy nockę, a kolejnego dnia jechaliśmy dalej na północ, by po przecięciu Pekinu udać się do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chengde&lt;/span&gt;. Niestety pociąg mieliśmy dopiero o godz. 22.45. Wcześniej w Tai'an planowaliśmy dość dokładne zwiedzenie jeszcze jednego istotnego zabytku w okolicy, kompleksu świątynnego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dai Miao&lt;/span&gt;, ale rano okazało się, że pada. Doczekaliśmy więc godziny, o której musieliśmy opuścić hotel i chcąc nie chcąc poszliśmy zwiedzać świątynie w deszczu, co już nie było takie przyjemne. Szczególnie, że obsługa również cierpiała na jesienny splin i nie chciało im się nawet zapalać światła w pawilonach wystawowych dla tych nielicznych turystów, kręcących się po terenie. Kompleks świątynny robi duże wrażenie ze względu na swój ogrom i niewątpliwy splendor - stąd właśnie rozpoczynały się pielgrzymki cesarzy na Tai shan. My jednak, po dość szybkim obejściu pawilonów, udaliśmy się do lokalnej kawiarni, by przeczekać deszcz. Co faktycznie nastąpiło po jakichś kolejnych dwóch godzinach (kilku herbatach, kawach, tostach i grze w kości - niech będzie błogosławiony laptop ;)), więc mogliśmy ruszyć na spacer po Tai'anie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;O samym mieście nie da się napisać zbyt wiele, bowiem poza główną ulicą, sprawia raczej przygnębiające wrażenie. Dość zaśmiecone ulice, zaniedbane budynki, nie widać za bardzo, w co idzie ogromna kasa ciągnięta z turystów (wejście na górę około 120 Y, przejazd kolejką w jedną stronę: 60 Y , wstęp do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dai Miao&lt;/span&gt; też kilkadziesiąt yuanów). I tak wytraciliśmy czas do pory obiadowej, posiłek skonsumowaliśmy w znanej nam już z poprzedniego wieczoru knajpce (jakbym ją miała oceniać po ogólnych wrażeniach higieniczno-estetycznych, to pewnie bym tam nie weszła, ale i tak nie znaleźliśmy nic lepszego, a jedzenie było smaczne, no i nie struli nas), a następnie udaliśmy się na dworzec. Mieliśmy co prawda jeszcze co najmniej 3 godziny do odjazdu, ale liczyliśmy na przytulną poczekalnię dla miękkich leżących (do tej pory były osobne poczekalnie dla "miękkich" na wszystkich dworcach, na kórych byliśmy), z kontaktami (by można było jeszcze pograć w kości), a może nawet z internetem (no dobra, na to nie liczyliśmy zbyt mocno). No cóż, okazło się, że tym razem nie dla nas wygody. Choć dla pewności spytaliśmy kolejno troje Chińczyków z obsługi stacji, to okazało się, że najwyraźniej tutaj takiej poczekalni nie mają. Pozostało nam siedzenie na twardych krzesełkach poczekalni ogólnej i granie w stare, dobre okręty oraz kropki (na szczęście jeszcze pamiętamy jakieś gry sprzed ery komputerów). Wreszcie otworzyli bramkę "naszego" pociągu i mogliśmy wreszcie wpakować się do naszego przedziału, który, jak się okazało, dzieliliśmy z dwójką innych białych. Była to brytyjska para, która wybrała się na pięciomiesięczną podróż dookoła świata (niektórym to dobrze ;)). Przemierzyli już Amerykę oraz Japonię i właśnie rozpoczęli swoją podróż po Chinach. Po wymuskanej Japonii Chiny wydały im się dość chaotyczne, brudne, głośne i zatłoczone (nic dziwnego, najpierw wylądowali w rozkopanym Szanghaju) - mam nadzieję, że Pekin zrobi na nich lepsze wrażenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Za dużo jednak nie rozmawialiśmy, gdyż pobudka w Pekinie przewidziana była na ok 5 rano. Gdy dojechaliśmy na miejsce, szybko pożegnaliśmy naszych współtowarzyszy, gdyż musieliśmy szybko nabyć bilety do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chengde&lt;/span&gt; na pociąg odchodzący niecałą godzinę później. Na szczęście udało nam się dość sprawnie to załatwić i dostać na ten pociąg (niestety nie ma zbyt wielu pociągów jeżdżących w tym kierunku, a każdy nastepny jechał dwa razy dłużej). Tak więc po trzygodzinnej podróży przez piękne górzyste okolice (których ja w większości nie widziałam, nadrabiając braki snu) dotarliśmy do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Chengde&lt;/span&gt;, miejsca słynęcącego głównie z letniej rezydencji cesarzy.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szczerze powiedziawszy, Tai'an to Ciechanów Shandongu. Nieciekawe miasto z jednym zabytkiem, wspomnianą 岱庙. Samo założenie architektoniczne robi wrażenie rozmachem, ale pawilony mocno ucierpiały (ponieważ na tabliczkach muzealnych brak notek o Japonczykach lub interwentach państw zachodnich z czasów cesarstwa, można podejrzewać Rewolucję Kulturalną), i w zasadzie otwarte są nieliczne budynki, w których znajdują się nie najciekawsze współczesne kopie podobizn bóstw taoistycznych. Wystawy muzealne w bocznych pawilonach są nieco ciekawsze, ale zaciemnienie panowało jak w czasie nalotu... Napewno &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Dai Miao&lt;/span&gt; robiłoby lepsze wrażenie w czasie lepszej pogody, kiedy możnaby się napawać bocznymi ogrodami. Post factum widzę, że można by rozważać opcję "poranny przyjazd-wspinaczka-nocny wyjazd". W dodatku okazało się, że (w przeciwieństwie do poprzednio odwiedzanych miast) nie tylko ja nie rozumiem mowy mieszkańców prowincji Shandong, ale i oni mają problemy ze zrozumieniem mojego putonghua.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-1562299242472006485?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/1562299242472006485/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=1562299242472006485' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1562299242472006485'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1562299242472006485'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#1562299242472006485' title='Dzień osiemnasty, czyli Długi Marsz (na północ)'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-2041777527211087286</id><published>2008-09-21T20:02:00.000+08:00</published><updated>2008-09-25T20:16:13.925+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tai&apos;An'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tai Shan'/><title type='text'>Dzień szesnasty i siedemnasty, czyli zdychamy na Tai Shan</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po dniu spędzonym na przemieszczaniu się między klimatyzowanymi lokalami nad Zachodnim Jeziorem ruszyliśmy na dworzec w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Hangzhou&lt;/span&gt;. Jeszcze kilkadziesiąt minut oczekiwania w poczekalni ogólnej (wszędzie chyba wyglądają tak samo: wielka hala wypełniona długimi rzędami plastikowych krzesełek, kończąca się metalowymi bramkami, przez które wypuszcza się podróżnych na perony w momencie kiedy pociąg podjeżdża lub już podjechał – nie ma więc przesiadywania na peronach jak w Polsce). Wreszcie przyjechał nasz pociąg – na leżące trzeba być wcześniej, z reguły są odprawione ok 30min. przed planowaną godziną odjazdu – wpakowaliśmy się więc grzecznie na nasze twarde leżące. I cóż, nie było aż tak źle, jak można to sobie wyobrażać. Jasne, twarde leżące są bardziej klaustrofobiczne, gdyż zamiast dwóch łóżek na każdej ścianie jest ich trzy, poza tym nie ma przedziałów, więc nie jest tam zbyt intymnie, ale co tam, w końcu to pociąg ;). Nie było jednak też tak towarzysko, jak to wyczytaliśmy w internecie – jadący z nami Chińczycy grzecznie się przywitali, za ciastka podziękowali i zaraz poszli spać. Nikt nas nie nachodził, ani nie zaczepiał.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Skoro świt, czyli koło 6ej dojechaliśmy do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tai'an&lt;/span&gt;. Szybko dostaliśmy się do hotelu, gdzie okazało się, że o tak wczesnej porze nie możemy jeszcze wkroczyć do pokoju. Jednak gdy przedefilowaliśmy ze szczoteczkami do zębów do restauracyjnej łazienki, zlitowali się nad nami i pozwolili wnieść bagaże do niesprzątniętego jeszcze pokoju. Po szybkim odświeżeniu postanowiliśmy nie marnując czasu podjąć wspinaczkę na świętą górę &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tai Shan&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt-3dVlPvI/AAAAAAAAAL8/j_PE7kR8klw/s1600-h/taishan+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt-3dVlPvI/AAAAAAAAAL8/j_PE7kR8klw/s400/taishan+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249929281863499506" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;początek wspinaczki&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Jest to jedna z pięciu świętych gór taoizmu, w najwyższym punkcie (czyli Szczycie Jadeitowego Cesarza) mierzy 1543 metry npm.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt-3uAefFI/AAAAAAAAAME/BdY-EctQxnE/s1600-h/taishan+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt-3uAefFI/AAAAAAAAAME/BdY-EctQxnE/s400/taishan+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249929286338378834" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ci ludzie pare razy dziennie obracają na szczyt i z powrotem. Z takimi worami.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Nie da się ukryć, że jest to kawał wspinania po dość stromych schodach. Dzielnie przystąpiliśmy więc do wspinaczki, po drodze wchodząc do różnych świątynek i zbaczając do kamienniego... Jednak im dalej w górę, tym bardziej dawał nam się w znaki brak przygotowania. Kiedy już dowlekliśmy się do połowy góry i usiedliśmy na małą przerwę, stwierdziliśmy, że chyba nie damy przebyć całej drogi pieszo (szczególnie, że przewodnik straszył bardzo stromym podejściem na samym szczycie, a moje biedne płuca - nawet po dopingu - ledwo zipały).&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt-3x2rPeI/AAAAAAAAAMM/MGeYOFKMdeU/s1600-h/taishan+3.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt-3x2rPeI/AAAAAAAAAMM/MGeYOFKMdeU/s400/taishan+3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249929287371013602" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;widok na szczyt z połowy trasy. Po lewej stronie widać schody - drugą połowę wspinaczki&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Zdecydowaliśmy w końcu odbyć część podróży kolejką linową poprowadzoną od połowy do 3/4 góry (ci, którzy znają Pawła i jego lęk wysokości domyślają się w jak wielkiej desperacji byliśmy). Podróż gondolką dała nam chwilę relaksu (no dobrze mi dała chwilę relaksu, a Paweł jakoś zniósł tą podróż) i pozwoliła odpocząć naszym umęczonym mięśniom, także po opuszczeniu kolejki z nowym entuzjazmem ruszyliśmy na podbój szczytu. Na górze znajdują się liczne pawilony i świątynie, a dość dobra widzialność (choć znajdowaliśmy się już na wysokości chmur) pozwalała zachwycać się widokiem. Rozległy widok sprawił również, że Paweł stanowczo stwierdził, że na dół schodzimy samodzielnie i o ponownej jeździe wagonikiem nie ma mowy. Tak więc po odwiedzeniu Szczytu Jadeitowego Cesarza rozpoczęliśmy mozolną wędrówkę w dół. Co tu dużo mówić, do dziś czuję ją w łydkach ;)&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt_MTLThiI/AAAAAAAAAMc/6h8nNnLYIOI/s1600-h/taishan+5.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt_MTLThiI/AAAAAAAAAMc/6h8nNnLYIOI/s400/taishan+5.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249929639913293346" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;już na szczycie Tai shan&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Wejście na Tai Shan może dobić nawet zaprawionych w bojach. W zasadzie całe wejście piesze odbywa się po schodach, przy podejściu na sam szczyt bardziej zresztą przypominających już drabinę. Oczywiście są liczne opcje "wspinaczki emeryckiej" - do środkowego punktu, zwanego poetycko 中天门, można dojechać autobusikiem, a na "trzy czwarte" dojechać wspomnianą kolejką, swoją drogą badzo stromo poprowadzoną i popylającą nad srogimi przepaściami. Widoki ze szczytu (a w zasadzie z całego kompleksu budynków i punktów widokowych między 南天门, dokąd dojeżdża kolejka, a samym szczytem) są jednak zachwycające i warte wszelkich wyrzeczeń.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt_MnjhBnI/AAAAAAAAAMk/Z4awU5RSYJA/s1600-h/taishan+6.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt_MnjhBnI/AAAAAAAAAMk/Z4awU5RSYJA/s400/taishan+6.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249929645383550578" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ostateczne podejście pod 南天门 － widok pod górę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt_M9HEYQI/AAAAAAAAAMs/rfyNvWoWNkM/s1600-h/taishan+7.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt_M9HEYQI/AAAAAAAAAMs/rfyNvWoWNkM/s400/taishan+7.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249929651169812738" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;...i widok w dół&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Gdyby nie fakt, że targamy ze sobą wielkiego "mandżura", czyli walizę na kółkach, kiepsko przystosowaną do wspinaczki po schodach, moglibyśmy też rozważać popularną, jak się wydaje, opcję noclegu w dużym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;binguanie&lt;/span&gt; (schronisku) tuż pod szczytem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z ciekawszych obserwacji antropologicznych podczas wspinaczki muszę wspomnieć o wciąganiu na szczyt (po schodach!) sparaliżowanego staruszka w wózku inwalidzkim przez czterech krzepkich Chińczyków, wnoszeniu tamże noworodków, oraz o zaobserwowanym zwyczaju darcia się (lub też przeraźliwego wrzeszczenia) z różnych punktów świętej góry. Momentami przypominało to nawet godowe nawoływania - z dolinki dał się wpierw słyszeć ryk starszawego samca. Z okolic schodów odpowiedział nieśmiałym okrzykiem młodszy samiec, ale bliżej szczytu rozdarła się jakaś (nie zmęczona jeszcze) kobieta. Starszy wrzeszczący zakrzyknął jeszcze raz. Tym razem jednak nikt mu nie odpowiedział...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt-39OZFYI/AAAAAAAAAMU/oEUUm7laB60/s1600-h/taishan+4.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt-39OZFYI/AAAAAAAAAMU/oEUUm7laB60/s400/taishan+4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249929290423276930" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;widok na schodki w dół. Daleko za górką po prawej jest przystanek w połowie trasy....&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt_NcEjp1I/AAAAAAAAAM0/FH8FGHQ6hNg/s1600-h/taishan+8.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt_NcEjp1I/AAAAAAAAAM0/FH8FGHQ6hNg/s400/taishan+8.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5249929659480778578" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ann pod urokliwą siklawą&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-2041777527211087286?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/2041777527211087286/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=2041777527211087286' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2041777527211087286'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2041777527211087286'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#2041777527211087286' title='Dzień szesnasty i siedemnasty, czyli zdychamy na Tai Shan'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNt-3dVlPvI/AAAAAAAAAL8/j_PE7kR8klw/s72-c/taishan+1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-4269146910160909862</id><published>2008-09-19T21:22:00.005+08:00</published><updated>2008-09-19T22:12:49.609+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Liuhe Ta'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hangzhou'/><title type='text'>Dzień piętnasty, w lesie pagód</title><content type='html'>No dobrze, nie poszliśmy tak od razu do miejscowego Carrefoura na zakupy. Najpierw pojechaliśmy na naszą ostatnią wycieczkę w  Hangzhou. Miejski autobus za 2Y/os zawiózł nas w pobliże Pagody &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Liuhe Ta&lt;/span&gt; (można to tłumaczyć jako Pagodę Sześciu Harmonii, ale też jako Pagod&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;ę&lt;/span&gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Liuhe&lt;/span&gt; od imienia chłopca, który według lokalnych wierzeń poskromił Smoka-Króla Rzeki). Wleźliśmy na sam szczyt pagody, niestety widok nie był tak zachwycający, jak mógłby być, z powodu zamglenia. Przede wszystkim okazało się, że Hangzhou leży nie tylko nad jeziorem, ale i nad potężną rzeką, szerokości co najmniej kilometra. Co ciekawe, budynek z zewnątrz ma 13 pięter, a od środka tylko siedem. W czasach historycznych służył za latarnię hm... rzeczną.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOyx0mQv-I/AAAAAAAAAK0/pqaNI6CTV9M/s1600-h/hangzhou+liuheta+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOyx0mQv-I/AAAAAAAAAK0/pqaNI6CTV9M/s400/hangzhou+liuheta+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5247734559819218914" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;jaka wielka... pagoda!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt; Nastepnie powłóczyliśmy się po wzgórzowym parku, gdzie znajdują się miniatury pagód z całych Chin. Znalezliśmy nawet kilka takich, które widzieliśmy "na żywca" w czasie tej lub poprzedniej podróży po Kraju Środka. Bardzo się nam  ten park podobał, pagódki są pięknie rozmieszone wśród drzew i całkiem dobrze opisane. Co więcej, są lekko omszałe, wykonane z takich materiałów, jak ich "oryginały", co nadaje im pozorów autentyczności. Właściwie wszystkie parki, w ktorych ostatnio byliśmy (takie głownie pół dzikie) były niesamowite i jedynym ich mankamentem jest duża ilość gryzących owadów (niestety dało się nam to w kość, bo nieźle sobie na nas te wszystkie komary i meszki poużywały :( ). Powinni może zapoznać się z wynalazkiem z Pachnących Wzgórz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOyyCxCtaI/AAAAAAAAALE/cLb8uI-s4wg/s1600-h/hangzhou+liuheta+3.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOyyCxCtaI/AAAAAAAAALE/cLb8uI-s4wg/s400/hangzhou+liuheta+3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5247734563622532514" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;autorka w parku pod Liuhe Ta&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOyyFdZW3I/AAAAAAAAAK8/_K8L6BfmlS0/s1600-h/hangzhou++liuheta+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOyyFdZW3I/AAAAAAAAAK8/_K8L6BfmlS0/s400/hangzhou++liuheta+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5247734564345437042" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOyyRNuLmI/AAAAAAAAALM/1ptRP1E2aZg/s1600-h/hangzhou+liuheta+4.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOyyRNuLmI/AAAAAAAAALM/1ptRP1E2aZg/s400/hangzhou+liuheta+4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5247734567500918370" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"park antycznych pagód" w Liuhe&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;Ponieważ to notka podsumowaująca nasz pobyt w Hangzhou trzeba powiedzieć, że bardzo nam to miasto i jego okolice przypadło do gustu. A teraz już myślimy o jutrzejszej podróży do Tai'an i zdobywaniu świętej góry taoizmu - Tai Shan (5h na wejście i 3 h na zejście w moim wykonaniu, jak nie lepiej).  Ponieważ Tai'an  jest niewielką miejscowością pielgrzymkową, więc nie wiemy czy uda nam się znaleźć tam jakiś wolno dostępny internet, także nie wiemy kiedy odezwiemy się znowu.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann &amp;amp; PSJ&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-4269146910160909862?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/4269146910160909862/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=4269146910160909862' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/4269146910160909862'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/4269146910160909862'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#4269146910160909862' title='Dzień piętnasty, w lesie pagód'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOyx0mQv-I/AAAAAAAAAK0/pqaNI6CTV9M/s72-c/hangzhou+liuheta+1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-619051327086286283</id><published>2008-09-19T10:06:00.005+08:00</published><updated>2008-09-19T22:18:20.148+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hangzhou'/><title type='text'>Dzień czternasty, czyli relaks</title><content type='html'>Po przedwczorajszym maratonie postanowiliśmy trochę sobie odpuścić i spokojnie pospacerować wokół jeziora, często przysiadując na ławeczkach. Żeby lepiej wtopić się w tłum wzięłam nawet parasolkę, bowiem Chinki używają parasoli i na deszcz i na słońce (zresztą zgodnie z pierwotnym przeznaczeniem). Zatem najpierw przemieściliśmy się autobusową linią turystyczną do wejścia na groblę Su i spacerowym krokiem zaczęliśmy się przemieszczać w tłumie Chińczyków (i nie tylko; już dawno nie widziałam tylu białych twarzy ;)). Takie leniwe spacerowanie było miłą odmianą po bieganiu po wzgórzach...&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOzmOMZ4LI/AAAAAAAAALU/2cwwdxRvUNY/s1600-h/hangzhou+sudi+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOzmOMZ4LI/AAAAAAAAALU/2cwwdxRvUNY/s400/hangzhou+sudi+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5247735460043284658" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOzml1JyVI/AAAAAAAAALc/-0ZhAgxEY_8/s1600-h/hangzhou+sudi+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOzml1JyVI/AAAAAAAAALc/-0ZhAgxEY_8/s400/hangzhou+sudi+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5247735466388212050" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;grobla Su (苏堤）&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;I tym spacerowym krokiem przebyliśmy całą groblę Su i udaliśmy się do „naszej” herbaciarni, gdzie miło spędziliśmy najgorętsze godziny dnia. Pokrzepieni owocami i herbatą, postanowiliśmy jednak trochę się powspinać, więc ruszyliśmy na poszukiwanie małej, zagubionej wśród nadjeziornych wzgórz świątyni taoistycznej. Najpierw trafiliśmy do Pagody Wielkiego Buddy, skąd rozcierał się przepiękny widok na jezioro, a po drugiej stronie wzgórza na miasto. Potem trochę się zagubiliśmy, bo ścieżek było wiele, a mapki niezbyt dokładne. Ale kiedy straciliśmy nadzieję, że dotrzemy do upragnionego celu, usłyszeliśmy dźwięk bębnów i innych instrumentów, które świadczyły, że jesteśmy niedaleko. Faktycznie, trzeba się było wspiąć jeszcze kawałek i naszym oczom ukazała się mała świątynia. Muszę przyznać, że zrobiła ona na nas niesamowite wrażenie. Budynki tworzące dość zwartą zabudowę (z mnóstwem małych przejść) pięknie wkomponowują się w zbocze góry. Ale najważniejsze jest to, że świątynia żyje własnym życiem. Turystów jest tu niewielu i poruszają się tu trochę jak intruzi z innego świata. Trafiliśmy akurat w czas taoistycznych modłów (dźwięki, które słyszeliśmy z dołu, były ich częścią). Przesiedzieliśmy tam dłuższą chwilę, napawając się atmosferą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOzm7hMZeI/AAAAAAAAALk/mTB-4cFez74/s1600-h/hangzhou+beishan+widok+na+beidi.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOzm7hMZeI/AAAAAAAAALk/mTB-4cFez74/s400/hangzhou+beishan+widok+na+beidi.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5247735472210077154" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOznI4EAEI/AAAAAAAAALs/xHrOtKAX0VA/s1600-h/hangzhou+beishan+widok+na+beidi+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOznI4EAEI/AAAAAAAAALs/xHrOtKAX0VA/s400/hangzhou+beishan+widok+na+beidi+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5247735475795656770" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;widoki z Bei shan na groblę Bai （白堤） i jezioro Xi hu&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Dziś natomiast robimy sobie dzień organizacyjno-zakupowy, ponieważ już jutro wieczorem ruszamy w dalszą drogę do Tai'an. Niestety po odebraniu biletów okazało się, że przypadły nam w udziale miejsca twarde leżące, co  wprawia mnie w drobną panikę. Co prawda po internecie ludzie piszą, że całkiem przyjemnie się nimi podróżuje (choć na pewno mniej intymnie, jako że Chińczycy lubią przychodzić do białych, choćby po to, żeby im powiedzieć „hello”), także zobaczymy jak to będzie. Póki co idziemy obkupić się w gryzaczki, co by mieć czym częstować naszych (potencjalnych) chińskich przyjaciół.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Ja powiem jeszcze, że taoistyczna świątynia z klasztorem, o wdzięcznej nazwie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Baopu&lt;/span&gt;, jest jednym z najbardziej wartych odwiedzenia miejsc w Hangzhou. Robi wrażenie zwłaszcza, jeśli wcześniej miało się okazję odwiedzić &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lingyin si&lt;/span&gt;, z jej tłumami turystów i monumentalnością. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Baopu&lt;/span&gt; jest kameralne, w zasadzie poza nami widzieliśmy tam jednego zwiedzającego (i trzech kolejnych idących pod górę), poza tym jest nadal żywym obiektem kultu - w czasie moich wcześniejszych trzech wizyt w Chinach nie miałem okazji zobaczyć taoistycznej ceremonii. Robi też ogromne wrażenie ze względu na prowadzącą tam ścieżkę. Drogi dojścia są dwie, obie nieoznaczone :) - jedna poprzez willę jakiegoś zasłużonego członka KPCh, mniej więcej w połowie &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Beishan lu&lt;/span&gt; i ulicy leżącej bezpośrednio za &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Beishan lu&lt;/span&gt;, druga, jak opisywała Ania - przez rekonstruowaną pagodę. Ogólnie trzeba się drapać ciągle w górę kamiennymi schodami :) ale warto.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNO0guxxvwI/AAAAAAAAAL0/1f5HEktHQ4s/s1600-h/hangzhou+by+night+4.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNO0guxxvwI/AAAAAAAAAL0/1f5HEktHQ4s/s400/hangzhou+by+night+4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5247736465222385410" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-619051327086286283?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/619051327086286283/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=619051327086286283' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/619051327086286283'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/619051327086286283'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#619051327086286283' title='Dzień czternasty, czyli relaks'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNOzmOMZ4LI/AAAAAAAAALU/2cwwdxRvUNY/s72-c/hangzhou+sudi+1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-4941443875441796085</id><published>2008-09-18T09:23:00.002+08:00</published><updated>2008-09-18T09:30:20.585+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='konkurs'/><title type='text'>Konkurs nr 3</title><content type='html'>Dziś będzie audiotele. Rzecz jest prosta, wygrywa pierwsza osoba, która udzieli prawidłowej odpowiedzi (UWAGA: 2 odpowiedzi są prawidłowe i trzeba podać obie). A pytanie jest następujące:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co grają polewaczki miejskie (takie maszyny czyszczące ulice) w Hangzhou?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;a) hymn Chin&lt;br /&gt;b) Scarborough Fair&lt;br /&gt;c) Happy Birthday&lt;br /&gt;d) Marsyliankę&lt;br /&gt;e) Jingle Bells&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-4941443875441796085?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/4941443875441796085/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=4941443875441796085' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/4941443875441796085'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/4941443875441796085'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#4941443875441796085' title='Konkurs nr 3'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-7701798459625511266</id><published>2008-09-17T22:23:00.008+08:00</published><updated>2008-09-17T22:56:04.131+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Longjing'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='jedzenie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hangzhou'/><title type='text'>Dzień trzynasty, albo dalsze podróże po Hangzhou i okolicy</title><content type='html'>Zainspirowani wczorajszą wizytą w herbaciarni (chyba się tam jeszcze wybierzemy) wybraliśmy się dzisiaj do Muzeum Herbaty. Był to niemały spacer, bowiem muzeum owo znajduje się wśród wzgórz po przeciwnej (niż nasza) stronie jeziora, ale warto było.  W nowocześnie zaaranżowanych salkach można zapoznać się z historią herbaty (w Chinach), dokładną klasyfikacją rodzajów herbaty ze względu na sposób przygotowania i obróbki, a także z dokładnym instruktażem prawidłowego zaparzania i podawania. Dowiedziałam się wielu zaskakujących rzeczy, min., że krzewy herbaciane są krzewami tylko przez działania człowieka, a dzikie wyrastały na całkiem spore drzewa.&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEUNAMhYlI/AAAAAAAAAJY/_AIBUyq1Mr8/s1600-h/hangzhou+droga+do+longjing+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEUNAMhYlI/AAAAAAAAAJY/_AIBUyq1Mr8/s400/hangzhou+droga+do+longjing+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246997254486712914" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;plantacje herbaty w okolicy Longjing&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;W muzealnym sklepiku zakupiliśmy książeczkę zawierającą te wszystkie informacje oraz, oczywiście, miejscową herbatę &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Longjing cha&lt;/span&gt; (jej nazwę -龙井 - tłumaczy się jako „smocza studnia”).  &lt;/p&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Po tej interesującej wizycie zrobiliśmy przerwę na lunch, w czasie którego Paweł musiał zmierzyć się z chińską pszczołą (albo czymś pokrewnym), która bynajmniej nie ciągnęła do ogórków, czy okolicznych kwiatów, tylko do plastrów wołowiny na zimno. Nic innego jej nie pociągało a w wołowinie się niemal tarzała. W końcu Paweł użył swojego kung fu i szybkim ruchem uwięził ją pod miseczką.  &lt;/p&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Mimo dość dużego zmęczenia upałem i wyczerpującym spacerem, postanowiliśmy się dobić wizytą w pobliskiej największej świątyni buddyjskiej &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lingyin (灵隐寺， língyǐn sì)&lt;/span&gt; oraz zwiedzić park Feilai razem z „Szczytem, który przyleciał” (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Feilai Feng&lt;/span&gt;, 飞来峰). W kolejnych budynkach świątyni znajdują się ogromne posągi Archatów i Buddy, z których najbardziej imponująca jest 20-metrowa postać Siddharthy (historycznego Buddy). Równie ciekawe są posągi wykute w zboczach Feilai Feng.&lt;/p&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNETlOGmfXI/AAAAAAAAAIQ/LLnL_6fED4w/s1600-h/hangzhou+lingyin+si+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNETlOGmfXI/AAAAAAAAAIQ/LLnL_6fED4w/s400/hangzhou+lingyin+si+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246996571025210738" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNETlRxpyHI/AAAAAAAAAIg/2bqhmK5lNi8/s1600-h/hangzhou+lingyin+si+3.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNETlRxpyHI/AAAAAAAAAIg/2bqhmK5lNi8/s400/hangzhou+lingyin+si+3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246996572011087986" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;świątynia Lingyin&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNETk12nQWI/AAAAAAAAAIA/e7SBHPkOPe8/s1600-h/hangzhou+feilai+feng+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNETk12nQWI/AAAAAAAAAIA/e7SBHPkOPe8/s400/hangzhou+feilai+feng+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246996564515701090" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNETkw_YPEI/AAAAAAAAAII/6N0YyGwreGs/s1600-h/hangzhou+feilai+feng+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNETkw_YPEI/AAAAAAAAAII/6N0YyGwreGs/s400/hangzhou+feilai+feng+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246996563210288194" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;buddyjskie rzeźby w zboczach Feilai Feng&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Wieczór zakończyliśmy w restauracji serwującej tradycyjne potrawy Hangzhou – z najbardziej reprezentacyjnych dań, wybraliśmy krewetki w zielonej herbacie&lt;span style="font-style: italic;"&gt; Longjing&lt;/span&gt; (pozostałe smakołyki to min. „kurczak żebraka” i wieprzowina Dongpo; może jeszcze będzie okazja ich skosztować). Poza krewetkami było jeszcze parę dań, także po kolacji ruszyliśmy jeszcze na leniwy spacer po  odrestaurowaną starą uliczką &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Qinghefang&lt;/span&gt;, obecnie pełniącą rolę turystycznej alei handlowej, ale wieczorową pora nawet miło się tam spaceruje.&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEUa7NXKfI/AAAAAAAAAJg/1zJ3V9KKLE8/s1600-h/hangzhou+by+night+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEUa7NXKfI/AAAAAAAAAJg/1zJ3V9KKLE8/s400/hangzhou+by+night+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246997493666228722" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEUbLO3CBI/AAAAAAAAAJo/n2C5bjIIYxI/s1600-h/hangzhou+by+night+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEUbLO3CBI/AAAAAAAAAJo/n2C5bjIIYxI/s400/hangzhou+by+night+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246997497967478802" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Dodam jeszcze, że wspomniana przez Anię herbata &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Longjing&lt;/span&gt; jest uprawiana w okolicy Muzeum Herbaty, we wiosce Longjing, i uznawana jest przez część koneserów za najlepszą zieloną herbatę Chin. Miejscowi w każdym razie nie pozwalają nikomu o tym zapomnieć. Gdyby tylko język chiński miał przypadki, to w Hangzhou słowo &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Longjing&lt;/span&gt; byłoby z pewnością odmienione przez nie wszystkie.&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Spore wrażenie robi też &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lingyin Si&lt;/span&gt;. Warto mieć na uwadze, iż dwie-trzy godziny to zdecydowane minimum na zwiedzenie połączonych kompleksów &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Lingyin Si &lt;/span&gt;i &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Feilai Feng&lt;/span&gt; - na dole kupuje się bilet wejściowy na cały "teren", natomiast wejście do samej świątyni jest dodatkowo płatne w osobnej kasie. Dalej w głąb terenu przylegającego do Feilai Feng znajdują się jeszcze jakieś dwie mniejsze świątynki, ale do nich nawet nie dotarliśmy. Obfotografowane buddyjskie rzeźby w skale są jedynie od strony strumienia i głównej ścieżki, natomiast my wleźliśmy na sam szczyt &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Feilai Feng&lt;/span&gt;, gdzie... niczego nie ma :) Nie jest to takie złe, bo jest to w sumie jedno z niewielu miejsc, gdzie nie ma również Chińczyków - po dwóch tygodniach ciągłego przebywania w tłumie ludzi może być to niewątpliwą zaletą (zwłaszcza, gdy nawet łazienka we własnym hotelu jest szklana - mam poważny deficyt prywatności). Kolejnym problemem jest powrót - pod wejściem do Feilai feng &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;nie&lt;/span&gt; ma wolnych taksówek! My pojęchaliśmy autobusem miejskim, ale panował w nim niemożebny ścisk, a poza tym do przystanku trzeba przejść z 700 m, co po zwiedzeniu świątyni (ona też pnie się ostro pod górę) może być już problemem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-7701798459625511266?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/7701798459625511266/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=7701798459625511266' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7701798459625511266'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7701798459625511266'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#7701798459625511266' title='Dzień trzynasty, albo dalsze podróże po Hangzhou i okolicy'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEUNAMhYlI/AAAAAAAAAJY/_AIBUyq1Mr8/s72-c/hangzhou+droga+do+longjing+2.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-7325966568285128398</id><published>2008-09-17T09:21:00.005+08:00</published><updated>2008-09-17T21:40:39.179+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hangzhou'/><title type='text'>Dzień dwunasty - dalsze rajdy po Hangzhou</title><content type='html'>Wczoraj postanowliśmy ruszyć spacerkiem wzdłuż Jeziora Zachodniego i tak też uczyniliśmy, robiąc tylko postój na kawę z ciastkiem (śniadanie w hotelu co prawda mamy, ale jest ono w wersji jedynie chińskiej, i to raczej ubogiej i kiepskiej). Ruszyliśmy w stronę północno-zachodnią jeziora, delektując się przyjemnym, lekkim wiaterkiem i ładnymi widokami. Chińczyków jest tu zatrzęsienie, a białych jakoś dziwnie mało, co (chyba?) powoduje, że wszyscy się na nas gapią.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbdmsrRI/AAAAAAAAAHI/nXd2_phc7No/s1600-h/hangzhou+xihu+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbdmsrRI/AAAAAAAAAHI/nXd2_phc7No/s400/hangzhou+xihu+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246983209248140562" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbH-y1hI/AAAAAAAAAHA/h0N9kEbc7FE/s1600-h/hangzhou+xihu+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbH-y1hI/AAAAAAAAAHA/h0N9kEbc7FE/s400/hangzhou+xihu+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246983203443627538" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;widoki nad Jeziorem Zachodnim (Xi hu)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Gdy już nas to zmęczyło, uciekliśmy z głównej trasy do pięknych ogrodów, gdzie mogliśmy odpocząć od wścibskich spojrzeń. Zwiedziliśmy min. mały, ale bardzo urokliwy park, należący do Towarzystwa Rytowników Pieczęci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbZ5C9bI/AAAAAAAAAHQ/SoVLXTVrMoc/s1600-h/hangzhou+ogrod+rytownikow+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbZ5C9bI/AAAAAAAAAHQ/SoVLXTVrMoc/s400/hangzhou+ogrod+rytownikow+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246983208251356594" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ogród Towarzystwa Rytowników Pieczęci&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;W międzyczasie zgłodnieliśmy już nieco, a poza tym chcieliśmy przeczekać największy upał, więc zaczęliśmy się rozglądać za jakąś restauracją. W związku z tym odeszliśmy znad brzegu jeziora, gdyż tam mieszczą się głównie kawiarnie. Chwilę pobłądziliśmy, ale na szczęście naszym oczom ukazało się miejsce wyglądające bardzo zachęcająco. Dziarsko wkroczyliśmy do środka, więc kiedy się okazało, że to herbaciarnia miny nam nieco zrzedły. Niemniej jednak postanowiliśmy zostać i to była bardzo dobra decyzja! Paweł wybrał herbatę z karty (tylko po chińsku; wymienione są wszystkie herbaty, cena jest jedna, liczona od osoby) i zaraz dostaliśmy nie tylko szklanki z naparem, ale też mnóstwo talerzy z owocami i orzeszkami, a także okazało się, że można samemu z podgrzewaczy brać sobie różne przekąski. Dopadliśmy więc misek z makaronem, a potem już każdy według gustu i potrzeb coś tam skubnął. Herbata była przepyszna, owoce świeże i doskonałe. Można by tam spędzić cały dzień (Paweł doczytał się w regulaminie herbaciarni, że jak przesiadujesz zbyt długo - czas liczony w godzinach - to obsługa ma prawo prosić cię o wyjaśnienie). Myśmy spędzili tam ok 1.5 godziny i była to miła odmiana od chińskich restauracji, gdzie wszyscy szybko jedzą i wychodzą. Wyszliśmy stamtąd bardzo zadowoleni i mocno najedzeni (tych owoców było tyle... i pistacje, do których ręka sama się wyciągała, i jeszcze panie roznosiły jakieś inne małe przekąski). A najlepsze jest to, że zapłaciliśmy po 80Y za szklankę, a całe to jedzenie (owoce i przekąski można było dobierać dowolnie) było już w tej cenie. Nie jest to oczywiście najtańszy posiłek jaki mozna dostać w Chinach, ale na pewno wart swojej ceny!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbkH5E2I/AAAAAAAAAHg/OMW1IgRju_U/s1600-h/hangzhou+teahouse.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbkH5E2I/AAAAAAAAAHg/OMW1IgRju_U/s400/hangzhou+teahouse.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246983210997977954" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"powitalny" zestaw w herbaciarni&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Po obiedzie zarządziliśmy powrót, znów brzegiem jeziora. Wieczorem zaś wybraliśmy się do restauracji wegetariańskiej serwującej dania udające mięsne. Paweł zamówił móżdżek, wiosennego kurczaka, wołowinkę i kulki krewetkowe. Wszystko było bardzo dobre, choć naprawdę jak mięso smakował tylko móżdżek, reszta niestety albo miała smak ale nie miała odpowiedniej konsystencji (jak wołowina z grzybów), albo miała odpowiednią konsystencję, ale nie miała smaku (jak kurczak). mamy plan żeby wybrać się jeszcze raz do takiej restauracji w Pekinie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbq7CrLI/AAAAAAAAAHY/nEg4kS1F_4g/s1600-h/hangzhou+swinki.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbq7CrLI/AAAAAAAAAHY/nEg4kS1F_4g/s400/hangzhou+swinki.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246983212823129266" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;świnki Pekinki w Hangzhou!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;Ja dodam jeszcze tylko, że Hangzhou to zdecydowanie najładniejsze z odwiedzonych przez nas dotychczas chińskich miast. Panuje tu (jak na warunki chińskie) spokój, powietrze jest naprawdę czyste i da się normalnie oddychać... Duża ilość turystów oraz studentów z mieszczącego się tu uniwersytetu prowincji Zhejiang nadają niewielkiemu Hangzhou niesamowitą atmosferę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHiueL4pI/AAAAAAAAAHo/bQ_JKdqz9iA/s1600-h/hangzhou+ulice+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHiueL4pI/AAAAAAAAAHo/bQ_JKdqz9iA/s400/hangzhou+ulice+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246983334034924178" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ulice Hangzhou (1)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEIiSACa6I/AAAAAAAAAHw/zmX3XltBfP4/s1600-h/hangzhou+ulice+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEIiSACa6I/AAAAAAAAAHw/zmX3XltBfP4/s400/hangzhou+ulice+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246984425903909794" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;ulice Hangzhou (z autorem :)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEIiVz4N1I/AAAAAAAAAH4/vQ-zV55DPSI/s1600-h/hangzhou+ulice+3.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEIiVz4N1I/AAAAAAAAAH4/vQ-zV55DPSI/s400/hangzhou+ulice+3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246984426926651218" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;j.w.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-7325966568285128398?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/7325966568285128398/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=7325966568285128398' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7325966568285128398'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7325966568285128398'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#7325966568285128398' title='Dzień dwunasty - dalsze rajdy po Hangzhou'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SNEHbdmsrRI/AAAAAAAAAHI/nXd2_phc7No/s72-c/hangzhou+xihu+2.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-5389515651867415945</id><published>2008-09-15T22:41:00.006+08:00</published><updated>2008-09-16T00:16:44.328+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przygody'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Shanghai'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Hangzhou'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szanghaj'/><title type='text'>Dzień jedenasty - oko w oko z tajfunem, oraz nocne wyjście na sichu</title><content type='html'>No dobrze, nie na "sichu", tylko &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Xi hu (&lt;/span&gt;西湖), czyli Jezioro Zachodnie. Ale, jak mawiają autorzy kiepskich kryminałów, "nie uprzedzajmy faktów".&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj wieczorem, z okazji chińskiego Święta Środka Jesieni （中秋节）, nakupowaliśmy w pobliskim sklepiku tradycyjnych "księżycowych" ciasteczek ryżowych, które spożyliśmy w zaciszu hotelowego pokoju. Była okazja, żeby znowu nawiązać do pierwotnie zakładanego leit-motivu bloga, czyli świnek pekinek.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KG5KIfdI/AAAAAAAAAF4/GmKwuSlNzyo/s1600-h/swinki+mooncake.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KG5KIfdI/AAAAAAAAAF4/GmKwuSlNzyo/s400/swinki+mooncake.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246282466960375250" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Świnki pekinki życzą wesołego Święta Środka Jesieni!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiejszy poranek nadal trzymał nas w niepewności, co do dalszych planów podróży. Około 10.00 było jednak jasne, że 台风 (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;taifeng), &lt;/span&gt;czyli nasz swojski tajfun, nie odpuszcza, i o podróży statkiem możemy zapomnieć. Jak powiedziała pani Feng - "没办法". Nie ma rady.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka nerwowych telefonów między Pekinem, nami, koczującymi w "tanim hoteliku", oraz szanghajskim agentem turystycznym załatwiło jednak sprawę. Podjęliśmy męską decyzję o przedłużeniu pobytu w Hangzhou, a nawet udało nam się dostać bilety na wieczorny pociąg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KHNH5vJI/AAAAAAAAAGA/DwnHByZP44M/s1600-h/szanghai+lintong+hotel.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KHNH5vJI/AAAAAAAAAGA/DwnHByZP44M/s400/szanghai+lintong+hotel.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246282472319728786" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;widok z okna hotelu Lintong - jeden z powodów, dla których tak ważne było złapanie wieczornego pociągu&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Po drodze na dworzec tajfun dał o sobie znać już w Szanghaju, w postaci potężnej burzy. Na szczęście poczekalnia kolejowa (przynajmniej w części dla oczekujących na specjalny ekspres turystyczny do Hangzhou) była wygodna, klimatyzowana, a nawet zaopatrzona w jako tako działający internet.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Późnym wieczorem dotarliśmy do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Hangzhou &lt;/span&gt;(杭州), sporego miasta, znanego głównie ze wspomnianego &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Xi hu&lt;/span&gt;, oraz masowego ruchu turystycznego. Pani Yelin, nasz człowiek w Pekinie, załatwiła nam tu hotel o zachęcającej nazwie "European style holiday hotel". Nie bylismy jednak wewnętrznie przygotowani na to, jak Chińczycy rozumieją "european style". Hol recepcji, podobnie jak korytarze, urządzony jest w jakiejś potwornej mieszaninie nieudolnego naśladowania art deco i klasycyzmu, połączonych z dużą ilością mosiądzu, wykonanych z lekko azjatyckim sznytem kopii europejskich dzieł sztuki (przyciągają wzrok zwłaszcza "Narodziny Wenus" oraz konny portret Napoleona - ten Davida - pięknie odrobione w postaci płaskorzeźb z jakiś kolorowych metali) i ogólnie lekkiego kiczu. Najbardziej wstrząsająca jest pokojowa toaleta o szklanych (sic!) ścianach. Ogólnie jednak jest dość czysto, mają szybki i darmowy internet, więc nie narzekamy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po zrzuceniu bagaży, wybralismy się jeszcze na dwu-trzykilometrowy nocny spacer nad to osławione &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Xi hu&lt;/span&gt;, i... robi wrażenie. Na razie tylko rzuciliśmy okiem, przeszliśmy kawałek romantyczną alejką (mimo późnej pory, całkiem sporo ludzi. Cały czas mówimy o kraju, w którym większość lokali zamyka się na głucho o 22.00), ale wydaje mi się, że za dnia będzie jeszcze ładniej. Mamy dużo czasu, żeby obejść Hangzhou wzdłuż i wszerz.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.S. Właśnie do pokoju zadzwoniły jakieś damy lekkiej konduity. Na szczęście chyba przez przypadek, bo zanim wyszedłem z pokoju, one stały już przy następnych drzwiach. Poza tym na korytarzu pojawił się też pracownik hotelu, chyba grożąc im (niezbyt energicznie) palcem. Z drugiej strony na stoliku, przy którym siedzę, lezy szeroki wybór prezerwatyw (10 Y paczka) oraz płynów do dezynfekcji okolic intymnych (takoż). Cóż, "european style"...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ &amp;amp; Ann&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-5389515651867415945?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/5389515651867415945/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=5389515651867415945' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5389515651867415945'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5389515651867415945'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#5389515651867415945' title='Dzień jedenasty - oko w oko z tajfunem, oraz nocne wyjście na sichu'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KG5KIfdI/AAAAAAAAAF4/GmKwuSlNzyo/s72-c/swinki+mooncake.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-5854377758303483549</id><published>2008-09-15T16:25:00.002+08:00</published><updated>2008-09-15T16:32:24.879+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='przygody'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Shanghai'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szanghaj'/><title type='text'>Dzień dziesiąty - Shanghaied! *</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Trudno mi w zasadzie dodać coś do tego, co Anna napisała o naszym dniu w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tongli&lt;/span&gt; (同里 ) oraz pożegnalnym wieczorze w &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Suzhou&lt;/span&gt; (苏州). Udało nam się przejechać na wywalczonych przeze mnie biletach do Szanghaju. Udało się następnie odnaleźć jakiś leżący na uboczu, ale polecany przez Lonely Planet (chyba z powodu niskich cen...) pensjonat, mimo iż kierowca szanghajskiej taksówki nie wiedział, gdzie jest ulica 临潼 (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;lintong&lt;/span&gt;), a ja nie do końca rozumiałem, co on do mnie mówi. Potem jednak – nieoczekiwanie – zaczęły się schody.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wesoła, aczkolwiek nie mówiąca w ogóle po angielsku pani Feng – nasz agent turystyczny w Szanghaju, ukrywający się w kolejnym z trudem odnajdywanym przez taksówkarzy hotelu – poinformowała mnie dziś z troską, iż nie mogę odebrać naszych biletów na statek na &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Putuo shan&lt;/span&gt;, gdyż szaleje lub zbliża się (znowu nie do końca zrozumiałem) tajfun, i statki nie pływają. Co gorsza, na Putuo shan mamy zrobioną rezerwację na dwie noce, która może nam przepaść – Putuo to wyspa, na którą inaczej, niż drogą morską nie da się dostać. Sytuacja rozwiąże się w ten czy inny sposób jutro. Uruchomiłem moje &lt;span style="font-style: italic;"&gt;guangxi&lt;/span&gt;, w razie czego pojedziemy wcześniej do Hangzhou.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pani Feng musiała mieć dobre informacje, gdyż w chwile po wyjściu z jej biura zostaliśmy złapani przez dość ostry deszcz. Bogu dzięki, temperatura powietrza nie spadła poniżej 25 stopni. Po dłuższym spacerze dotarliśmy do wielkiego, 7-piętrowego malla, gdzie właśnie siedzimy w Starbucks (obserwacja uczestnicząca – sporo młodych Chińczyków nawet w kawiarni zamawia herbatę. Jaka jest metoda w tym szaleństwie?) i uzupełniamy bloga, ciesząc się chwilą suchości.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Inną ciekawą sprawą było dzisiejsze spotkanie z przyjaznym i bezinteresownym Chińczykiem (młodą Chinką, w zasadzie), w samym środku najbardziej zakazanej, pozbawionej tabliczek z nazwami ulic i chaotycznie zabudowanej dzielnicy Szanghaju. Tak, w tej samej, w której stoi nasz nowy hotel. Otóż widząc nasze rozpaczliwe próby odkrycia stacji metra oraz odnalezienia aktualnej pozycji na planie miasta, młoda Chinka zaoferowała po angielsku (!) swą pomoc, twierdząc, że chciałaby poćwiczyć język. Co więcej, powiedziała, że mieszka niedaleczko i właściwie się nie spieszy, więc zaprowadzi nas na stację (!!). Piękny przykład altruizmu, przywracający wiarę w ludzi. Dzielnie stawiliśmy czoła jej wymogą angielskiej konwersacji.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja tam jestem lekko wstrząśnięta doniesieniami o tajfunie i ogólnie zagubiona, więc tylko dodam, że z okazji deszczu staliśmy się posiadaczami parasolki w serduszka, bardzo kawaii (po chińsku – 可爱, &lt;span style="font-style: italic;"&gt;ke'ai&lt;/span&gt;) i bardzo na czasie, dziś bowiem mamy Święto Połowy Jesieni (będące również świętem zakochanych), kiedy to je się księżycowe ciasteczka (zamierzamy kupić) i wpatruje się w księżyc (niestety aura nie sprzyja).&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* - Szanghaied (ang.) - porwany na statek w charakterze "przymusowego" członka załogi. Nas co prawda nikt nie porwał, a nawet nie wpuszczono nas na statek, ale przymusowo musieliśmy przeczekać jeden dzień w Szanghaju...&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-5854377758303483549?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/5854377758303483549/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=5854377758303483549' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5854377758303483549'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5854377758303483549'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#5854377758303483549' title='Dzień dziesiąty - Shanghaied! *'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-1448232447868846819</id><published>2008-09-15T16:12:00.004+08:00</published><updated>2008-09-16T00:23:55.147+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Suzhou'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Tongli'/><title type='text'>Dzień dziewiąty, czyli dalej w Suzhou i okolicach</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;style type="text/css"&gt;  &lt;!--   @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm }   P { margin-bottom: 0.21cm }  --&gt;  &lt;/style&gt;  &lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:Thorndale AMT,Times New Roman,serif;font-size:100%;"  &gt;Dzisiaj postanowiliśmy na własną rękę zrobić sobie wycieczkę do kolejnego z wodnych miast. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tongli&lt;/span&gt; leży w odległości ok 30km od &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Suzhou&lt;/span&gt; i nasz (papierowy) przewodnik twierdził, że z dworca autobusowego można swobodnie złapać jeden z turystycznych autobusów zmierzających do tego miasta. Zatem po śniadaniu złapaliśmy taksówkę i pojechaliśmy na dworzec. Pierwsze wrażenie? Morze Chińczyków i ani jednego białego na horyzoncie. Przez dworzec przewalały się dzikie tłumy. Paweł dzielnie wkroczył do środka i po dłuższej chwili (którą my spędziliśmy na dworze zbierając przeciągłe spojrzenia miejscowych) wynurzył się z czterema biletami na autobus (8Y) oraz biletami do zabytkowej części &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tongli&lt;/span&gt; (80Y). Okazało się, że faktycznie turystyczne autobusy odchodzą co godzinę i jak już człowiek trochę ochłonie, to stwierdzi, że jest to wszystko całkiem sprawnie zorganizowane. Po kupieniu biletu trzeba odczekać do chwili 15min-do-odjazdu, przepchać się przez zatłoczoną poczekalnię do wyjścia nr 1 (na szczęście to to leżące najbliżej wejścia) i czekać aż na tablicy wyświetli się (tylko po chińsku, więc wcześniej trzeba sobie przyswoić znaki) nazwa miasta. Gdy się wyświetli należy się przepchać do wyjścia i do pani, co nam bilet skasuje, a następnie wsiadamy do klimatyzowanego autobusu i w drogę.&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Po niecałej godzinie byliśmy na miejscu. Jeszcze krótki spacerek i mogliśmy nacieszyć nasze oczy pięknymi widokami. Nasz bilet pozwalał na wejście – poza oczywiście wstępem do samego starego miasta – do 10 atrakcji, z czego do dwóch wejść nie zdołaliśmy ze zmęczenia. Zwiedziliśmy kolejne piękne ogrody i rezydencje, o czym już może nie będę zanudzać. Warto wspomnieć jednak jakie rozrywki w takich miejscach czekają na turystę. Poza dość standardowym fotografowaniem się w strojach z epoki, karmieniem karpi (żarłoczne niesamowicie, wyglądają jakby gotowe były odgryźć człowiekowi rękę, a przynajmniej palec), czy podróżą kanałami łódką, można pobębnić na dawnych bębnach albo spróbować sił na sitarze, obejrzeć tradycyjną operę albo sfotografować się z kormoranami (nie wiem czy była opcja łowienia z kormoranem, ale całkiem nie wykluczone). Acha, w Tongli mieści się kolejne Muzeum Seksu, które oczywiście odwiedziliśmy również (choć bilet ogólny go nie obejmował; trzeba było dołożyć 20Y). Tablice informacyjne były identyczne jak w Szanghaju, ale eksponatów jakby więcej, szczególne wrażenie robiła ekspozycja kamiennych rzeźb ładnie wkomponowanych w ogród.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KuZgEOYI/AAAAAAAAAGQ/irAz6AWP5xc/s1600-h/tongli+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KuZgEOYI/AAAAAAAAAGQ/irAz6AWP5xc/s400/tongli+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246283145657203074" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tongli - kanały&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KugPhWeI/AAAAAAAAAGY/R3tdJu1ezbY/s1600-h/tongli+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KugPhWeI/AAAAAAAAAGY/R3tdJu1ezbY/s400/tongli+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246283147466856930" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tongli - ogrody&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6Ku466-EI/AAAAAAAAAGg/dPo-I3fu7og/s1600-h/tongli+3.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6Ku466-EI/AAAAAAAAAGg/dPo-I3fu7og/s400/tongli+3.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246283154091341890" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tongli - ogrody c.d.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KvN08IhI/AAAAAAAAAGo/GxVZMwAUxyQ/s1600-h/tongli+karpie.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KvN08IhI/AAAAAAAAAGo/GxVZMwAUxyQ/s400/tongli+karpie.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246283159703396882" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;wygłodniałe karpie w ogrodach w Tongli&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6LqWrkYxI/AAAAAAAAAGw/noAt6SKonFA/s1600-h/tongli+4.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6LqWrkYxI/AAAAAAAAAGw/noAt6SKonFA/s400/tongli+4.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246284175692292882" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;...i znowu ogrody&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6LqXqP9FI/AAAAAAAAAG4/dgs0No4VMb4/s1600-h/tongli+sex.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6LqXqP9FI/AAAAAAAAAG4/dgs0No4VMb4/s400/tongli+sex.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246284175955194962" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;muzeum kultury seksualnej w Tongli - ogród&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Nad jednym z kanałów zatrzymaliśmy się na mały odpoczynek, który spędziliśmy nad piwem i jakimiś warzywami zamówionymi, jako przekąska. Jedno to chyba była kapusta bok choi a drugie – jakaś lokalna zielenina o kwaskowym smaku. Jedliśmy ją już wcześniej, ale tym razem sposób przyprawienia przywiódł niektórym z nas na myśl ogórki kiszone. Tę błogą chwilę odpoczynku mąciły nieco okrzyki Chińczyków i ich wskazywanie na nas. Nie byliśmy co prawda jedynymi białymi na terenie Tongli, ale widać nie było ich na tyle dużo, byśmy nie stanowili atrakcji (szczególnie dla młodszych).  &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KuSSCyEI/AAAAAAAAAGI/pVV_UA468jQ/s1600-h/tongli+swinki.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KuSSCyEI/AAAAAAAAAGI/pVV_UA468jQ/s400/tongli+swinki.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246283143719340098" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Świnki-pekinki w Tongli!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Po szesnastej zarządziliśmy odwrót i udaliśmy się z powrotem na dworzec, gdzie okazało się, że zwykłe autobusy do Suzhou (ta sama cena co turystyczne) odchodzą co 20 min., więc się zabraliśmy jednym z nich. Był co prawda mniej czysty (łagodnie powiedziane - PSJ), ale również klimatyzowany i jazda nim nie trwała dłużej. Gdy dojechaliśmy do Suzhou, postanowiliśmy udać się na drugą stronę ulicy, do dworca kolejowego, gdyż musieliśmy sobie zakupić bilety powrotne do Szanghaju, bowiem jutro znów zmieniamy lokalizację. Stanęliśmy w najkrótszej kolejce, która nawet całkiem sprawnie się przesuwała – duże było nasze zdziwienie, gdy okazało się, że kasa, do której stoimy ma przerwę i w tej chwili nie pracuje. Na szczęście 3 min, później kasjerka wróciła z przerwy i po kilku kolejnych minutach stanęliśmy przed jej obliczem.  &lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;W tamtej chwili jednak mieliśmy inny problem, tzn gdzie idziemy zjeść. Ruszyliśmy pieszo w stronę centrum i nakierowując się na, co bardziej rozświetlone uliczki, z obłędem w oku szukaliśmy jakiegoś lokalu. Po drodze mijaliśmy jakieś lokalne jadłodajnie, ale nic co by nas przekonało. Jednak gdy kiszki marsza grają wymagania drastycznie spadają, więc gdy tylko zobaczyliśmy knajpkę tłumnie obsadzoną przez miejscowych, odważnie wkroczyliśmy. Pani na wejściu próbowała nas zniechęcić informując, że nie posiadają angielskiego menu, ale Paweł stwierdził, że da radę. wszyscy byliśmy dość zdesperowani, więc przystaliśmy na to bez wahania. Paweł przestudiował kartę i złożył zamówienie, po czym poinformował nas, że zamówił jakieś warzywa,  krewetki, coś z jakimś mięsem, niespodziankę z Zhouzhuang'u (niespodziankę, bo tylko nazwę miasta w tej pozycji odczytał) i ogórki. Ogórki z gęstym słodkawym sosem i „szkliste” krewetki to zawsze strzał w dziesiątkę, mięsem okazał się kurczak na zimno („smakuje jak te kurczaki, które kiedyś się woziło w wałówce razem z jajkiem na twardo itp.” - jak to skomentował Tata). Warzywa to znów kapusta i miejscowe kwaskowe zielsko, tym razem z bobem. natomiast niespodzianka... niespodzianka była nieidentyfikowalna, choć niektórzy wysnuli teorię, że mógł być to żółw. Co prawda, w akwariach nie dopatrzyliśmy się żadnego, ale kto ich tam wie... (ja na wszelki wypadek nie jadłam, żółwie mają takie sympatyczne pyski, szkoda by mi go było, choć to jednak pewnie nie był żółw...)&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;I na tym koniec przygody z wodnymi miastami. Jutro żegnamy moich rodziców – oni udają się na północ i do domu, a my wracamy do Szanghaju a stamtąd płyniemy na wyspę &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:100%;" &gt;Putuo&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: bold; font-style: italic; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Ann&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Ja zaś chciałem powiedzieć, że w trakcie wieczornych (i podkreślam, że nie mówię tu o późnej nocy, ale raczej o porze wieczorynki) spacerów po &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:100%;" &gt;Suzhou&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; zaskoczyła mnie wszechobecna i niemal jawna prostytucja. Przybiera ona formę szemranych barów przy jednym z głównych deptaków Suzhou (nie wiem, czy przy innych jest podobnie), charakteryzujących się przygaszonym światłem oraz tym, że siedzą w nich wyłącznie skąpo ubrane &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;font-size:100%;" &gt;xiaojie&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;, młode niewiasty. Nie jestem co prawda specjalistą od dam negocjowalnej reputacji, ale w Warszawie czy jakimkolwiek innym mieście Polski nie zdarzyło mi się widzieć tylu barów z paniami łatwego prowadzenia na jednej ulicy, niemalże jeden przy drugim.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM5zTlP7NLI/AAAAAAAAAFw/Hdi4-T9BLR8/s1600-h/suzhou+kanaly.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM5zTlP7NLI/AAAAAAAAAFw/Hdi4-T9BLR8/s400/suzhou+kanaly.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246257396186821810" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Jak jednak widać na powyższym zdjęciu, Suzhou to miasto, które potrafi być naprawdę piękne. Tak na marginesie - to nie jest makieta :) tylko prawdziwe nocne zdjęcie (za statyw posłużyła przydrożna sterta cegieł). Ania potrafi robić niezłe zdjęcia...&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: bold; font-style: italic; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-1448232447868846819?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/1448232447868846819/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=1448232447868846819' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1448232447868846819'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1448232447868846819'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#1448232447868846819' title='Dzień dziewiąty, czyli dalej w Suzhou i okolicach'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM6KuZgEOYI/AAAAAAAAAGQ/irAz6AWP5xc/s72-c/tongli+1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-7919856374115484588</id><published>2008-09-12T19:38:00.004+08:00</published><updated>2008-09-15T16:54:34.760+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Suzhou'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Zhouzhuang'/><title type='text'>Dzień ósmy, czyli niezły kanał oraz chińskie tortury (językowe)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;&lt;style type="text/css"&gt;  &lt;!--   @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm }   P { margin-bottom: 0.21cm }  --&gt;  &lt;/style&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Mimo dość pochmurnej pogody udało nam się wczoraj zobaczyć jeszcze ogród nazwany Pawilonem Niebieskiej Fali. Bambusowe zagajniki, mroczne korytarze i piętrzące się w niebo skałki tworzyły nieco tajemniczą atmosferę. Niestety musieliśmy stamtąd uciekać przed chmarą złośliwych komarów. Następnie Paweł wywiódł nas okrężną drogą do &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pan Men&lt;/span&gt;, dawnej bramy miejskiej. Chcąc nie chcąc, żeby się na nią dostać musieliśmy kupić bilet do parku otaczającego pagodę &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Ruiguang&lt;/span&gt; (nie zrobiliśmy tego wcześniej gdyż zbliżała się godzina zamknięcia parku, a jest on spory; niestety okazało się, że inaczej niż przez park do bramy dojść się nie da). W związku z tym po obejrzeniu bramy przewędrowaliśmy przez ów park, zachwycając się ciszą i spokojem niespotykanym w chińskich ogrodach. Po tym kojącym spacerze poszliśmy na kolację. Restauracja została wybrana na chybił trafił (najpewniejszym kryterium wyboru dobrej knajpy – i to wszędzie na świecie – jest ilość jedzących w niej tubylców, im więcej tym lepiej to rokuje). Tutejsza kuchnia to przede wszystkim ryby i owoce morza. W wielu knajpach i na targowiska można zobaczyć akwaria (lub tylko plastikowe miski) pełne żywych ryb, krabów, krewetek, ślimaków, muszli itd. Ma się gwarancję, że ryba lądująca na talerzu jest świeża. Obowiązkowo więc musieliśmy jakąś rybkę zamówić i to, co zjawiło się na naszym stole, choć dość ościste, było zjawiskowo smaczne. Poza tym skonsumowaliśmy bardzo smacznego gołąbka, „szkliste” krewetki, które chyba też są miejscową specjalnością, oraz różne warzywa.&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4flQ7mvMI/AAAAAAAAAFA/9wzLmfKQ8ww/s1600-h/suzhou+ogrod+mistrza+sieci.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4flQ7mvMI/AAAAAAAAAFA/9wzLmfKQ8ww/s400/suzhou+ogrod+mistrza+sieci.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246165340993797314" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Suzhou - jeden z ogrodów miejskich&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Po powrocie do hotelu, Paweł poszedł wypytać obsługę o możliwość zorganizowania transportu do jednego z rozlicznych wodnych miast w okolicy. Okazało się, że do tych, które chcieliśmy odwiedzić, taksówka wyszłaby dość drogo, ale hotel ma w swoim pakiecie wycieczkę do innej miejscowości – &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zhouzhuang&lt;/span&gt; (za jedyne 148 Y, w tym 100Y to samo wejście). I na nią właśnie się zdecydowaliśmy.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Z hotelu zostaliśmy podebrani o 8 rano i zawiezieni pod biuro turystyczne, które ten wyjazd organizowało. W autobusie siedziało jeszcze dziesięcioro innych turystów, sami Chińczycy. Podróż zajęła nam godzinę, już po wyjściu z autobusu, gdy wędrowaliśmy do wejścia do Starego Miasta, stwierdziłam, że główną atrakcją tej wycieczki będziemy my, a właściwie Paweł. Jak tylko się zorientowali, że coś tam po chińsku mówi, zaczęli go indagować. Oczywiście na pierwszy ogień poszło sakramentalne pytanie „Skąd jesteście?”. Trzeba przyznać, że jeden starszy chińczyk, chyba nauczyciel, wiedział nawet, że stolicą Polski jest Warszawa. Inni rzecz jasna mylili Polskę z Holandią (a wydawało nam się, że przynajmniej w chińskim nie jest to takie proste). Drugie pytanie było o relacje rodzinne. Potem musieli dać nam spokój, bo już wchodziliśmy do Starego Miasta (do przepytywania wrócili w drodze powrotnej). Muszę przyznać, że Zhouzhaung robi niesamowite wrażenie – kanały są tutaj dość wąskie i całe życie toczy się nad nimi. Oczywiście główne uliczki są zmienione na turystyczną szopkę – głownie sklepiki z pamiątkami („looka, looka frenda, very czipa”) i knajpki, ale jak tylko zajrzeć głębiej zobaczy się zwykłych ludzi przy zwykłych pracach: kobiety naprawiające sieci lub lepiące w otwartej kuchni baozi, mężczyzn przenoszących na bambusowych nosidłach towary. Człowiek czuje się tu jakby jakaś maszyna przeniosła go o 100 lat wstecz. Z zabytków obejrzeliśmy  rezydencję naczelnika wsi, świątynię, muzeum oraz teatr (i nawet załapaliśmy się na fragment sztuki), ale najfajniejsza była sama atmosfera tego miejsca.&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4fla332DI/AAAAAAAAAFI/CbNmjVGGdHw/s1600-h/zhouzhuang+kanalarka.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4fla332DI/AAAAAAAAAFI/CbNmjVGGdHw/s400/zhouzhuang+kanalarka.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246165343662495794" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;  &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zhouzhuang - gondolierka na kanale&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4flYrORaI/AAAAAAAAAFQ/9B7gqXvK2S8/s1600-h/zhouzhuang+w+podw%C3%B3rku.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4flYrORaI/AAAAAAAAAFQ/9B7gqXvK2S8/s400/zhouzhuang+w+podw%C3%B3rku.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246165343072568738" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zhouzhuang - w tylnej uliczce, z dala od tłumów&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4flrksJ5I/AAAAAAAAAFY/Bm4GXbzWcm8/s1600-h/zhouzhuang+handelek.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4flrksJ5I/AAAAAAAAAFY/Bm4GXbzWcm8/s400/zhouzhuang+handelek.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246165348145440658" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Zhouzhuang - handel uliczny&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4flyZKxsI/AAAAAAAAAFg/6B7F5PXjaq8/s1600-h/zhouzhuang+mieszkancy+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4flyZKxsI/AAAAAAAAAFg/6B7F5PXjaq8/s400/zhouzhuang+mieszkancy+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246165349976164034" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;prawdziwi mieszkańcy Zhouzhuangu&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;W drodze powrotnej, już praktycznie w Suzhou, zwiedziliśmy jeszcze fabrykę jedwabiu. Szybka przebieżka przez wystawę, trochę demonstracji jak się wydziela nić i nieodzowne lądowanie w przyfabrycznym sklepie. Nie skusiliśmy się jednak na jedwabną kołdrę, w końcu jeszcze mamy przed sobą daleką drogę i taki pakunek byłby uciążliwy. Po powrocie do hotelu Paweł padł z zmęczenia, dziś naużywał się swojego chińskiego jak nigdy.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify; font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Ponieważ padłem ze zmęczenia, podpisuję się pod powyższym w całości.&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4iU_hfLnI/AAAAAAAAAFo/7T33ip97UWs/s1600-h/zhouzhuang+kwintesencja.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4iU_hfLnI/AAAAAAAAAFo/7T33ip97UWs/s400/zhouzhuang+kwintesencja.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5246168359977823858" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: center;  font-style: italic;"&gt;kwintesencja Zhouzhuang&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify; font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;PSJ&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-7919856374115484588?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/7919856374115484588/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=7919856374115484588' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7919856374115484588'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/7919856374115484588'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#7919856374115484588' title='Dzień ósmy, czyli niezły kanał oraz chińskie tortury (językowe)'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SM4flQ7mvMI/AAAAAAAAAFA/9wzLmfKQ8ww/s72-c/suzhou+ogrod+mistrza+sieci.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-1710578002053520283</id><published>2008-09-11T14:45:00.004+08:00</published><updated>2008-09-11T15:20:03.341+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Suzhou'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><title type='text'>Dzień siódmy - pada, więc nie chce nam się wymyślać</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Z samego rana opuściliśmy nasz zabytkowy hotel oraz dokumentnie rozkopany Szanghaj (ciężki sprzęt pracuje nad nowym tunelem do północy - byle zdążyć przed Expo 2010) i udaliśmy się do Suzhou, najsłyniejsze miasto na wodzie. Pociąg pokonał osiemdziesiąt kilka kilometrów w pół godziny (jechał z prędkością nawet 250km/h). Chciałabym żeby takie pociągi jeździły po Polsce...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Suzhou zakwaterowaliśmy się w przyjemnym hotelu i ruszyliśmy na zwiedzanie. Miasto to poza kanałami słynie z przepięknych ogrodów. W pierwszej kolejności poszliśmy do Ogrodu Mistrza Sieci. Trzeba przyznać, nieźle się potrafili ci Chińczycy dawni urządzić. Środek miasta, a tam cisza, spokój, harmonia - piękne pawilony, skałki, rośliny, woda - czego chcieć więcej?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnie udaliśmy się do polecanej przez Lonely Planet knajpki z domowymi pierogami na lunch. Pierogi-specjalność zakładu były naprawdę pyszne (LP jest chyba bardziej wiarygodny w tych kwestiach niż Pascal ;)), a i reszcie zamówionych dań, czyli kruchym krewetkom i czosnkowej fasolce niczego zarzucić nie można było. Syci i zadowoleniu już miliśmy zbierać się do kolejnego ogrodu, gdy nagle pociemniało i lunęło. Chcąc nie chcąc trochę jeszcze posiedzieliśmy (irytując nieco obsługę, gdyż zbliżała się 14.00, czyli pora przerwy w gastronomii). A następnie przenieślismy się do kawiarni, gdzie z kolei rodzice wzbudzili popłoch wśród kelnerek zamawiając dwie kawy po irlandzku. Robienie jednej zajęło jakieś 15min i na tym koniec, bowiem zabrakło whisky. Wniosek nie należy zbytnio szaleć w kawiarniach, nawet jeśli takie wymyślne pozycje są w menu. Obsługa i tak będzie musiała sprawdzić przepis w internecie ;)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz chyba przestało podać, zatem ruszamy dalej...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;Ann&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;Dodam tylko, że Suzhou jest "Zakopanem prowincji Jiangsu" - według expackiej gazetki liczy sobie zaledwie ok. 6 mln mieszkańców, a w 2007 r. odwiedziło go 46,5 &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;miliona&lt;/span&gt; chińskich turystów (&lt;span style="font-style: italic;"&gt;laowai* &lt;/span&gt;nie policzono?). W uzupełnieniu notatki Ani - określanie Suzhou jako "miasta na wodzie" wynika z faktu, że całe miasto, podobnie jak i inne okoliczne osady, poprzecinane jest kanałami, nawadnianymi bodajże przez dolny nurt Jangcy oraz Wielki Kanał. Wygląda to całkiem sympatycznie, ale obecnie leje deszcz, co trochę zniechęca do zwiedzania. No nic, zobaczymy, jak będzie.&lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* - laowai&lt;/span&gt; to niesympatyczne określenie nie-Chińczyka. &lt;span style="font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-1710578002053520283?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/1710578002053520283/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=1710578002053520283' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1710578002053520283'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1710578002053520283'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#1710578002053520283' title='Dzień siódmy - pada, więc nie chce nam się wymyślać'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-8426253986014891117</id><published>2008-09-10T22:01:00.004+08:00</published><updated>2008-09-10T22:06:50.832+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='konkurs'/><title type='text'>Konkurs - rozwiązanie i nowe pytanie.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;Najbliżej prawidłowej odpowiedzi byli Maciej i Agnieszka: na zdjęciu widać lepy na owady, rozwieszone co trzy metry na górskich ścieżkach w parku &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Xiangshan&lt;/span&gt;&lt;span&gt;. Jak przypuszczamy, ich celem było uprzyjemnienie spacerującym po górach wycieczek - faktycznie wokół spoconego człowieka nie latały żadne muchy, komary ani inna obrzydliwość.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nowe pytanie konkursowe brzmi: co sprzedaje się w sklepie, w którego witrynie widnieje napis "Fresh arts". Dla ułatwienia dodamy, że sklep mieścił się w rosyjskiej "dzielnicy".&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-8426253986014891117?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/8426253986014891117/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=8426253986014891117' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/8426253986014891117'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/8426253986014891117'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#8426253986014891117' title='Konkurs - rozwiązanie i nowe pytanie.'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-1218703344459140658</id><published>2008-09-10T19:21:00.002+08:00</published><updated>2008-10-13T19:26:56.147+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Shanghai'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szanghaj'/><title type='text'>Dzień szósty, albo strach przed lataniem (z 88 piętra)</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://picasaweb.google.pl/sinonotes/SinoNotes?authkey=6K_J-K02C9w#5244642090143625570"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px;" src="http://picasaweb.google.pl/sinonotes/SinoNotes?authkey=6K_J-K02C9w#5244642090143625570" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://picasaweb.google.pl/sinonotes/SinoNotes?authkey=6K_J-K02C9w#5244642088937008786"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px;" src="http://picasaweb.google.pl/sinonotes/SinoNotes?authkey=6K_J-K02C9w#5244642088937008786" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://picasaweb.google.pl/sinonotes/SinoNotes?authkey=6K_J-K02C9w#5244642086288314114"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px;" src="http://picasaweb.google.pl/sinonotes/SinoNotes?authkey=6K_J-K02C9w#5244642086288314114" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://picasaweb.google.pl/sinonotes/SinoNotes?authkey=6K_J-K02C9w#5244642090143625570"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer; width: 400px;" src="http://picasaweb.google.pl/sinonotes/SinoNotes?authkey=6K_J-K02C9w#5244642090143625570" alt="" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;!--[if !mso]&gt; &lt;style&gt; v\:* {behavior:url(#default#VML);} o\:* {behavior:url(#default#VML);} w\:* {behavior:url(#default#VML);} .shape {behavior:url(#default#VML);} &lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;&lt;o:smarttagtype namespaceuri="urn:schemas-microsoft-com:office:smarttags" name="metricconverter"&gt;&lt;/o:smarttagtype&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:worddocument&gt;   &lt;w:view&gt;Normal&lt;/w:View&gt;   &lt;w:zoom&gt;0&lt;/w:Zoom&gt;   &lt;w:hyphenationzone&gt;21&lt;/w:HyphenationZone&gt;   &lt;w:punctuationkerning/&gt;   &lt;w:validateagainstschemas/&gt;   &lt;w:saveifxmlinvalid&gt;false&lt;/w:SaveIfXMLInvalid&gt;   &lt;w:ignoremixedcontent&gt;false&lt;/w:IgnoreMixedContent&gt;   &lt;w:alwaysshowplaceholdertext&gt;false&lt;/w:AlwaysShowPlaceholderText&gt;   &lt;w:compatibility&gt;    &lt;w:breakwrappedtables/&gt;    &lt;w:snaptogridincell/&gt;    &lt;w:wraptextwithpunct/&gt;    &lt;w:useasianbreakrules/&gt;    &lt;w:dontgrowautofit/&gt;    &lt;w:usefelayout/&gt;   &lt;/w:Compatibility&gt;   &lt;w:browserlevel&gt;MicrosoftInternetExplorer4&lt;/w:BrowserLevel&gt;  &lt;/w:WordDocument&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if gte mso 9]&gt;&lt;xml&gt;  &lt;w:latentstyles deflockedstate="false" latentstylecount="156"&gt;  &lt;/w:LatentStyles&gt; &lt;/xml&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if !mso]&gt;&lt;object classid="clsid:38481807-CA0E-42D2-BF39-B33AF135CC4D" id="ieooui"&gt;&lt;/object&gt; &lt;style&gt; st1\:*{behavior:url(#ieooui) } &lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;&lt;style&gt; &lt;!--  /* Font Definitions */  @font-face  {font-family:SimSun;  panose-1:2 1 6 0 3 1 1 1 1 1;  mso-font-alt:宋体;  mso-font-charset:134;  mso-generic-font-family:auto;  mso-font-pitch:variable;  mso-font-signature:3 135135232 16 0 262145 0;} @font-face  {font-family:"\@SimSun";  panose-1:2 1 6 0 3 1 1 1 1 1;  mso-font-charset:134;  mso-generic-font-family:auto;  mso-font-pitch:variable;  mso-font-signature:3 135135232 16 0 262145 0;} @font-face  {font-family:"Albany AMT";  mso-font-alt:Arial;  mso-font-charset:0;  mso-generic-font-family:swiss;  mso-font-pitch:variable;  mso-font-signature:0 0 0 0 0 0;}  /* Style Definitions */  p.MsoNormal, li.MsoNormal, div.MsoNormal  {mso-style-parent:"";  margin:0cm;  margin-bottom:.0001pt;  mso-pagination:widow-orphan;  font-size:12.0pt;  font-family:"Times New Roman";  mso-fareast-font-family:SimSun;} p  {mso-margin-top-alt:auto;  margin-right:0cm;  mso-margin-bottom-alt:auto;  margin-left:0cm;  mso-pagination:widow-orphan;  font-size:12.0pt;  font-family:"Times New Roman";  mso-fareast-font-family:SimSun;} @page Section1  {size:595.3pt 841.9pt;  margin:70.85pt 70.85pt 70.85pt 70.85pt;  mso-header-margin:35.4pt;  mso-footer-margin:35.4pt;  mso-paper-source:0;} div.Section1  {page:Section1;} --&gt; &lt;/style&gt;&lt;!--[if gte mso 10]&gt; &lt;style&gt;  /* Style Definitions */  table.MsoNormalTable  {mso-style-name:Standardowy;  mso-tstyle-rowband-size:0;  mso-tstyle-colband-size:0;  mso-style-noshow:yes;  mso-style-parent:"";  mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;  mso-para-margin:0cm;  mso-para-margin-bottom:.0001pt;  mso-pagination:widow-orphan;  font-size:10.0pt;  font-family:"Times New Roman";  mso-fareast-font-family:"Times New Roman";  mso-ansi-language:#0400;  mso-fareast-language:#0400;  mso-bidi-language:#0400;} &lt;/style&gt; &lt;![endif]--&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;Kolejny dzień w Szanghaju postanowiliśmy spędzić na luzie, bez gonitwy po zaułkach. Po śniadaniu wybraliśmy się do Shanghai Museum. Uważnie obejrzeliśmy eksponaty w salach z antycznymi rzeźbami oraz przedmiotami z brązu, niemałą chwilę poświęciliśmy mniejszościom narodowym oraz meblom z dynastii Ming i Qing. Dość pobieżnie obeszliśmy ogromną wystawę chińskich monet, gdzie na końcu, w zbiorach z zagranicy, znaleźliśmy monetę z Piłsudskim (te jego wąsy nas przyciągnęły). Z sił opadliśmy przy kaligrafii i obrazach, a ceramikę zaliczyliśmy po łebkach. Tego się po prostu w jeden dzień nie da obejść. Z ciekawostek: Chińczycy namiętnie fotografują eksponaty w gablotach. A i my robiliśmy za obiekt zainteresowań – aż troje z nas zostało poproszone o pozowanie do zdjęć z zupełnie obcymi Chińczykami.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;Ewakuowaliśmy się stamtąd, by przy kawie zregenerować siły. Wszak w planach mieliśmy jeszcze jedno muzeum. Z centralnego Placu Ludowego (gdzie znajduje się muzeum) metrem przemieściliśmy się do Pudong (&lt;span  lang="ZH-CN" style="font-family:SimSun;"&gt;浦东&lt;/span&gt;), czyli szanghajskiego Manhattanu. To tutaj wznoszą się najciekawsze i czasem najdziwniejsze wieżowce tego miasta. Ponoć tak naprawdę zaledwie 60% powierzchni biurowej jest tu wykorzystana, ale stawiali (i stawiają nadal!) kolejne wieżowce, żeby właśnie tak reprezentacyjnie to wyglądało. Tutaj też znajduje się jeden z najwyższych budynków Szanghaju – Oriental Pearl Tower, gdzie z tarasu widokowego za wygórowaną opłatą można podziwiać miasto niemal z lotu ptaka. My postanowiliśmy popodziwiać miasto z innego wieżowca, nie tak kosztownego (dla zwiedzających - &lt;span  lang="ZH-CN" style="font-family:SimSun;"&gt;金茂大厦&lt;/span&gt;), ale o tym za chwilę.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi2MU0nLpI/AAAAAAAAAE4/sGluAo184eI/s1600-h/pudong+by+night.jpg" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"&gt;&lt;span style="text-decoration: none;"&gt;&lt;!--[if gte vml 1]&gt;&lt;v:shapetype id="_x0000_t75" coordsize="21600,21600" spt="75" preferrelative="t" path="m@4@5l@4@11@9@11@9@5xe" filled="f" stroked="f"&gt;  &lt;v:stroke joinstyle="miter"&gt;  &lt;v:formulas&gt;   &lt;v:f eqn="if lineDrawn pixelLineWidth 0"&gt;   &lt;v:f eqn="sum @0 1 0"&gt;   &lt;v:f eqn="sum 0 0 @1"&gt;   &lt;v:f eqn="prod @2 1 2"&gt;   &lt;v:f eqn="prod @3 21600 pixelWidth"&gt;   &lt;v:f eqn="prod @3 21600 pixelHeight"&gt;   &lt;v:f eqn="sum @0 0 1"&gt;   &lt;v:f eqn="prod @6 1 2"&gt;   &lt;v:f eqn="prod @7 21600 pixelWidth"&gt;   &lt;v:f eqn="sum @8 21600 0"&gt;   &lt;v:f eqn="prod @7 21600 pixelHeight"&gt;   &lt;v:f eqn="sum @10 21600 0"&gt;  &lt;/v:formulas&gt;  &lt;v:path extrusionok="f" gradientshapeok="t" connecttype="rect"&gt;  &lt;o:lock ext="edit" aspectratio="t"&gt; &lt;/v:shapetype&gt;&lt;v:shape id="BLOGGER_PHOTO_ID_5244642088937008786" spid="_x0000_i1025" type="#_x0000_t75" alt="" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi2MU0nLpI/AAAAAAAAAE4/sGluAo184eI/s1600-h/pudong+by+night.jpg" style="'width:300pt;height:200.25pt'" button="t"&gt;  &lt;v:imagedata src="file:///C:\DOCUME~1\PAWEL~1.JUS\USTAWI~1\Temp\msohtml1\01\clip_image001.jpg" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi2MU0nLpI/AAAAAAAAAE4/sGluAo184eI/s400/pudong+by+night.jpg"&gt; &lt;/v:shape&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if !vml]--&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;!--[endif]--&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: center;" align="center"&gt;&lt;i&gt;panorama dzielnicy Pudong&lt;/i&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;Najpierw jednak opowiem, jak poszliśmy do Muzeum seksu (wiem, że na to czekacie). Nie jest to najbardziej reklamowane miejsce w Szanghaju, pewnie po to, żeby w Chińczykach (wszak to purytański naród) nie budzić niezdrowych emocji. Zatem bez wskazówek przewodnika dostać się tam praktycznie nie można. Muzeum mieści się w podziemiach u wylotu turystycznego tunelu łączącego Pudong z Bundem (przejście płatne, bo uatrakcyjnione pokazem multimedialnym, ale nie skorzystaliśmy). Wejście do samego muzeum (można by je pomylić z wejściem do miejskiego szaletu. Nie to, żebym uważał miejskie szalety w Szanghaju za nieatrakcyjne. - PSJ) płatne 20Y/os. W sumie obiektów nie ma jakoś bardzo dużo, najbardziej wyuzdane są ustawiane wysoko (co utrudnia dość niskim Chińczykom wgląd), no może poza jednym, którego ukryć by się nie dało (tu może kiedyś damy zdjęcie). Kilka tablic to doskonały przykład poprawności politycznej: było więc trochę danych o dyskryminacji kobiet w dawnych czasach (jako materiał ilustracyjny praska do miażdżenia stóp dziewczynkom oraz narzędzia do karania rozwiązłych kobiet) a także o „nietypowych zachowaniach seksualnych” czyli homoseksualizmie (tekst angielski był stonowany i wyważony niczym opinia polskiego episkopatu).&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;Na koniec postanowiliśmy udać się w wyższe rejony. Przewodnik doradził by zamiast płacić bajońskie sumy na Pearl Tower, udać się nieco dalej, do wspomnianego wieżowca &lt;i&gt;Jinmao Dasha&lt;/i&gt;, gdzie również jest platforma widokowa a za znacznie niższą cenę. Co prawda cena z przewodnika już się zdezaktualizowała (obecnie to 70Y), ale i tak wyszło taniej. Na sam szczyt wybraliśmy się w trójkę, gdyż Paweł przejawia dziwną niechęć do takich wypraw. Na 88 piętro (340m) wjeżdża się windą pokonującą tą wysokość z prędkością 9m/s. Widok z góry jest świetny, choć widzialność nie była doskonała. Natomiast znacznie większe wrażenie niż patrzenie (w końcu przez grubą szybę, z dużym parapetem, tak że nie patrzy się bezpośrednio w dół) na zewnątrz, zrobiło na mnie zajrzenie w wewnętrzną studnię (odsłonięte jest zaledwie 30 pięter). Było to „zaledwie” sto kilkadziesiąt metrów, ale zdecydowanie bardziej w dół. Nawet mi się zakręciło w głowie.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: center;" align="center"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi2MK9HTwI/AAAAAAAAAEo/GvNXZbHN7OA/s1600-h/panorama+szanghaj.jpg" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"&gt;&lt;span style="text-decoration: none;"&gt;&lt;!--[if gte vml 1]&gt;&lt;v:shape id="BLOGGER_PHOTO_ID_5244642086288314114" spid="_x0000_i1026" type="#_x0000_t75" alt="" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi2MK9HTwI/AAAAAAAAAEo/GvNXZbHN7OA/s1600-h/panorama+szanghaj.jpg" style="'width:300pt;height:200.25pt'" button="t"&gt;  &lt;v:imagedata src="file:///C:\DOCUME~1\PAWEL~1.JUS\USTAWI~1\Temp\msohtml1\01\clip_image002.jpg" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi2MK9HTwI/AAAAAAAAAEo/GvNXZbHN7OA/s400/panorama+szanghaj.jpg"&gt; &lt;/v:shape&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if !vml]--&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;!--[endif]--&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: center;" align="center"&gt;&lt;i&gt;panorama z Jinmao Dasha - 88 piętro, &lt;st1:metricconverter productid="340 metrów" st="on"&gt;340  metrów&lt;/st1:metricconverter&gt;&lt;/i&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;Podsumowanie wieczoru zrobiliśmy w rewelacyjnej syczuańskiej restauracji. Ponieważ cały dzień wędrowaliśmy zaledwie o śniadaniu i jakimś serniczku do kawy, to wygłodniali rzuciliśmy się na kartę dań. Przyjmująca zamówienie kelnerka ze zdumieniem – jak nam się wydawało – spytała czy naprawdę aż 7 potraw zamawiamy. Mężnie przyjęliśmy to wyzwania i skonsumowaliśmy z wielkim apetytem wszystko, ale rozglądając się po sali i zaglądając sąsiadom-Chińczykom do talerzy doszliśmy do wniosku, że nie było to zaskoczenie, że AŻ siedem potraw, a ZALEDWIE. Nie wiem doprawdy gdzie Chińczycy to wszystko mieszczą...&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="margin-bottom: 12pt; text-align: justify;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi2MZUSsWI/AAAAAAAAAEw/dH23buUNdxE/s1600-h/muzeum+seksu.jpg" onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}"&gt;&lt;span style="text-decoration: none;"&gt;&lt;!--[if gte vml 1]&gt;&lt;v:shape id="BLOGGER_PHOTO_ID_5244642090143625570" spid="_x0000_i1027" type="#_x0000_t75" alt="" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi2MZUSsWI/AAAAAAAAAEw/dH23buUNdxE/s1600-h/muzeum+seksu.jpg" style="'width:300pt;height:200.25pt'" button="t"&gt;  &lt;v:imagedata src="file:///C:\DOCUME~1\PAWEL~1.JUS\USTAWI~1\Temp\msohtml1\01\clip_image003.jpg" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi2MZUSsWI/AAAAAAAAAEw/dH23buUNdxE/s400/muzeum+seksu.jpg"&gt; &lt;/v:shape&gt;&lt;![endif]--&gt;&lt;!--[if !vml]--&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;!--[endif]--&gt;&lt;/span&gt;&lt;/a&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal" style="text-align: center;" align="center"&gt;&lt;i&gt;GRATIS! zdjęcia wielkiego członka!&lt;/i&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: center;" align="center"&gt;(muzeum seksu w Szanghaju).&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0.0001pt; text-align: justify;"&gt;&lt;b&gt;Ann &amp;amp; PSJ&lt;/b&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-1218703344459140658?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/1218703344459140658/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=1218703344459140658' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1218703344459140658'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1218703344459140658'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#1218703344459140658' title='Dzień szósty, albo strach przed lataniem (z 88 piętra)'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-1257648777472404185</id><published>2008-09-09T20:23:00.009+08:00</published><updated>2008-09-20T11:08:00.307+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Shanghai'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Szanghaj'/><title type='text'>Dzień 4 i 5, czyli 20 mln mieszkańców Shanghai sprzedaje nam rolexy</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: justify;"&gt;No i jesteśmy w Szanghaju. Dołączyli do nas moi rodzice - przez najlbliższe parę dni bedziemy podróżować razem.  Do Szanghaju dotarliśmy bez problemów i w komfortowych warunkach. Mieszkamy w pierwszym westernerskim hotelu w Szanghaju (otwarty w osiemdziesiątych latach XIX wieku - na szczęście łazienki mają zmodernizowane :)). Przyznam, że samo miasto trochę nas przytłoczyło - 21 mln (lub 17 - przewodnik zaprzecza sam sobie) mieszkańców, bardzo nowoczesne  biurowce sąsiadujące z kolonialną zabudową i  niskimi domkami w starym, chińskim stylu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi1W4mZ2DI/AAAAAAAAAEg/KZBjRK7kgQc/s1600-h/shanghai+baiyun+si.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi1W4mZ2DI/AAAAAAAAAEg/KZBjRK7kgQc/s400/shanghai+baiyun+si.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5244641170828154930" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;wieżowiec za pawilonem świątyni Baiyun&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;Pierwsze moje (tj. PSJ) wrażenie z Szanghaju (nazwa oznacza dosłownie "nad morzem", aczkolwiek samo miasto nie leży bezpośrednio na wybrzeżu, tylko nad spławną rzeką) jest... hmmm... ambiwalentne. Z jednej strony porażający rozmach prac - podobnie, jak w przed-olimpiadowym Pekinie, w tym symultaniczna budowa kilku linii metra - i potężne wieżowce, bardziej przypominające scenografię z filmu "Blade runner" niż z rzeczywistego miasta (zdjęcia będą jutro, mam nadzieję), z drugiej zaś - chińska bieda, bieda-domki i bieda-bloki z zapuszczonymi "zapleczami", wraz z ciągnącymi się na kilkanaście pięter w górę cieknącymi klimatyzatorami. Ogólnie miasto jest bardziej chaotyczne, niż monumentalny, imperialny Pekin.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi1WTOvSNI/AAAAAAAAAEQ/812d9--l3tQ/s1600-h/shanghai+old+town.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi1WTOvSNI/AAAAAAAAAEQ/812d9--l3tQ/s400/shanghai+old+town.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5244641160796784850" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Stare miasto w Szanghaju&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Ponadto przechodząc głównymi ulicami (Waitan, Nanjing Dong lu) można  odnieść wrażenie, że tych 20 mln Szanghajczyków próbuje ci sprzedać podróbki rolexów lub pirackie DVD. Drugie 20 mln ludzi to chińscy turyści - białych jest zaskakująco mało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Walcząc ze zmęczeniem, przy okazji kolacji zamówiliśmy chińską &lt;span style="font-style: italic;"&gt;baijiu&lt;/span&gt;, czyli &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;mocno&lt;/span&gt; perfumowaną, 50-% wódkę. Wrażenia są porównywalne z piciem wody brzozowej, ale morale - nie da się ukryć - wzrosło. Ciężko nam  jeszcze wszystko ogarnąć, więc wiekszą relację puścimy pewnie jutro. Tym bardziej, że jutro w planach Muzeum Szanghaju i Muzeum Seksu -  także stay tuned.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi1Wv0Wl4I/AAAAAAAAAEY/y7e8GH3EAOw/s1600-h/ogr%C3%B3d+szanghaj+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi1Wv0Wl4I/AAAAAAAAAEY/y7e8GH3EAOw/s400/ogr%C3%B3d+szanghaj+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5244641168470742914" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic; font-weight: bold;"&gt;Ann i PSJ&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-1257648777472404185?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/1257648777472404185/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=1257648777472404185' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1257648777472404185'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1257648777472404185'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#1257648777472404185' title='Dzień 4 i 5, czyli 20 mln mieszkańców Shanghai sprzedaje nam rolexy'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMi1W4mZ2DI/AAAAAAAAAEg/KZBjRK7kgQc/s72-c/shanghai+baiyun+si.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-4056590218017045838</id><published>2008-09-08T10:04:00.002+08:00</published><updated>2008-09-08T10:11:28.590+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Pekin'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Beijing'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zakupy'/><title type='text'>Dzień czwarty, czyli dzień wrzeszczących staruszków</title><content type='html'>&lt;style type="text/css"&gt;--   @page { size: 21cm 29.7cm; margin: 2cm }   P { margin-bottom: 0.21cm }  --&gt;  &lt;/style&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="justify"&gt; &lt;span style="font-family:Thorndale AMT, Times New Roman, serif;"&gt;Dziś w nocy nad Pekinem rozszalała się potężna burza, pioruny waliły gęsto i niestety nie dawały nam spać. W związku z tym, wstaliśmy raczej później niż wcześniej ;) A ponieważ nadal było dość pochmurno (choć ciepło) postanowiliśmy poszwendać się po reprezentacyjno-handlowej ulicy &lt;i&gt;Wangfujing&lt;/i&gt;, czyli takiej Chmielnej Pekinu ;) &lt;/span&gt; &lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;W pierwszej kolejności uderzyliśmy do księgarni, najpierw wleźliśmy do &lt;i&gt;shudian&lt;/i&gt; dla obcokrajowców, bo poszukiwaliśmy map, na których poza znaczkami byłby również zapis w pinyin'ie. Ja oczywiście pognałam do półki z książkami kucharskimi, gdzie uszczęśliwiona przeglądałam miejscowe i zagraniczne (a jakże, Jamie Olivier dotrze wszędzie) tytuły. Aż tu nagle w oko wpadła mi ogromna, pięknie wydana książka z... polską kuchnią! Tak jest, oto dowód (Paweł ma nieszczególnie szczęśliwą minę, bo powiedziałam, że bez szpiegowskiego zdjęcia się nie obejdzie).&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMSJQMy0H5I/AAAAAAAAAD4/--URZSVUazE/s1600-h/shudian.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMSJQMy0H5I/AAAAAAAAAD4/--URZSVUazE/s400/shudian.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5243466777571368850" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;Potem zaszliśmy jeszcze do księgarni zwykłej, tj. dla tubylców, i powiem to tak: Wow! Wyobraźcie sobie największy warszawski empik, rozciągnijcie to na 7 pięter, i postawcie na regałach wyłącznie książki. Wstrząsające! I Chińczycy je kupują! Ceny książek w oryginale są gdzieś tak o połowę tańsze niż u nas. (zaś wydane po angielsku kosztują mniej więcej tyle, co u nas te w ojczystym języku). Żeby było jasne mają tam i swoich autorów i obcokrajowców – nie tylko klasykę, ale też Cohelo, Kinga, Murakamiego i pewnie wszystko, co się czyta na świecie. Ciekawy jest sposób  wydania chińskich oryginalnie książek (przepraszam, jeśli kogoś nudzę, ale to zawodowe zboczenie): okładki często mają tylko tytuł, autora i jakiś ornament. Na nasze oko wszystkie wyglądają bardzo podobnie, jakby była to jedna seria jednego wydawnictwa. Na tym tle wyróżniały się książki (serie?) fantasy, gdzie na okładce widniał nieco mangowy bohater, a marginesy w środku przyozdobione były rysunkami sztyletów, mieczy itp. Jak nas fantazja poniesie to może przywieziemy jeden czy dwa egzemplarze. Co ciekawe, wydaje się, że książka Agaty Christie „Pięć małych świnek” nie miała w chińskim tytule ani „pięć”, ani „świnek”, ani nawet „małych”, natomiast z pewnością w tytule pyszniło się słowo &lt;i&gt;pijiu&lt;/i&gt; (piwo). Gdyby nie tytuł angielski na obwolucie, nigdy byśmy na to nie wpadli...&lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;&lt;a name="DDE_LINK"&gt;&lt;/a&gt;Po tylu wrażeniach poszliśmy na obiad do pobliskiego centrum handlowego, gdzie już kiedyś stołowaliśmy się w niezłym sushi barze, i pokrzepieni japońskimi smakołykami, udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do parku. Pierwotnie zamierzaliśmy dotrzeć do bardzo pięknego parku &lt;i&gt;Beihai&lt;/i&gt; (&lt;span style="font-family:Albany AMT;"&gt;北海）&lt;/span&gt;z białą dagobą, ale wcześniej dotarliśmy do parku &lt;i&gt;Jǐngshān &lt;/i&gt;(&lt;span style="font-family:Albany AMT;"&gt;景&lt;span style=""&gt;&lt;i&gt;&lt;span lang="zxx"&gt;&lt;span style="font-size: 10pt;font-size:85%;" &gt;&lt;span style="font-family:Albany AMT, Arial;"&gt;山&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;i&gt;&lt;span lang="pl-PL"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family:Thorndale AMT, Times New Roman, serif;"&gt;)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/i&gt;&lt;/span&gt;, w którym jeszcze nas nie było (tj. &lt;i&gt;razem&lt;/i&gt; nas tam nie było - PSJ). Jingshan, czyli wg. przewodnika „Węglowe wzgórze” (na mój gust znak &lt;span style="font-family:Albany AMT;"&gt;景 &lt;/span&gt;nie oznacza węgla, ale co tam... - PSJ), leży dokładnie na przeciwko północnej bramy Zakazanego Miasta, i z mieszczącego się na szczycie wzgórza Pawilonu Dziesięciu Tysięcy Wiosen jest na nie przepiękny widok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMSJQbqopuI/AAAAAAAAAEI/n64i_oqQnkc/s1600-h/jiangshan+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMSJQbqopuI/AAAAAAAAAEI/n64i_oqQnkc/s400/jiangshan+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5243466781563594466" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;Poza tym tutaj właśnie powiesił się ostatni cesarz z dynastii Ming uciekając przed rebeliantami. Zachęceni tym dramatycznym elementem postanowiliśmy zrezygnować z pierwotnych planów i zwiedzić &lt;i&gt;Jingshan gongyuan&lt;/i&gt; nieco dokładniej. Nie uszliśmy daleko od wejścia, kiedy dobiegły na radosne śpiewy. I tu znów musimy się odwołać do Waszej wyobraźni: wyobraźcie sobie jakiś miejski park w Waszej okolicy, w niedzielne popołudnie, gdzie niemalże każda ławka oblegana jest przez grupy liczące od trzech do trzydziestu osób, które grają i śpiewają – pełnym głosem!. Czasem mają mikrofony, czasem nie. Czasem instrumentem jest zwykły flet, czasem sitar, a raz nawet – trzeszczący keyboard. W tym wszystkim pozostali spacerowicze dryfują od jednej grupy do drugiej, czasem przystając i śpiewając zwrotkę lub dwie, czasem tylko słuchając. Coś niesamowitego. Alternatywą jest grupowy taniec albo (dla młodszych) gra w zośkę. Chińczycy naprawdę uwielbiają spędzać razem wolny czas.&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMSJQbxmrYI/AAAAAAAAAEA/1qfQoQghdcY/s1600-h/jingshan+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMSJQbxmrYI/AAAAAAAAAEA/1qfQoQghdcY/s400/jingshan+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5243466781592825218" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;   &lt;/p&gt;  &lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Grupowe tańce w Jiangshan&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;Już jutro wieczorem ruszamy nocnym pociągiem do Szanghaju, zatem może nastąpić jednodniowa przerwa w notkach – pociągi chińskie są całkiem komfortowe, ale chyba jeszcze nie ma w nich internetu.  &lt;/p&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;&lt;i&gt;&lt;b&gt;Ann &amp;amp; PSJ&lt;/b&gt;&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-4056590218017045838?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/4056590218017045838/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=4056590218017045838' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/4056590218017045838'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/4056590218017045838'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#4056590218017045838' title='Dzień czwarty, czyli dzień wrzeszczących staruszków'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMSJQMy0H5I/AAAAAAAAAD4/--URZSVUazE/s72-c/shudian.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-1552739199454520381</id><published>2008-09-07T12:55:00.003+08:00</published><updated>2008-09-07T13:04:15.474+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='inne'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='konkurs'/><title type='text'>Notka konkursowa</title><content type='html'>Żeby urozmaicić naszego bloga i wprowadzić nieco interaktywności (więcej komentarzy, ludzie!), postanowiliśmy wprowadzić małe konkursy. W związku z wizytą w parku Xiangshan, poniżej małe szpiegowskie zdjęcie z Pachnących Wzgórz właśnie. Pytanie konkursowe: Co to jest, i czemu ma służyć?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMNgVKU0raI/AAAAAAAAADw/Diw7_D4sL30/s1600-h/konkurs+1.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMNgVKU0raI/AAAAAAAAADw/Diw7_D4sL30/s400/konkurs+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5243140307854601634" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Nagrody są przewidziane, ale jeszcze nie wiemy, jakie. Odpowiedzi na pytanie konkursowe prosimy podawać w komentarzach.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-1552739199454520381?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/1552739199454520381/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=1552739199454520381' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1552739199454520381'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1552739199454520381'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#1552739199454520381' title='Notka konkursowa'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMNgVKU0raI/AAAAAAAAADw/Diw7_D4sL30/s72-c/konkurs+1.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-6795317302999269359</id><published>2008-09-06T20:22:00.002+08:00</published><updated>2008-09-07T12:55:09.348+08:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zabytki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='zwiedzanie'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Pekin'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Beijing'/><title type='text'>Dzień trzeci, czyli wzgórza pachnące turystą</title><content type='html'>Kiedy wczoraj po południu pisaliśmy poprzednią notkę, nie wiedzieliśmy jeszcze, że prawdziwy spacer z piekła rodem dopiero nastąpi. Podkusiło nas bowiem, aby poszukać restauracji, znanej nam z opowieści i ogólnej lokalizacji geograficznej („...na północ od parku Ritan” - wskazówka w skali Pekinu równie przydatna, jak szukanie restauracji w Warszawie, za jedyny drogowskaz mając „na północ od Pałacu Kultury”). Opowieści niestety nie przekazały nam nawet nazwy restauracji, co uniemożliwiło rozpytanie się o drogę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po blisko trzech kwadransach spaceru (na głodnego i po wcześniejszych peregrynacjach!*) zaczęliśmy tracić nadzieję. Zapuściliśmy się najwyraźniej w rejony, w których nie tylko nie było poszukiwanej knajpki, ale w ogóle jakiejkolwiek sensownie wyglądającej restauracji. Szczyt desperacji osiągnęliśmy, kiedy dotarliśmy do (chyba) trzeciej obwodnicy, nie widząc nadal żadnego lokalu, a jedynie puste sześć pasów asfaltu, ciągnących się aż po horyzont... W lokalnych grodzonych osiedlach wypatrzyliśmy natomiast sklep z „żywnością organiczną” - znak zmieniających się czasów w kraju, w którym żyją ludzie pamiętający Wielki Skok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na szczęście na zapleczu ogromnego, nowego centrum handlowego, nazwanego z pewną zadziornością „Miejscem” („the Place” - być może wykonawcy napisów mieli stworzyć napis „Palace”, ale nie znali wystarczająco dobrze angielskiego?) znaleźliśmy knajpkę z kuchnią indyjską i pakistańską. Czas był już najwyższy, bo w Pekinie co do zasady o godzinie 22.00 restauracje robią „szlus” i zjeść możesz w McDonalds albo chrupki w klubie nocnym. O samej restauracji więcej napisze pewnie Anna.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzisiaj jednak nie poszliśmy po rozum do głowy, tylko ruszyliśmy na obrzeża Pekinu, do 香山公园 (xiāngshān gōngyuán), czyli parku Pachnących Wzgórz. Po godzinie i pierwszych dwóch kilometrach pod górę po kamiennych schodach czuliśmy głównie siebie oraz wspinających się wraz z nami Chińczyków (nie są tacy twardzi, jak można by sądzić. Pot lał się z nich tak samo jak z nas). Trzeba jednak oddać sprawiedliwość Pachnącym Wzgórzom – widok z góry jest naprawdę cudowny; niestety pełną panoramę Pekinu zasłaniał nieco słynny już pekiński smog.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMNdnOanKQI/AAAAAAAAADo/-gS9rHb4sXc/s1600-h/xiangshan+sitarzystki.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMNdnOanKQI/AAAAAAAAADo/-gS9rHb4sXc/s400/xiangshan+sitarzystki.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5243137319655385346" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sitarzystki w parku Xiangshan&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;Dla tych, którzy chcieliby skorzystać z tego bloga bardziej użytkowo – najlepszy dojazd do Xiangshan to 13 linia metra lub 1 linia metra. W pierwszym przypadku (tak zrobiliśmy my) należy wysiąść na stacji Wudaokou, w drugim – na ostatnim przystanku w kierunku zachodnim, po czym (niezależnie od linii) złapać dopiero tam taksówkę. Omija się korki, a cena przejazdu jest bardziej niż znośna. Samo wejście do parku to 10 Y (poniżej 4 zł). Aha, mimo szczerych chęci w cztery godziny udało nam się zobaczyć jedynie około połowy zabytków i interesujących miejsc w całym kompleksie Xiangshan – jeśli ktoś ma ambicję zobaczyć całość jednego dnia, to radzimy wyruszyć około 7 rano.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;* - patrz notka „Dzień drugi...”&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PSJ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tak, to ja może o bardziej przyjemnych rzeczach napiszę, czyli o jedzeniu. Hindusko-pakistańska restauracja, do której w końcu dotarliśmy, słaniając się z głodu i zmęczenia, była niepokojąco pusta, ale nie nam wybrzydzać. Zresztą być może przyczyną było to, że dochodziła 21, a o 22 – jak Paweł napisał – większość restauracji zamyka swoje podwoje. Na nasz widok hinduska obsługa knajpy zakrzątnęła się szybciutko i zaraz zamawialiśmy smażone krewetki, zupki Tom Yum i herbatę masala (+obowiązkowe piwo na ukojenie nerwów). Krewetki podano jako pierwsze i choć były dobre, to zalatywały malizną. Zresztą niewielki rozmiar dań był niestety charakterystyczny dla tej restauracji, więc domówiliśmy jeszcze hinduskie chlebki naan oraz beef boti kabab. Zupki były świetne, ostre jak diabli i bardzo aromatyczne, a chlebki mocno czosnkowe po prostu same rozpływały się w ustach. Natomiast mięsko trafiło nam się mocno twarde – widać kucharz spieszył się już do domu. Cały czas nadzór nad obsługą naszego stolika sprawował sam menadżer restauracji, cały czas dopytując, czy wszystko jest w porządku. A gdy zbieraliśmy się do odejścia po opłacaniu (niemałego niestety, 150Y) rachunku, zaczął namawiać nas nie tylko na powtórne odwiedziny, ale też na skorzystanie z jego oferty cateringowej. Koniecznie chciał również wymienić się z nami wizytówkami (mam wrażenie, że je kolekcjonował, gdyż swoją wyłowił z pliku cudzych). W każdym razie gdyby ktoś reflektował, chętnie damy do wglądu po powrocie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Natomiast dzisiaj faktycznie daliśmy czadu. Zaczęło się lajtowo: jakieś pawiloniki, urokliwe jeziorko, willa, w której pomieszkiwał sam Mao Zedong, a potem wleźliśmy na ścieżkę, z której nie było odwrotu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMNdm2UBaXI/AAAAAAAAADY/ABYkGZh6PMg/s1600-h/xiangshan+1.jpg"&gt;&lt;span style="display: block;" id="formatbar_Buttons"&gt;&lt;span class="on" style="display: block;" id="formatbar_Italic" title="Kursywa" onmouseover="ButtonHoverOn(this);" onmouseout="ButtonHoverOff(this);" onmouseup="" onmousedown="CheckFormatting(event);FormatbarButton('richeditorframe', this, 4);ButtonMouseDown(this);"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMNdm2UBaXI/AAAAAAAAADY/ABYkGZh6PMg/s400/xiangshan+1.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5243137313185294706" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Xiangshan gongyuan - jeszcze na dole&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;Jedyną naszą nadzieją było to, że na szczycie czeka na nas miłe miejsce, gdzie można usiąść, napić się zimnej zielonej herbaty i wrzucić coś na ząb. Ale nic z tego, wspinaliśmy się coraz wyżej, widok za nami robił się coraz rozleglejszy i zamglony (albo to oczy zaszły nam mgłą), a miłego miejsca ani widu ani słychu. Gdy wreszcie, po wielu przystankach, wdrapaliśmy się na szczyt, zobaczyliśmy tylko mur (który okalał cały park) i ścieżkę, która wiodła dalej wzdłuż niego. Co było robić... ruszyliśmy dalej, przerażeni, że przyjdzie nam się tak wlec na kolejny szczyt (który był baaardzo daleko i rozsądni ludzie dojeżdżali do niego kolejką linową), ale na szczęście po chwili odkryliśmy drogę wiodącą z powrotem w dół, a po dłuższej chwili trafiliśmy do miejsca, w którym serwowano napoje i jedzenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMNdm0dnO5I/AAAAAAAAADg/wqG0NKaBffk/s1600-h/xiangshan+2.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0px auto 10px; display: block; text-align: center; cursor: pointer;" src="http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMNdm0dnO5I/AAAAAAAAADg/wqG0NKaBffk/s400/xiangshan+2.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5243137312688651154" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Xiangshan gongyuan - zdjęcie ze szczytu, z widokiem na świątynię na szczycie kolejnym&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Zasiedliśmy w oczekiwaniu na kelnerkę, która uwijała się z herbatą, a za nami cztery panie wcinały pierożki, makaron i warzywa – siorbiąc, mlaskając, a nawet bekając (szczególnie jedna, chyba najstarsza pani w tym przodowała). Wreszcie nie wytrzymaliśmy i Paweł zwlókł się, by osobiście złożyć zamówienie. Obsługa prawdopodobnie ze strachu przed brakiem porozumienia nie zdecydowała się przyjść, więc Paweł osaczył kelnerki w ich dziupli, zażądał dwóch talerzy różnych jaozi (chińskich pierogów), dwóch piw i herbaty (w szklankach, bowiem jeszcze nie wiedział, jak prosić o dzbanek, teraz już wie) („&lt;span style="font-style: italic;"&gt;yi hu&lt;/span&gt;” – PSJ). Po tym frontalnym ataku obsługa skapitulowała i dość szybko dostaliśmy zamówione jedzenie, które pochłonęliśmy z prawdziwą rozkoszą. Tak pokrzepieni, byliśmy gotowi na dalsze schodzenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Warto wspomnieć, że Chińczycy uwielbiają pikniki na świeżym powietrzu i praktycznie wszyscy taszczyli ze sobą własny prowiant, z nieodzowną herbatą i (uniwersalnym pokarmem piknikowym chyba na całym świecie) jajkami na twardo.&lt;br /&gt;Ann&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;P.S. Z uwagi na wspominane zamykanie knajp o 22.00, oraz na czas potrzebny do wstępnej obróbki zdjęć, zdjęcia będą „wstawiane” do danej notki następnego dnia po jej opublikowaniu. Na przykład zdjęcia z Xiangshan zostaną wstawione do tej notki jutro (czasu pekińskiego). Keep tuned.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-6795317302999269359?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/6795317302999269359/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=6795317302999269359' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/6795317302999269359'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/6795317302999269359'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#6795317302999269359' title='Dzień trzeci, czyli wzgórza pachnące turystą'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMNdnOanKQI/AAAAAAAAADo/-gS9rHb4sXc/s72-c/xiangshan+sitarzystki.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-1618106777716143935</id><published>2008-09-05T21:24:00.007+08:00</published><updated>2008-09-06T10:56:30.355+08:00</updated><title type='text'>Dzień drugi, czyli spacer z piekła rodem</title><content type='html'>&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;Inauguracyjną kolację zjedliśmy w syczuańskiej knajpie, którą znamy z poprzedniego pobytu. Co prawda menu uległo zmianie (nie było moich ukochanych krewetek), ale wybraliśmy coś dla siebie. Krewetki być musiały i były – co prawda niezbyt dokładnie obrane, ale za to w fantastycznym sosie i z warzywami, m.in. plastrami lotosu (bardzo mi przypadły do gustu - takie chrupkie). Poza tym wzięliśmy ogórki (w menu pisało cukinia, ale co tam) z dodatkiem słodkawego, gęstego sosu oraz cienkie paski wołowiny z bambusem na ostro. Na bardzo ostro. Ogromne ilości pieprzu syczuańskiego paraliżowały na moment usta, ale już po chwili dało się jeść ;). Danie w menu było oznaczone 2 papryczkami, boję się, że te z 3-ema zabiją każdego, kto nie jest Chińczykiem z Syczuanu lub moją Mamą :). W każdym razie kolacja była wyborna.&lt;/p&gt; &lt;br&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;Dzisiaj zaś, nie czując się jeszcze na siłach na jakieś większe wyzwania, postanowiliśmy obejść  parę pekińskich świątyń, do których nie dotarliśmy poprzednio. Poza tym musieliśmy rozmówić się z naszym „pekińskim kontaktem” czyli Panią Ye Lin w sprawie biletów na dalszą podróż. Jednak gdy zajrzeliśmy do jej biura okazało się, że Pan-Wystawiający-Bilety wyszedł na lunch, więc postanowiliśmy najpierw się uduchowić.  &lt;/p&gt; &lt;br&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;Uznaliśmy, że lepiej podróżować metrem, bo chociaż ruch samochodowy nadal jest jakby mniejszy, to metro przy 30st. upale wydało nam się przyjemniejsze. Wsiedliśmy w jeden z supernowoczesnych wagoników (klima, czysto, więcej przestrzeni, wyraźne oznaczenia kierunku jazdy i kolejnych stacji, również po angielsku i ekraniki, na których wyświetla się filmiki z otwarcia olimpiady lub piosenki o nowym, przyjaznym Pekinie) i po kilku przystankach wysiedliśmy na stacji &lt;i&gt;Changchun Jie&lt;/i&gt; skąd ruszyliśmy pieszo w stronę najstarszego pekińskiego meczetu &lt;i&gt;Niu Jie Qingzhensi &lt;/i&gt;&lt;span style="font-style: normal;"&gt;(czyli dosł. „meczetu przy ulicy Wołowej”)&lt;/span&gt;. Oczywiście najpierw wleźliśmy do niego zupełnie nie od tej strony, ale na szczęście jakiś przyjazny Chińczyk pokierował nas we właściwą. Za wejście zapłaciliśmy 10Y od głowy. W środku kłębił się tłum wyznawców (mam wrażenie, że Ramadan rozpoczął się niedawno) i nie mogliśmy zwiedzić wnętrza meczetu, ale obejrzeliśmy dziedziniec, groby imamów, stele itp. Najciekawszy jest tu eklektyzm sztuki arabskiej i chińskiej. Świątynia usytuowana jest według osi wschód-zachód a nie południe-północ, jak większość chińskich.&lt;/p&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMHwH9e8AZI/AAAAAAAAADA/ed9cvACA9TA/s1600-h/meczet+beijing.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMHwH9e8AZI/AAAAAAAAADA/ed9cvACA9TA/s320/meczet+beijing.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5242735460790043026" /&gt;&lt;/a&gt; &lt;br&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;Następnie udaliśmy się na poszukiwanie buddyjskiej świątyni &lt;i&gt;Fa Yuan Si&lt;/i&gt;. Być może nie byłoby to takie proste (nasz papierowy przewodnik nie miał w repertuarze akurat tego zabytku), ale w chwili gdy zastanawialiśmy się którędy teraz, drogę zastąpił nam wolontariusz. Tu uwaga: na potrzeby olimpiady (i paraolimpiady) przeszkolono zastępy ludzi, którzy mają doradzać, pomagać i wskazywać zbłąkanym turystom drogę. Pan wolontariusz od razu zgadł nasze intencje i ochoczo zaprowadził nas do świątyni. Po drodze, wziąwszy nas za studentów, wypytywał dokładnie gdzie i co studiujemy. Wyprowadzony z błędu trochę zamilkł, bo na pytaniach o studia kończyła się jego znajomość angielskiego. Zaraz zresztą byliśmy u celu, gdzie jeszcze udzieliwszy wskazówek (po chińsku, a co) jak wrócić do metra, ulotnił się, nie żądając żadnego wynagrodzenia (to miłe! - P.). Świątynia &lt;i&gt;Fa Yuan Si &lt;/i&gt;(5 Y/os.) robi wrażenie przede wszystkim tym, że nie jest to miejsce na pokaz, jak tyle innych świątyń w Pekinie. Tutaj ludzie naprawdę przychodzą się modlić i chociaż wejście turystom nie jest wzbraniane, to nie jest to atrakcja „robiona” pod nich. Modlący się mnich, to po prostu modlący się mnich, część świątyni to zresztą prywatne mieszkania mnichów i nie należy się tam szwendać. Acha, nie ma też żadnych informacji po angielsku, ale na szczęście Paweł większość napisów chińskich był w stanie rozszyfrować.&lt;/p&gt; &lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMHwH2fbVSI/AAAAAAAAADI/I6ZNLmpH6f4/s1600-h/fayuansi+beijing.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://2.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMHwH2fbVSI/AAAAAAAAADI/I6ZNLmpH6f4/s320/fayuansi+beijing.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5242735458913047842" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;Wracaliśmy wskazaną przez wolontariusza ulicą, która po jeden stronie miała całkiem współczesne bloki (co ciekawe, dużo osiedli chińskich jest grodzonych i ze strażnikami), a po drugiej tradycyjne hutongi. Jeszcze się uchowały mimo totalnej przebudowy Pekinu. Ponieważ już mocno zgłodnieliśmy, wstąpiliśmy do pobliskiego sklepu i kupiliśmy po dwa &lt;i&gt;baozi&lt;/i&gt;&lt;span style="font-style: normal;"&gt; wybrane na chybił trafił. Miały być z jakimś mięsem, ale po przegryzieniu okazało się, że nadzieniem jest jakieś słone zielsko. Mimo to zjedliśmy ze smakiem, zapijając dla bezpieczeństwa chińskim piwem.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;br&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;&lt;i&gt;&lt;b&gt;Ann&lt;/b&gt;&lt;/i&gt;&lt;/p&gt; &lt;br&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm;" align="justify"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="justify"&gt; „Nie czuliśmy się na siłach” w naszym wykonaniu to alternatywne określenie „wstaliśmy z łóżka o jedenastej przed południem”, czyli znacznie za późno, by myśleć o wypadzie za Pekin. Na szczęście, jak pisała Anna, mieliśmy w zapasie &lt;span style="font-family:Albany AMT;"&gt;牛街清真寺 &lt;/span&gt;(niújiē qīngzhēnsì). Bojąc się korków, ruszyliśmy metrem, natomiast niepohamowana żądza przechadzki uliczkami Pekinu spowodowała, że przeleźliśmy w trzydziestostopniowym upale z dobrych 8-10 kilometrów. Ale było warto. Rejony Niújiē są zresztą mało uczęszczane przez białych (w zasadzie na ulicy nie widzieliśmy ani jednego, wyjąwszy sam meczet, do którego prawowierni zwożeni są autokarami), co powodowało obopólną fascynację, oraz kilka konwersacji odbytych z jednej strony moim łamanym &lt;i&gt;putonghua&lt;/i&gt; (standardowym mandaryńskim), z drugiej zaś jakimś piekielnym szwargotem, zapewne udającym tylko chiński – zwłaszcza w wykonaniu odźwiernych w meczecie.&lt;/p&gt;&lt;br&gt;  &lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="justify"&gt; Miło zaskoczył nas fakt, że na północ od &lt;span style="font-family:Albany AMT;"&gt;法源寺 &lt;/span&gt;(fǎyuánsì) znajdują się jeszcze niezniszczone przez modernizację Pekinu hutongi. Znaleźliśmy nawet dwa &lt;i&gt;binguan&lt;/i&gt;, czyli coś w rodzaju tanich hosteli – okolica i same &lt;i&gt;binguany&lt;/i&gt; nie budziły może zaufania, ale z pewnością nocleg tam był bardzo tani.  &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMHwHyB-QBI/AAAAAAAAADQ/JKBS9-hbbio/s1600-h/hutong+beijing.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMHwHyB-QBI/AAAAAAAAADQ/JKBS9-hbbio/s320/hutong+beijing.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5242735457715765266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt; &lt;br&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="justify"&gt; W tychże okolicach spróbowałem zakupić owoc. Już sama placówka handlowa była dość ciekawa – przypominała nie tyle sklep, co wielką, zawaloną kartonami i paletami hurtownię, której wejścia strzegła śpiąca pani w fartuchu, malowniczo wsparta o stos jakiejś kapusty. Po obudzeniu przez młodszą subiektkę, dogadała się ze mną co do koloru, wagi, a wreszcie i należności za trzy zielone jabłuszka. Rozmowa była trudna o tyle, o ile wybudzonej sprzedawczyni nie chciało się zanadto otwierać ust, wydawała więc w moim kierunku raczej pomruki, niż artykułowane słowa.&lt;/p&gt; &lt;br&gt; &lt;p style="margin-bottom: 0cm; font-style: normal;" align="justify"&gt; Oprócz młodego wolontariusza, o którym pisała Anna, w okolicy spotykaliśmy całe rzesze siedzących pod blokami grupek „pomocników olimpijskich” w oficjalnych koszulkach paraolimpiady i piwa Tianjing, z urzędowymi czerwonymi przepaskami na ramieniu. Nie chciałem się zanadto wpatrywać w napisy, ale wysnuliśmy hipotezę, iż tak naprawdę są to wystrojeni przez browar Tianjing członkowie komitetów osiedlowych (lub blokowych). Ich użyteczność dla potrzeb olimpiady pokazała bowiem sytuacja, w której zwróciłem się do jednej z sympatycznych starszych pań – wolontariuszek &lt;i&gt;„do you speak English?”,&lt;/i&gt; na co otrzymałem lakoniczną odpowiedź “&lt;span style="font-family:Albany AMT;"&gt;我不懂。&lt;/span&gt;" (nie rozumiem). Opowieści o przeszkoleniu „pomocników olimpijskich” w mowie Szekspira uznałem za nieco przesadzone.&lt;/p&gt;&lt;br&gt; &lt;br /&gt;&lt;i&gt;&lt;b&gt;PSJ&lt;/b&gt;&lt;/i&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-1618106777716143935?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/1618106777716143935/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=1618106777716143935' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1618106777716143935'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/1618106777716143935'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#1618106777716143935' title='Dzień drugi, czyli spacer z piekła rodem'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SMHwH9e8AZI/AAAAAAAAADA/ed9cvACA9TA/s72-c/meczet+beijing.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-2757979869898292802</id><published>2008-09-04T17:29:00.002+08:00</published><updated>2008-09-04T17:43:24.913+08:00</updated><title type='text'>Przylot (dzień 1)</title><content type='html'>&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Uprzejmie donoszę, iż szczęśliwie wylądowaliśmy w Pekinie. Nawet bardzo szczęśliwie, bo z bagażami... na co się nie zapowiadało.  &lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Złe przeczucia ogarnęły mnie jak tylko Pani na odprawie zaczęła bardzo biadolić, że będziemy mieć tak mało czasu na przesiadkę w Monachium (jakbyśmy tego nie wiedzieli), byle jakie małe spóźnienie i po nas...  Zadeklarowaliśmy gorącą wiarę w punktualność niemieckich sił... pardon... linii lotniczych, cóż było robić.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;(Przeskakując nudny czas oczekiwania) Zbliżał się czas odprawy, w naszym sektorze nerwowość jakby rosła. P. wreszcie nie wytrzymał i podszedł zapytać czy nie ma jakiego opóźnienia. Obsługa z uśmiechem na ustach odparła, że absolutnie nie ma. Co nie zmieniło faktu, że na pokład weszliśmy mocno po czasie, a samolot wystartował z godzinnym opóźnieniem. Ja swoim zwyczajem zaczęłam snuć czarne i czarniejsze scenariusze. Na przekąskę podano kanapkę z farbującym na pomarańczowo indykiem. Zaczęłam tracić wiarę w niemiecką solidność.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Na szczęście pilot trochę nadrobił – w Monachium lądowaliśmy jakieś 10 min. przed odlotem naszego samolotu do Pekinu. I tu Lufthansa odbudowała we mnie ufność co do niemieckiej marki. Po wylądowaniu wyszliśmy na płytę lotniska, a tam czekał na nas wesoły kierowca busika, z którym zaliczyliśmy rundę wokół lotniska w rytmach AC/DC. Następnie indywidualna odprawa, bieg przez boczne korytarze, schodki w jedną i drugą stronę i już jesteśmy witani przez radosną załogę naszego airbus'a i mniej radosnych pasażerów, którzy oczywiście musieli na nas czekać. Przepchaliśmy się do naszych miejsc (oczywiście na szarym końcu) i popadliśmy w błogostan (żegnaj ponure, banalne Monachium) zmącony odrobinę świadomością, że nasze bagaże niekoniecznie załapały się na ten lot. Zatem zrozumiała zupełnie była nasza radość w Pekinie, kiedy (po przejściu miliona bramek i poddania się badawczym spojrzeniom różnych mundurowych) ściągnęliśmy z taśmy nasze bagaże (na dodatek w dobrym stanie).&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Jeszcze tylko przejazd klimatyzowaną, nowoczesną kolejką prosto z lotniska (25 yuanów), a następnie 3 przystanki metrem i już jesteśmy na miejscu. Zmęczeni, ale bardzo szczęśliwi, bo oto zaczyna się naprawdę nasz urlop.&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: justify;"&gt; &lt;/div&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify; font-weight: bold; font-style: italic;"&gt;ann&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Mimo szumnych zapowiedzi "darmowego internetu w mieście (do trzeciej obwodnicy)", w ambasadzie nie można było złapać zasięgu. Na szczęście poratowała nas kolebka zgniłego kapitalizmu, czyli pobliska kawairnia sieci Starbucks. Klienci zresztą ogólnie skomputeryzowani, siedzący obok nas młody Chińczyk z włosami do pasa ostro pogrywa w jakąś komputerową strzelaninę - na szczęscie bez efektów dźwiękowych.&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Rysuje się też pierwszy problem - w dużym &lt;span style="font-style: italic;"&gt;baihuodalou&lt;/span&gt; (supermarkecie) w okolicy ambasady nie odnaleźlismy przejściówki z kontaktów europejskich na nasze, co w dalszej perspektywie może nam uniemożliwić blogowanie (w ambasadzie na szczęście kontakty są przystosowane do polskich wtyczek). Zobaczymy, co przyniesie jutro.&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;Niestety zaczynamy odczuwać ostro skutki &lt;span style="font-style: italic;"&gt;jet lagu&lt;/span&gt;, ale postaramy sie utrzymac do inauguracyjnej kolacji z nie mniej inauguracyjnymi 两瓶啤酒。 (dwiema butelkami piwa).&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;PSJ&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="margin-bottom: 0cm; text-align: justify;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-2757979869898292802?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/2757979869898292802/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=2757979869898292802' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2757979869898292802'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/2757979869898292802'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_09_01_archive.html#2757979869898292802' title='Przylot (dzień 1)'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-3552301386245196978.post-5137566908929093392</id><published>2008-08-31T20:50:00.001+08:00</published><updated>2008-08-31T20:52:28.152+08:00</updated><title type='text'>odliczanie</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLqT_IcomgI/AAAAAAAAAC4/vdi8J72UOi8/s1600-h/sierpien+024.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLqT_IcomgI/AAAAAAAAAC4/vdi8J72UOi8/s320/sierpien+024.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5240663829207620098" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/3552301386245196978-5137566908929093392?l=sinonotes.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://sinonotes.blogspot.com/feeds/5137566908929093392/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=3552301386245196978&amp;postID=5137566908929093392' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5137566908929093392'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/3552301386245196978/posts/default/5137566908929093392'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://sinonotes.blogspot.com/2008_08_01_archive.html#5137566908929093392' title='odliczanie'/><author><name>SinoNotes</name><uri>http://www.blogger.com/profile/01989261282153968824</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='32' height='29' src='http://4.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLm9UHLYyjI/AAAAAAAAAB0/LgKgYVLvxO0/S220/Chiny+228.jpg'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_0jGy9yMiBAo/SLqT_IcomgI/AAAAAAAAAC4/vdi8J72UOi8/s72-c/sierpien+024.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>5</thr:total></entry></feed>
